"Fryderyk Wielki" Klaty - mieszane uczucia

"Wielki Fryderyk" - reż. Jan Klata - Teatr Polski w Poznaniu

To przedstawienie miało być początkiem nowego etapu w twórczości Jana Klaty. Prezydent Poznania Stanisław Jaśkowiak uczynił z zaproszenia go do mocno wychylonego w lewo Teatru Polskiego demonstrację polityczną. Wyśmianą od razu, bo jego elementem stały się, nie wiedzieć czemu, słowa "Herzliche Wilkommen" - to nimi wabiono wygnańca z Teatru Starego kreowanego przez liberalne media na ofiarę prawicowej represji.

A zarazem sam wybór tego akurat historycznego widowiska mógł być powodem zaskoczenia. To niewątpliwie stosunkowo najbardziej tradycyjna od lat inscenizacja tego rozmiłowanego w formalnych zabawach i transformacjach tekstów literackich reżysera.

Pierwsza nasuwająca się uwaga to ogrom dzieła Adolfa Nowaczyńskiego. "Wielki Fryderyk" w poznańskim Teatrze Polskim , trwa - bez dwóch przerw - prawie cztery godziny. Owszem jakąś część zajmują czysto teatralne kreacje Klaty, ale przeważająca większość to jednak gadanie. Tekstem autora. A zarazem Klata wyciął znaczną część wątków i postaci. I nadal trwa to tak długo.

Pozbył się scen skądinąd bardzo popularnych. Nie znajdziemy sławetnego groteskowego starcia Starego Fryca z wolnościowym , choć dementywnym, generałem von Zietenem. Zieten pojawia się tylko w jednej scenie jako niema kukła przebrana w hełm. Przed wojną, w roku 1935, "pojedynek" zagrali Ludwik Solski (Fryderyk) i Wojciech Brydziński (von Zieten) - utrwalono to na taśmie, W najsławniejszym przedstawieniu z warszawskiego Teatru Ateneum z roku 1977- Jan Świderski (Fryderyk) i Ignacy Machowski (von Zieten). Ten ostatni koncert jest też częścią nagranego nieco później Teatru Telewizji

W tekście oryginalnym są dwie panny Gockowskie i dwaj zakochani w nich oficerowie: syn generała młody von Zieten i Tadeusz Krasicki bratanek biskupa. Jeden z zakazanej przez króla miłości rezygnuje, drugi - przeciwnie. Młody von Zieten i druga córka fabrykanta Gockowskiego także w wersji Klaty znikają. Te przykłady można mnożyć.

Czy trzeba przypominać, o czym to jest? To napisana w roku 1909 wielowątkowa opowieść o życiu dworskim w pałacu króla Prus. Jest intryga miłosna, jest trochę wątków pobocznych i ozdobników, ale przede wszystkim to portret absolutnego władcy będącego na dokładkę szczególnie bezwzględnym drapieżnikiem w relacjach ze światem . I opowieść o jego konfrontacji z Polakami. Jest już po pierwszym rozbiorze, na pruskim dworze pojawiają się nowi poddani Fryca na czele z oświeceniowym poetą biskupem Ignacym Krasickim. To w ich oczach przegląda się pruski system. Ale i Prusacy na czele z samym Fryderykiem wiele mówią o Polakach i Polsce.

Po wojnie przez lata nie grano endeka Nowaczyńskiego, ale inscenizacja Józefa Grudy w Ateneum za czasów Gierka stała się wydarzeniem teatralnym. Wystawiono to wtedy po bożemu, bez udziwnień, kładąc nacisk na aktorskie kreacje i dbając o równowagę między politycznymi dyskursami, a dramatyzmem osobistych wyborów, między konwencją serio i elementami niemal komediowymi. To zapewniło przedstawieniu wielką popularność, stało się też jednym ze szczebli legendy uwielbiającego transformacje fizyczne i przeskoki od naturalizmu do niemal groteski Świderskiego. Ale przecież był tam też Machowski, godnym protagonistą okazał się wytrawny Jerzy Kamas jako biskup.

Można było też do tego podejść inaczej. Rok wcześniej Kazimierz Dejmek z łódzkim Teatrze Nowym skoncentrował się na dramacie władzy, odzierając opowieść z wielu ozdobników i czyniąc królem dużo mniej wyrazistego Seweryna Butryma. Tam też nie było generała von Zietena. Widziałem oba przedstawienia. Potem zagrano sztukę ledwie kilka razy. Ani już razu w Warszawie i ani razu po 1989 roku.

Z tego punktu widzenia decyzja Klaty jawi się jako odważna. Przywraca Polsce dramat znany z autopsji jedynie starszym generacjom , choć ostatnio przypominany przez TVP. Co więcej - krytykowałem Klatę za gubienie politycznych sensów w powodzi pomysłów inscenizacyjnych, choćby we wrocławskiej "Sprawie Dantona" Przybyszewskiej. Tu jakby uwierzył, przynajmniej chwilami, w siłę samego słowa, tekstu. Idąc raczej śladem Dejmka niż Grudy postawił na debaty, czasem nawet aż nadto przeładowane słowami.

Co zresztą prowadziło do odstępstw także od Dejmkowskiej metody, bo ten sztukę bardzo ścisnął. Klata nie tylko nie szuka zbyt wielu atrakcji, ale wszystko celebruje, wręcz zwalnia tempo, zdaje się delektować smaczkami zdawałoby się przebrzmiałymi, czysto historycznymi - jak w scenie bardzo długiej kolacji króla ze swoimi dygnitarzami i z biskupem, czy w starciu Fryderyka z jego bratankiem i następcą Fryderykiem Wilhelmem, bardziej wolnościowym, a jednak poddającym się absolutystycznej i wojowniczej logice stryja.

Równocześnie radość z Klaty nawróconego na teatralny tradycjonalizm jest trochę przedwczesna. Bo jednak te sceny "raczej serio" naszpikował typowymi dla niego sztuczkami, trickami. Można się zastanawiać do woli, dlaczego słowa rzucane ze sceny są równocześnie wyświetlane na ekranach (przy czym obie wersje różnią się chwilami), po co całkiem współczesna, agresywna muzyka, i dlaczego aktorzy grający dopiero co w konwencji prawie realistycznej nagle zaczynają nosić się nawzajem na rękach czy rytmicznie podrygiwać. Teatr to oczywiście domena umowności, nie żądam stuprocentowej spójności czy symetrii stylów, ale niech to coś oznacza.

Ten chaos konwencji mnie drażnił, bo sprawiał wrażenie przypadkowych wygłupów. Tu mogło zdarzyć się wszystko - od puszczenia muzyki z "Czarnych chmur", po to aby podworować sobie z polskiej "romantyczności", po współczesne poklepywanie się po plecach czy klejenie się biskupa do generałowej Skórzewskiej w kompletnie nie XVIII-wiecznym i nie dworskim stylu. A potem ciach, wracamy znowu do historii. Ale tylko po to aby do listy polskich świętych dodać Jana Pawła II, a berlińskiemu fabrykantowi Gockowskiego kazać kolekcjonować żyjącego na przełomie XIX i XX wieku malarza Rodina. Cokolwiek to infantylne recepty na podkreślanie aktualności dramatu. To moja niezmienna opinia na temat galopady myśli wiecznego nastolatka Jana Klaty.

Jeszcze większe konsekwencje miały najróżniejsze style aktorskiej gry. Niektórzy byli niemal postaciami z Witkacego, inni grali realistycznie, a jeszcze inni - raz tak, raz inaczej. Na tym tle wyróżniał się jako ktoś najbardziej serio, rzeczowy, wzięty jednak z historii, nawet jeśli ujętej nieco w cudzysłów, Jan Peszek - Fryderyk. Bardziej monotonny niż Świderski, ale przecież jakoś tam wyrazisty, nie wykonywał niepoważnych gestów ani wygibasów. Grał charyzmą bohatera, który wychynął wprost z dziejów. To dodatkowo utrwalało jego przewagę nad otoczeniem . Czy Klacie o to chodziło, aby Fryderyk był "jedynym człowiekiem", czy wyszło niejako przypadkiem, choćby z doboru aktorów? Pojęcia nie mam.

Przemysław Skrzydelski twierdzi na łamach "Sieci", że Klata uczynił równorzędnego partnera z Michała Kalety jako biskupa Krasickiego . Ba że biskup był czasem nawet ciekawszy od mniej podobno przygotowanego na premierze Peszka-króla. Nie będę kwestionował siły aktorstwa Kalety. W paru scenach umiał istotnie nas zainteresować oddzielną opowieścią o polskim oportuniście. Zarazem, z woli Klaty był jak na mój gust zbyt hałaśliwy, rozbuchany, chaotyczny. Czy o to chodziło aby król pozostawał ludzką maszyna traktowaną jednak serio, a biskup - jakimś plakatem, wyobrażeniem, myślowym skrótem? Tego też się nie dowiemy. O to, dlaczego Krasicki paraduje w zielonych szatach, nie ma nawet co pytać.

W teorii najpełniej owa opowieść o biskupie oportuniście uwidacznia się w dwudziestominutowej sekwencji pogrzebu królewskiej charcicy, dodanej przez Klatę i wspartej symfonią Mikołaja Góreckiego. To scena w dużej mierze niema, choć zakończona recytowaniem przez biskupa jego bajek, poświęconych tematowi wolności. Jak rozumiem wolności (lub raczej jej braku) dotyczy cała ta sekwencja. Mnie wydała się pretensjonalna, ciągnięta na siłę. Pasująca do majaków sennych Gombrowicza, ale przecież nie do mistrza politycznej obserwacji, Nowaczyńskiego. No ale Klata musi wykazać raz jeszcze, że jest nowoczesny.

A równocześnie, cały czas mnie zastanawiało, co mu wychodzi z powodzi politycznych obserwacji, maksym , diagnoz? Może pociągała go powódź ostrych, skądinąd nader trafnych i gorzkich uwag o słabości XVIII-wiecznej Polski, i o monstrualnych wadach tamtych Polaków? To skądinąd wielka siła Nowaczyńskiego, że umiał to pokazać. Ale przecież Krasiński raczący króla Prus złośliwymi dykteryjkami o swoich rodakach czy generałowa Skórzewska przekonująca, że zabór kawałka Polski to "nic wielkiego", są z kolei istnymi parodiami opcji "zachodniej", mającej ucywilizować polskich Irokezów na siłę, a tak naprawdę żałośnie niesamodzielnej, pełzającej. Czy Klata to zauważył, czy tak mu wyszło, skoro zachował tak wielkie połacie tekstu?

Niewątpliwie, tak gdzie Klata zaufał tekstowi Nowaczyńskiego, kierował się jego logiką, umiał uwypuklić jego celność aktorskimi zachowaniami, tam wygrał to przedstawienie. W innych momentach trzeba się było wsłuchiwać w słowa trochę wbrew niemu. Odnotujmy jeszcze, że poza Peszkiem i Kaletą wyżej przeciętnej zaprezentowali się zwłaszcza Krystian Durman (z Teatru Starego) w groteskowej, ale chyba nieprzeszarżowanej roli markiza Luccesiniego i Piotr B. Dąbrowski jako utrzymujący prawie intymny kontakt ze swoim monarchą adiutant von Rohdich. O samym przedstawieniu nie umiem wyrazić tak jednoznacznych sądów, choć już zostało okrzyknięte przez przeciwników PiS arcydziełem, bo to przecież kolejny etap martyrologii Klaty. Niewątpliwie jednak różne sprzeczności i subtelności w jego wysiłkach i pasjach warto docenić. Co czynię, bez nadmiernego wszakże entuzjazmu.

Piotr Zaremba
wpolityce.pl
2 lipca 2018
Portrety
Jan Klata

Książka tygodnia

Mitologia grecka i rzymska - Spotkania ponad czasem
Wydawnictwo Naukowe PWN SA
Katarzyna Marciniak

Trailer tygodnia