Gdy kończy się świat

"Bracia i siostry" - reż. Maja Kleczewska - Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu

Co by było, gdyby niespodziewanie świat uległ zagładzie? Gdyby zostawił nas samych sobie, niszcząc wszystko co do tej pory stworzyliśmy? To co za nami pozostałoby jedynie wspomnieniem, które z czasem po cichu będzie niknąć. Przed nami byłaby tylko niepewność – nie mielibyśmy nic, nawet własnego ja, które odeszło wraz z naszą codziennością. Maja Kleczewska i Łukasz Chodkowski w swoim najnowszym spektaklu „Bracia i Siostry” wystawionym na deskach opolskiego Teatru im. Jana Kochanowskiego ukazują kolejne fazy obumierania nadziei, próby utrzymania się na powierzchni życia w jakikolwiek sposób oraz finalnie poszukiwania recepty na odrodzenie.

Według zapowiedzi spektakl inspirowany jest wątkami i postaciami utworów Antoniego Czechowa „Trzy Siostry" oraz Fiodora Dostojewskiego „Bracia Karamazow". Jednak ci, którzy spodziewali się adaptacji lub syntezy wielkich dzieł literackich mogą być zawiedzeni. Autorskie przedstawienie Kleczewskiej i Chodkowskiego pod żadnym względem nie stanowi pracy odtwórczej, opiera się przede wszystkim na doświadczeniu osób biorących udział w całym przedsięwzięciu. Każdy z aktorów został postawiony przed możliwością wyboru postaci, którą chciałby się zająć. Scenariusz powstał przede wszystkim na scenie, podczas improwizacji aktorskich. Taka forma wymagała od twórców głębokiej analizy, „przepuszczenia tematu przez siebie" i uruchomienia tego, co osobiste.

Bohaterowie zamknięci są w „nie-miejscu" - w przestrzeni przejściowej, niczyjej, w chłodnym betonowym podziemiu, które stanowi tylko poczekalnię. Otoczeni zimnymi, wilgotnymi ścianami, wśród sterty plastikowych butelek i innych śmieci, które mogą być ostatnim świadectwem świata, pozostają z nadzieją na cokolwiek – cud, ratunek, śmierć. Krajobraz po katastrofie od publiczności oddzielony jest szerokim, czerwonym pasmem, który przypomina rzekę krwi przecinającą obie rzeczywistości. Na zewnątrz dla apokaliptycznego świata nadziei już nie ma. Wewnątrz trwa poszukiwanie sposobu na zbawienie, narodziny nowego życia.

„Rozbitkowie" zgromadzeni w koszmarnej przestrzeni, wyobcowani, pełni strachu zmagają się z własnymi fantazmatami. Otępieni odbijają się od własnych wyobrażeń miotając się bezwiednie po scenie. Starzy i młodzi, chorzy i zdrowi wizjonerzy oraz ci, którzy już się poddali, każdy wyrwany z innego świata walczy z samotnością i odczuwaną pustką. Instynktownie poszukują ciepła, dotyku, jakichkolwiek doznań, które będą mogli odczuwać bez zbędnej cenzury, bez ograniczeń. Nagość u Kleczewskiej, wielokrotnie krytykowana, w tym przypadku nie jest nadużyciem. Jest podkreśleniem tego, iż jedynym ratunkiem w tym nieludzkim świecie może być dla nas bezinteresowna bliskość. Wchodząc w relacje z innymi, bohaterowie poszukują klasycznych schematów interakcji: starzejących się wspólnie przyjaciół, zakochanych par, namiętnych kochanków, rozczarowanych życiem jednostek, zbawicieli ludu. Zabieg zastosowany przez twórców, czyli odbywające się w trakcje przygotowań inscenizacji warsztaty tańca 5rytmów inspirowane ruchem scenicznym Piny Baush, pozwolił aktorom uwolnić się z twardych skorup niepewności, ukazując spontaniczność i autentyczność.

Ważną role w spektaklu, obok samego przekazu, odgrywa jego strona wizualna. Doskonale skrojone kadry oraz poruszający, szczery ruch sceniczny tworzą odważny obraz, na który chce się patrzeć. Różnorodność charakteryzacji, adekwatna do osobowości postaci, ociera się o abstrakcyjność. Na scenie spotykamy umierającą staruszkę, chłopaka w dresie, prostytutkę, kobietę na elektrycznym wózku inwalidzkim, „zwykłych", szarych ludzi, a także Indianina w wizyjnym makijażu, omotanego w kolorowe szmaty z wiązką błyszczących, jarmarkowych balonów. Ekstremalna mozaika nie stanowi jednak zbioru odmiennych jednostek. Wszyscy stają się sobie równi, grupa przeistacza się w jedność, zlewa się w masę, której zmagania obserwuje publiczność.

Celem Kleczewskiej było dotarcie do widza, doprowadzenie go do wewnętrznej analizy i próby postawienia się w sytuacji granicznej, gdy nic już nie będzie do stracenia. Jednak pozostaje pytanie czy teatr jest w stanie oddać w jakikolwiek sposób takie emocje? Autorzy na pewno usilnie nad tym pracowali, co jest widoczne w każdej kolejnej minucie trzygodzinnego spektaklu. Choć powiedzianych zostało wiele ważnych rzeczy, a autorzy pozostawiają nas z mnóstwem pięknych obrazów, przymus emocjonalnej penetracji własnego wnętrza wydaje się nie być najlepszym narzędziem wywoływania wzruszeń. Obnażona zostaje cała maszyna napędzająca przedstawienie, zatrzymując emocje wewnątrz. Usilne starania nie zawsze przynoszą upragniony cel, we wszystkim trzeba mieć umiar.

Katarzyna Majewska
Dziennik Teatralny Opole
19 lutego 2013

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia