Gdy brakuje bliskości i zainteresowania

"Cztery kawałki tortu" - reż. Wojciech Smarzowski - Teatr Telewizji

„Cztery kawałki tortu" to spektakl Teatru Telewizji w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego, na podstawie dramatu Marii Czarneckiej o tym samym tytule. Jest to opowieść o tym, jak łatwo zepsuć relacje międzyludzkie, jeśli zabraknie w nich zainteresowania, zaufania i bliskości, a zarazem jak traumatyczne wydarzenia wpływają na późniejsze życie.

W najprostszym zarysie fabuły można powiedzieć, że dramat dotyczy relacji Anny (Ewa Serwa) i jej adoptowanej córki Doroty (Olga Szarzyńska), a w tle pojawia się biologiczna matka dziewczyny – Elżbieta (Halina Łobanorska) i chłopak Doroty – Michał (Krzysztof Zarzecki). Anna uważa, że źródłem jej problemów małżeńskich z Andrzejem jest właśnie Dorota, którą chce oddać Elżbiecie. Jednak tak naprawdę to w rozmowach bohaterów poznajemy ich historię i fabułę spektaklu, a punktem wspólnym jest brak bliskości.

Najważniejszymi elementami tego spektaklu nie jest jednak fabuła, jej streszczanie, ale kreacje bohaterów oraz relacje między nimi. Przez połowę spektaklu mamy do czynienia z dwoma dialogami – jeden między Dorotą a Michałem, a drugi pomiędzy Anną i Elżbietą. W obu poznajemy dwa punkty widzenia na relację Doroty i Anny, różne wydarzenia, ale także perspektywy na te same rozmowy, zdarzenia. U obu kobiet dostrzegamy złość zarówno w mimice, jak i mowie ciała – Anna jest spięta, ma napięte mięśnie twarzy, unika pokazywania emocji, jest chłodna. Natomiast Dorota ukrywa się za bezrefleksyjną twarzą, na której niemal przez cały spektakl nie pojawiają się inne emocje niż złość, obojętność, bierność. Można dostrzec gruby mur między nimi, który (poznając historię także biologicznej matki dziewczyny) powstał z uwagi na brak bliskości, szczerego zainteresowania.

Biologiczna matka Doroty jest jedyną osobą, która prawdziwie wyraża ból, smutek, rozpacz, ale także skruchę. Musiała ona bowiem żyć z mężem, który pił, bił ją oraz dzieci – i to właśnie to było przyczyną, dlaczego oddała córkę rodzinie zastępczej. Postać wyrazista, prawdziwa, nieprzerysowana. Kreacja jest autentyczna, a bohaterka grana przez Halinę Łobanowską nie ukrywa swoich emocji. Jest to właściwie jedyna postać, której można zaufać – Łobanowska nie próbowała stworzyć kobiety chcącej zwrócić na siebie uwagę widzów czy bohaterów spektaklu. W przeciwieństwie do bohaterek granych przez Szarzyńską oraz Serwę.

To na tej relacji opiera się dramat, jednak wydaje się, że postaci czasami są nieco przerysowane, a momentami groteskowe – zwłaszcza w końcowych scenach, kiedy to dialog między nimi rozgrywał się w kuchni, salonie, a może głównie w ich głowach. W obu bohaterkach widać poczucie, że ich perspektywa jest tą jedyną właściwą, nie chcą one wysłuchać drugiej strony, bo są przekonane, że skończyłoby się to co najmniej kłótnią.

Niestety, postaci są odpychające – widz ma trudności z okazywaniem współczucia którejś ze względu na ich zachowanie, nie chce się z nimi utożsamiać, poznawać ich historii, relacji, mimo że bardzo często taka tematyka sprawia, że odbiorcy starają się „wczuć" w sytuację bohaterów.

Symptomatyczne jest to, że w dramacie nie pojawia się ojciec Doroty – jest tylko ich rozmowa przez telefon, w dodatku urwana, bo od razu przenosimy się do salonu, w którym Anna rozmawia z Elżbietą. Jego nieobecność w spektaklu wynika z treści dramatu, ale przede wszystkim z relacji między tą trójką – Dorotą, Anną i Andrzejem. Nikt z nich prawdopodobnie nie nawiązał między sobą bliższej relacji, brakowało bliskości, zainteresowania, co skutkowało dojmującą złością, poczuciem niesprawiedliwości, unikaniem siebie nawzajem, podejmowaniem decyzji tylko przez jedną osobę.

Natomiast czwarta z postaci, która pojawia się w spektaklu, a więc chłopak Doroty, jest bohaterem drugoplanowym, stanowi nie tyle oparcie dla dziewczyny (które właściwie sama odrzuca), co daje jej możliwość opowiedzenia o sobie, o relacji z matką i ostatecznego „sprawdzenia" jej reakcji na wieść o ciąży, która okazała się kłamstwem. Można powiedzieć, że bohater ten został potraktowany przedmiotowo i to też widać w samym miejscu, jakie zajmuje w spektaklu – chce pokazać swoją postać, ale zarazem ma świadomość poboczności. Warto zwrócić uwagę na interesującą grę aktorską, która nie skupia na sobie całej uwagi, ale zapada widzowi w pamięć dzięki autentyczności i braku nachalności.

Na koniec warto wrócić raz jeszcze do wspomnianego na początku wpływu traumatycznych wydarzeń na późniejsze życie. To przez nie Dorota nie potrafiła zaufać matce, chłopakowi i towarzyszyła jej wieczna złość, niechęć do ludzi. Pierwsze lata spędzone z patologicznym ojcem wpłynęły bezpowrotnie źle na późniejsze jej życie, które tak naprawdę opierało się na kłamstwie i braku bliskości. Zarazem nie wolno tutaj zapominać o Elżbiecie – bardzo emocjonalna scena jej rozmowy z Anną w salonie pokazuje, z jakim cierpieniem, ale i poczuciem wina musi się ona mierzyć. Obie te kobiety łączą pozornie wspólne doświadczenia, ale jednak inne, bo każda różnie je odczuwała, reagowała i właśnie to spowodowało późniejsze nierozwiązalne problemy.

„Cztery kawałki tortu" to w gruncie rzeczy porażająca historia kilku bohaterów, którzy nie potrafili odnaleźć się w wielu relacjach i nie zdołali pokazać bliskości, czułości i zainteresowania, przez co stali się obojętni, zgorzkniali, zamknięci. Postaci są charakterystyczne, ale czasami nieco przerysowane przez co cierpi na tym jakość ogólnego odbioru. Scenografią jest dom, dach, samochód – to sprawia, że cała uwaga jest skupiona właśnie na bohaterach, dzięki czemu nic nie rozprasza odbiorców; podobnie jak kostiumy, które są neutralne, codzienne.

Skupienie się na kobiecych postaciach powoduje, że można bardzo wyraźnie dostrzec, co może się wydarzyć, jeśli zabraknie elementarnego zainteresowania w jakiejkolwiek relacji.

Paulina Feliksik
Dziennik Teatralny Warszawa
28 grudnia 2020
Wątki
KinoFani

Książka tygodnia

Nice, cosie i duchy. Eseje o sztuce
Pewne Wydawnictwo
Michał Krawczyk

Trailer tygodnia

"Powrót" - reż. Michał...
Michał Zdunik
Bywa tak, że odwiedzamy dom rodzinny ...