Gdy dzieło staje się tylko ozdobą...

"Kartoteki" - reż. Karol Klugowski - Stary Teatr w Krakowie

Rzadko się zdarza, że dzieło, które broni się samo, po spotkaniu z reżyserem nie jest w stanie się obronić w żadnym fragmencie. Sądzę więc, że mówiąc o premierze „Kartotek" Tadeusza Różewicza, popełnia się pewne nadużycie, bo choć oba dramaty są tekstami otwartymi i pozwalającymi na niezliczoną ilość eksperymentów, próżno szukać ich twórczego (czy jakiegokolwiek) przetworzenia w propozycji Karola Klugowskiego.

Współczesny teatr często rezygnuje z wierności tekstowi. Można by na przykładzie tej realizacji rozpocząć nowy wątek dyskusji. To zagadnienie zostawiam jednak badaczom teatru.

Odniosę się do tego jako widz i czytelnik wyznając, że doznałem rozczarowania, z jaką swobodą potraktowano teksty Różewicza. Reżyser skondensował całe bogactwo dramatu do kilku tylko wypowiedzi wrzucając nas w męczący performance. Długo zastanawiałem się, jak ten młody twórca teatru przeczytał „Kartoteki". Jedyna odpowiedź, jaka mi się nasuwa, to że ich nie przeczytał uważnie. Zwrócił uwagę na pomniejsze fragmenty, w swojej istocie ważne, ale poświecił im tak mało miejsca, że poczułem, jakby dramaty stanowiły ozdobę tego widowiska, a nie ich sedno.

Spektakl zaczyna się w dolnym foyer od długiego, niezrozumiałego bełkotu postaci, która – nie wiedzieć czemu – udaje osobę z porażeniem mózgowym. Sugeruje to imitowana afazja i charakterystyczne dla tego schorzenia przykurcze rąk. Klugowski powtórzył ten sam motyw z poprzedniej swojej pracy w Starym Teatrze „Aktualny stan świata" w ramach cyklu „Niepodległości". O ile wtedy bełkot bronił się, bo ilustrował wydobywanie się języka w wielkim trudzie, o tyle w nowej produkcji nie tylko się nie broni, nie prowadząc do niczego, ale nuży, bo jest niekończącym się motywem, zajmującym zbyt dużo czasu. Ta dłużyzna otwierająca spektakl odrywa uwagę widza od widowiska i tego, co miałoby ono ze sobą nieść, doprowadzając do zniecierpliwienia. Jedyne, co trzyma widza w teatrze, to przekora i nadzieja, że coś ciekawego jednak się wydarzy. Nadzieja okazuje się naiwnością, a przekora musi zadowolić się gorzkim smakiem rozczarowania.

Czy bełkocąca postać otwierająca spektakl to Bohater? Nie jestem w stanie na to pytanie odpowiedzieć. Widząc tę postać, trzeba przyznać, że Przemysław Przestrzelski mimo panującej w scenie mętności potrafił nadać swojej postaci kolorytu. Być może Mikołaj Kubacki, który też daje z siebie wszystko, jest drugim wariantem Różewiczowskiego Bohatera? „Być może" – tyle można mieć pewności widząc przedstawienie. Kwestie wypowiadane przez obu raz są równoległe względem siebie, raz tworzą jakiś tam dialog, jednak porażające jest to, że zmierzają donikąd. Powiedziałbym nawet, że rzucane jak anegdotki przerywające niezręczną ciszę, wprowadzają jeszcze większą konsternację, wiszącą w powietrzu niczym gilotyna, która lada moment zetnie męczący performance zaplątany w kable i ledowe ekrany, na których migają jakieś filmiki. Panowie techniczni zaangażowani w produkcję jako performerzy przesuwali wózki ze sprzętem, rusztowania z telewizorami, siedzieli po turecku wgapieni w to, co się dzieje, dwa razy bodajże wchodząc w dialog z głównymi postaciami. I znów pojawia się pytanie o celowość takiego zabiegu. I choć w programie oraz reżyserskim wstępie artysta broni się, że ta otwarta sztuka pozwala na poszukiwanie nowych znaczeń, niezwykle trudno znaleźć jakiekolwiek znaczenia. W ostateczności brak znaczeń ma też swoje znaczenie, kwestią sporną pozostaje jednak to, czy o takie znaczenie tutaj chodzi.

Najboleśniejsze dla mnie było narzucanie się reżysera publiczności i aktorom. Karol Klugowski nie poprzestał na wstępie do spektaklu, który nota bene wrzucił ni to na samym początku ni to w połowie sceny. Ot, po prostu: przypomniał sobie, że musi coś widzom zakomunikować, więc wszedł w sam środek akcji, co z drugiej strony było jakimś urozmaiceniem wspomnianego wcześniej bełkotu. Może nie byłoby źle, gdyby manifestując swoją obecność poprzestał na tym jednym wejściu. Reżyser jednak pojawiał się wiele razy. Komentował, dodawał, wyjaśniał zupełnie tak, jakby się bał, że widz nie zrozumie ni krzty z jego teatru (co zresztą nie jest obawą wyssaną z palca). Istniejąc na scenie reżyser przypominał trochę Tadeusza Kantora, który też lubił w ten sposób panować nad aktorami. Karol Klugowski jednak nie potrafił tego robić tak zachowawczo i umiejętnie jak mistrz Kantor. Jego wejścia nic nie wnosiły do i tak rozprutej akcji. Sprawiały tylko, że bełkot był bardziej pomieszany, bo wzbogacony o nieudolną próbę nadania sensu dziejącemu się przedsięwzięciu. Tak oto reżyser dotarł do terminu „mobile teatralnego". Na ile jest to zasadne nazewnictwo? Nie chcę się do tego odnosić. To, co dało mi do myślenia, to istota owego mobile teatralnego.

Reżyser w jednej ze swoich pogawędek stwierdził, że taki chwyt sceniczny sprawia, że za każdym razem widz ma okazję zobaczyć unikalną wersję tego samego spektaklu. Szkielet jest ten sam, ale zmienia się ułożenie. Widziałem czytanie „Kartotek" w lipcu i ta technika już została zastosowana tyle tylko, że nikt jej wtedy nie dostrzegł. Klugowskiego zapewnienia o unikalności każdego pokazu są nieuzasadnione. Pewne, drobne ustawienia się zmieniają, ale nie wpływa to w żaden sposób na odbiór spektaklu w nowy sposób. Największą więc przeszkodą „Kartotek" jest reżyser. Może gdyby wczytał się w tekst, pozwolił mu brzmieć, a sam swoje przerosty form nad treściami schował do kieszeni, wówczas aktorzy mieliby co nieść i z pewnością zrobiliby kawał dobrej roboty.

Zastanawiam się, co napisać na koniec. Pod koniec powinna być jakaś celna pointa. Idąc śladem „Kartotek" Klugowskiego zarzucę ten pomysł. Dodam tylko, że spektakl też nie musi się pointować. Może być otwarty, zamknięty na głucho, bez złotego zdania podsumowania, ale powinien coś zostawić w widzu. „Kartoteki" nie zostawiają nic: ani wniosków, ani pointy, ani emocji, ani szoku. Najbardziej pożądane byłyby pytania. Tymczasem jedynym pytaniem, jakie wynosimy ze spektaklu, jest: o co chodziło reżyserowi, że zgubił sensy Tadeusza Różewicza? W ten sposób nie mamy ani starego ani nowego odczytania „Kartotek". Mamy z jednej strony bełkot i dłużyzny scen, z drugiej pseudoerudycyjne popisy reżysera.

Konrad Sikora
Dziennik Teatralny Kraków
26 września 2020
Portrety
Karol Klugowski

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia