Freud wreszcie odkryty

"Hans, Dora i Wilk" - reż. Michał Borczuch - Teatr Polski we Wrocławiu

Inspirowana Freudem, najnowsza premiera wrocławskiego Teatru Polskiego rozpoczyna się przy wejściu do foyer. Widzowie, okazawszy bilet wstępu, otrzymują w zamian postawioną przez dyrektora Krzysztofa Mieszkowskiego pisemną diagnozę stanu krytycznego. Bo przecież psychoanaliza poucza, że każdy z nas powinien się leczyć

Racząc wchodzącą do teatru publiczność zwięzłą interpretacją koncepcji Freuda, twórcy spektaklu „Hans, Dora i Wilk” niejako odwracają porządek rzeczy. Wydaje się bowiem, że podobne wtajemniczenie w arkana psychoanalizy powinno być nie tyle konsekwencją zakupu biletu, co jego warunkiem. Innymi słowy, reżyser Michał Borczuch i dramaturżka Aśka Grochulska powołują się na topos kulturowy, którego znajomość konstytuuje świadomego odbiorcę teatru. Co za tym idzie, mający miejsce we wrocławskim Teatrze Polskim renesans myśli Freuda, zamiast czynić kierowaną przez Mieszkowskiego instytucję odkrywczą i „modną”, pozwala jej osiągnąć europejski standard. Widz, daleki od zachwytu nad oryginalnością tego posunięcia, może sobie powiedzieć: „Uff, nareszcie”.

A kiedy już odetchnie z ulgą, zacznie się zastanawiać, jaki sceniczny użytek robią z psychoanalizy Borczuch i Grochulska. Tytułowe postaci to trzy modelowe przypadki schorzeń badanych przez Freuda – fobii, histerii i nerwicy. Na spektakl składają się portrety psychologiczne pacjentów, kreślone w monologach, dialogach i rozmowach z psychoterapeutą. Na poziomie treści, integrujący je wątek jest oczywisty – wszyscy bohaterowie obrazują wspomnianą tezę o nieuchronności idiosynkratyczności. Podobną spójność trudniej jednak osiągnąć w wymiarze formy.

O ile w przypadku, również do pewnego stopnia inspirowanej Freudem, poprzedniej premiery Teatru Polskiego, „Blanche i Marie”, ową jedność gwarantowała sceniczna atrakcyjność popularnych niegdyś pokazów kobiecej histerii, o tyle w sztuce Borczucha wypracowanie podobnej zasady spajającej było bardziej problematyczne. Dlatego „Hans, Dora i Wilk” to nierówny spektakl. Odnajdziemy w nim sceny znakomite, a nawet zachwycające, i dłużyzny. Dzieje się tak za sprawą pewnej asymetrii występującej między wątkami, które układają się w pary. Spośród dwóch historii kazirodczo-nienawistnych relacji między bratem i siostrą zdecydowanie lepiej niż opowieść o Hansie i Hannie (Krzesisława Dubielówna) wypada narracja o Annie (Marta Zięba) i Wilku (Adam Szczyszaj). Dora (Ewa Skibińska) w rozmowie z Terapeutą (Michał Majnicz) czaruje zaś o wiele bardziej niż jej młodszy odpowiednik, monologująca Pandora (Anna Ilczuk).

Ta dysproporcja pozwala jednak odsłonić sceniczny walor psychoanalizy, który udało się odkryć Borczuchowi i Grochulskiej. Jak wiadomo, istotą metody Freuda jest dialog między pacjentem a terapeutą. Nie przez przypadek więc najlepiej wypadają wątki, które pozwalają aktorom odegrać relacje międzyludzkie. O ile bowiem historię Hansa i Hanny poznajemy post factum, z rozmowy Hanny z synem (Wojciech Ziemiański), o tyle napięcie między Anną i Wilkiem tworzy się na oczach widzów. Podobnie, opowieść Dory, w przeciwieństwie do narracji Pandory, rozwija się w dialogu z Terapeutą.

I to właśnie sceny z udziałem Marty Zięby i Adama Szczyszczaja oraz Ewy Skibińskiej i Michała Majnicza odkrywają dziwne, spektakularne piękno ludzkiej psychiki. Dopełnione muzyką i sugestywną grą świateł, pogłębioną za sprawą białego ekranu umieszczonego z tyłu sceny, ukazują wciągający, a zarazem nieco przerażający i groteskowy, obraz umysłu. Dla Borczucha i Grochulskiej psychoanaliza nie jest więc narzędziem krytyki społecznej ani godną zaufania metodą leczenia (Terapeuta jawi się czasem jako bezradny słuchacz, innym razem jako manipulator, a jeszcze kiedy indziej jako szarlatan z popularnych poradników psychologicznych). Pozwala jednak pochylić się nad idiosynkratycznością każdego z nas.

Na tym też polega jej sceniczne znaczenie. Przeniesiona na deski teatru dysponującego tak dobrym zespołem jak Teatr Polski, przeradza się we frapujące widowisko, ukazujące meandry ludzkiego umysłu. Wprawdzie strumień narracji spektaklu Borczucha przemierza chwilami monotonne równiny, ale przeprawa przez odcinki pełne zakrętów zapiera dech w piersiach.

Urszula Lisowska
Dziennik Teatralny Wrocław
17 marca 2012

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia