Gdy wszystko nic warte, evviva dell'arte

"Miłość do trzech pomarańczy" - reż. Paweł Aigner - Teatr Animacji w Poznaniu

Kilka wieków temu komedianci dell'arte konkurowali z przedstawieniami dworskimi o bogatej inscenizacji i teatrem jarmarcznym. Ich dbałość o stronę muzyczną oraz idące za tym świetne wykony oper-baletów (choć to nie był ich stały repertuar) sprawiły jednak, że byli niedosiężni. Sukces włoskich aktorów powtarza właśnie zespół Teatru Animacji. Swoim nowym spektaklem - "Miłość do trzech pomarańczy" w reżyserii Pawła Aignera dowodzi, że nie ma w Poznaniu równych sobie.

Kilka wieków temu dwaj wielcy włoscy dramaturdzy - Carlo Gozzi i Carlo Goldoni powadzili artystyczny i ideowy spór. Gozzi swoją "Miłością do trzech pomarańczy" wziął w obronę commedię dell'arte, którą to Goldoni zreformował w duchu mieszczańskiego dydaktyzmu. I pokazał jej fantastyczno-romantyczne możliwości.

"Miłość..." cechuje pomysłowe rozwiniecie historii, w której centrum znajduje się książę Tartaglia (gra go Igor Fijałkowski z nieujarzmionym wciąż instynktem ekspresji). Syn Karo (w tej roli z kolei świetny Marcel Górnicki) ma objąć władzę w średniej wielkości królestwie, gdzieś w środkowej Europie, ale uniemożliwia mu to... melancholia. Tartaglia całymi dniami leży w łóżku, reżyserując swój własny pogrzeb. Poziom malkontenctwa księcia - dawno ponad stan ostrzegawczy, zmusza króla do ostateczności. Karo wyciąga z więzienia komedianta Truffaldino i otwiera teatr. Robi wszystko, by jego syn zaczął się śmiać. W tym czasie sam z kolei mierzy się z rzeszą niewiernych poddanych, bo ci, wykorzystując niedyspozycję księcia, chcą zasiąść na tronie. Wśród spiskowców są m.in. Klaryssa, siostrzenica króla (Sylwia Koronczewska-Cyris) oraz zła wróżka Fatamorgana, za sprawą której właśnie Tartaglia, zamiast wracać do formy, zakochuje się w trzech pomarańczach i chcąc je zdobyć, wyrusza ze swoim giermkiem w niebezpieczną podróż.

Dziś rozdział do tej historii dopisuje Paweł Aigner - reżyser współpracował z najważniejszymi scenami lalkowymi w Polsce, zakotwiczając "Miłość..." we współczesnym świecie. W spektaklu nie brakuje aluzji do polskiej sceny politycznej - mowa m.in. o koloryzowaniu przeszłości, reformie wymiaru sprawiedliwości czy odstrzale dzików, oraz poznańskiej sceny teatralnej. Ponadto reżyser zdejmuje z twarzy aktorów charakterystyczne dla tego rodzaju komedii maski a Zofia de Ines ubiera postaci w nowe, wyłącznie swobodnie nawiązujące do dell'artowskiej tradycji, kostiumy. I nie prawi bezwstydnie morałów, choć oczywiście w "Miłości do trzech pomarańczy" mowa o dobru i złu (a nawet ich porozumieniu). Reżyser zaprasza publiczność na alegoryczny bal osobowości o wielkiej wartości estetycznej i olbrzymim potencjale komizmu.

Wszystkie chwyty dozwolone

Miejsca akcji nie ustępują w "Miłości..." zabawne i wartkie dialogi. Twórcy czerpali z wersji Joanny Walter, która przedstawiła historię tę jedenastozgłoskowym wierszem, a w kupletach zachowała manierę sprzed kilku epok. Efektownie (także na poziomie scenografii) wypadł zabieg "teatru w teatrze". W przypadku dzieła Pawła Aignera mamy jednak do czynienia z czymś więcej niż podwojenie rzeczywistości scenicznej, w ramach której pojawia się pewnego rodzaju odwzorowanie relacji scena - widownia. Aktorzy burzą czwartą ścianę i mówią wprost do widza. Postaci zaczynają walczyć nie tyle o tron, co dyrektorski stołek, często nie umiejąc czytać i pisać.

Brzmi poważnie... Ale wcale tak nie jest. Stoją za tym atrybuty komedii dell'arte, z których Aigner nie zrezygnował, jak np. rubaszny język czy sprośne gesty, które dają widzom wyobrażenie wspomnianego stylu. Na liście bufonerii, które doprowadzały publiczność do śmiechu były także akrobacje czy gagi sytuacyjne, takie jak chociażby dokonywanie czynności dostojnych zamiast pospolitych. Przykładem może być służka, która udawała przyszłą żonę księcia, po tym jak wróżka zamieniła ukochaną Tartaglia w gołębia. Dozwolone były wszelkiego rodzaju zagrania i gierki. Salwy śmiechu wywołały również sceny pościgu, kiedy to komediant gonił wokół łóżka księcia, który za nic w świecie nie chciał pójść do teatru - a straszony był nawet wizytą z operze (!) oraz pokaz "Czerwonego Kapturka", który niestety nie rozbawił samego Tartaglia. Baśń braci Grimm - poprzez plejadę genialnych w swej prostocie gestów i póz, odegrał Mateusz Barta, najmłodszy stażem aktor Teatru Animacji.

Cały zespół koncertowo poradził sobie nie tylko w konwencji dell'arte wg Aignera, ale również w przestrzeni muzycznej zaprojektowanej przez Piotra Klimka. Arie i ballady wykonywane przez aktorów brzmiały równie dobrze w towarzystwie klawikordu jak i w hip-hopowym rytmie. Solo i w chórze.

Monika Nawrocka-Leśnik
kultura.poznan.pl
23 stycznia 2019
Portrety
Paweł Aigner

Książka tygodnia

Monty Python. Autobiografia według Monty Pythona
Czwarta Strona - Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o.
Monty Python

Trailer tygodnia