Gdzie jest moja, że się tak brzydko wyrażę, Polska?

"New Year's Day" - reż. Joanna Zdrada - Teatr im. J. Osterwy w Gorzowie Wlkp.

Spektakl „New Year's Day" wystawiony w gorzowskim Teatrze im. Osterwy przed zbliżającą się 35. rocznicą wybuchu stanu wojennego w Polsce jest próbą zdefiniowania naszej narodowej tożsamości. 13 grudnia 1981 roku i wydarzenia po nim następujące były nie tylko swoistą cezurą polityczną, ustrojową, ale też wielkim sprawdzianem moralnym.

Bono z U2, nawiązując do wypadków grudniowych 81 roku, napisał piosenkę, która stała się przebojem i której słowa: „New Years's Day" zapożyczył Piotr Rowicki jako tytuł swej sztuki. Czy jednak Dzień Nowego Roku w Polsce pogrudniowej zapoczątkował prawdziwą solidarność, postulowaną przez Bono? Odpowiedź na to pytanie słyszymy ze sceny gorzowskiego teatru.

Widowisko wyreżyserowane przez Joannę Zdradę składa się z dwóch części. Pierwsza wprowadza widzów w atmosferę stanu wojennego: zomowcy uderzający pałkami w tarcze budzą niepokój, umiejscowione na podwyższeniu Madonny-żałobnice lamentują nad niedolą ojczyzny, opłakują rany dawne i te świeże, zadane przez brata bratu. Świeże krwawią najmocniej. Chór kobiet przerywa recytacja małego chłopca. Ubrany w marynarski mundurek, jakby wyjęty z innej epoki, deklamuje z przejęciem fragment ballady „Świteź" Adama Mickiewicza, utworu sławiącego godność, honor i Boga, a także solidarność w walce z wrogiem ojczyzny. Kanon wartości cenionych przez romantyków. Ważnych nie tylko w tej epoce, ale czy docenianych obecnie? Madonny zrzucają wierzchnie okrycia, przeistaczają się w córy dancingu, czy nocnego klubu i zaczynają erotyczny taniec; jedna z nich w sposób wyuzdany wije się do piosenki „Janek Wiśniewski padł". Scena ta zdaje się odzwierciedlać dewaluację dawnych świętości, znikczemnienie współczesnego człowieka, który, żyjąc w chaosie znaczeń, pogubił normy moralne.

Bohaterem pierwszoplanowym tej części widowiska jest zomowiec i jednocześnie niespełniony poeta, Zbyszek Kowalski (w tej roli Jan Mierzyński). Jego imię przywołuje postać Zbyszka Godlewskiego, stoczniowca zastrzelonego przez milicję 17 grudnia 1970 roku, którego upamiętniła ballada „Janek Wiśniewski padł". Nazwisko Kowalski, jedno z popularniejszych w Polsce, czyni zeń reprezentanta pewnej zbiorowości – zatem zomowiec ze stanu wojennego wypełniający rozkazy rządzących (bo przecież jak nie on, to ktoś inny) łączy w sobie w wymiarze symbolicznym cechy ofiary i bratobijcy, pałującego „w sam raz", ale przeżywającego też rozterki moralne. To z jego perspektywy oglądamy historię i współczesność stanu wojennego, to w jego chaotycznym monologu pobrzmiewają wersy utworów romantycznych, jakieś ideały zarzucone, a także jego własna poezja jeszcze niezapisana, za którą chciałby otrzymać Nobla. Wynurzenia Kowalskiego nie mogą być jednak należycie wyartykułowane, bo zagłusza je odgłos pałek uderzających w tarcze. Nie można wszystkiego unieważnić, zakrzyczeć, wyciszyć. Ta scena to ciągle Polska, niestety, odwiecznie podzielona, choć pragnąca wolności.

Dawni zdrajcy ojczyzny, jak przywołani w sztuce Ksawery Branicki czy Janusz Radziwiłł, mają współcześnie swoich następców. Stare grzechy są powielane, interesy partykularne ważniejsze od wspólnego dobra. Głosy poetów romantycznych stawiających ojczyznę w rzędzie wartości najwyższych wykpione. Tu trwa odwieczna wojna polsko-polska. Jej genezy zdaje się szukać „Bogusław Wołoszański" z programu „Sensacje XX wieku", w którego rolę wcielił się Artur Nełkowski. W prześmiewczy sposób, parodiując naśladowanego dziennikarza, odkrywa tajemnicę naszego stałego skonfliktowania – to skutek osiedlenia się w zamierzchłych czasach na jednym terytorium dwóch plemion! Jakże zatem możliwa jest zgoda?! Kiedyś, teraz, w przyszłości.

Akcja drugiej części widowiska Joanny Zdrady rozgrywa się w 35. rocznicę stanu wojennego. Przy wielkim stole biesiadnym zebrali się uczestnicy tamtych wydarzeń, by uczcić, „podyskutować", a przede wszystkim się napić. Są wśród nich dawni donosiciele, tajniacy, aktywiści stanu wojennego, byli zomowcy, jest też poeta Zbyszek Kowalski. Wśród mężczyzn jedna kobieta, z początku lekceważona, bo i pijana na wejściu, i nazbyt łatwa – przyszła się zabawić. W miarę opróżniania kolejnych butelek biesiadnicy coraz swobodniej wyjawiają własne tajemnice, grzechy z przeszłości zapijają wódką, rozczarowanie współczesnością topią w alkoholu. Licytują się na nazwiska i własne zasługi (nawet kalectwo jednego z nich ma nobilitować). Pieśni patriotyczne, wolnościowe, religijne, intonowane przez jednych i rozpoznawane przez pozostałych, którzy się przyłączają do śpiewów, w ustach bełkoczących pijaków odrywają się od swych pierwotnych znaczeń, brzmią jak kpina. Litania do przenajświętszej wódki wybrzmiewa świętokradczo, ale jest wymowna – alkohol lekarstwem na frustracje, alkohol bogiem w świecie zdewaluowanych wartości, spoiwem ponad podziałami pionowymi i poziomymi, o których mówiła uczestniczka biesiady, kreśląc znak krzyża. Scena ma charakter groteskowy, co typowe dla groteski, śmieszy, ale też przeraża. W reakcjach bohaterów możemy przecież zobaczyć odbicie własnych gestów, jednak czy zobaczymy? Postać zagrana znakomicie przez Marzenę Wieczorek, przesuwa się z dalszego planu na pierwszy i to ona przykuwa uwagę widzów. Ubrana w barwy narodowe, biało-czerwone, Matka-Polka, skarży się na samotność; urodziła 44 „milijony" dzieci, ale się rozproszyły po świecie. Symboliczna w „Dziadach" Mickiewicza liczba zapowiadająca nadejście zbawiciela narodu wybranego przez Boga („a imię jego czterdzieści i cztery") tu wybrzmiewa gorzko, umacniając rozczarowanie owym narodem wybranym. Pijackim głosem kobieta pyta: „Gdzie jest moja, że się tak brzydko wyrażę, Polska? A ona jest tu, na terytorium zamieszkanym przez dwa skłócone plemiona, w ich ranach i bliznach, których niestety, ciągle przybywa. „Dzień Nowego Roku" wyśpiewany przez Bono wcale nie przyniósł pojednania, bo jak wynika z treści widowiska, mentalność Polaków jest czynnikiem sprawczym ciągłych podziałów i konfliktów. Interes jednostkowy nadal wygrywa z dobrem ogółu i jak dawniej skutkować może tragicznymi następstwami. Zapowiedzią tychże zdaje się być ostatnia scena, kiedy to pijacka biesiada, przybierająca chwilami cechy orgii, przerwana zostaje wtargnięciem zamaskowanych osobników w kominiarkach, którzy bezwzględnie rozprawiają się z dawnymi aktywistami, sami też odnosząc rany. Wtedy na scenie pojawia się chłopiec, niby ten sam, wcześniej recytujący Mickiewicza, a jednak odmieniony. Z orzełkiem na piersi, w skórzanej marynarce, topornych mocnych butach, którymi trąca leżących, może budzić niepokój o kondycję pokolenia, które już za chwilę przejmie odpowiedzialność za państwo.

Widowisko „New Years's Day" przygotowane przez gorzowski Teatr w ramach kampanii „Obudź się" zdecydowanie zasługuje na uwagę. Tekst Piotra Rowickiego naszpikowany jest aluzjami literackimi i historycznymi, pozwalającymi na stworzenie perspektywy oglądu współczesnych Polaków na tle ich portretów z przeszłości. Abstrahuję, czy wszystkie one są czytelne dla młodzieży, do której przede wszystkim spektakl jest adresowany. Uznanie należy się realizatorom głównie za odwagę wzięcia na warsztat tak wymagającego materiału, zmierzenia się na nowo z problemami już rozpracowywanymi wielokrotnie w tekstach rozrachunkowych. I za znalezienie dla nich interesującej, groteskowej formy. Wielkie gratulacje składam aktorom, którzy stworzyli ciekawe kreacje jednostkowe, ale – po raz kolejny – zagrali też bez zarzutu jako zespół. A wszystko w doskonale skrojonych do formy kostiumach według projektu Anny Kaczkowskiej, przy muzyce Piotra Ziarkiewicza i w zmyślnej choreografii Kamila Wawrzuty. I choć sztuka budzi kontrowersje, warto ją obejrzeć. Owacje na stojąco, zarówno na premierze, jak i później, w kolejnych odsłonach, potwierdzają tę ocenę.

Agnieszka Moroz
Dziennik Teatralny
13 października 2016
Portrety
Joanna Zdrada

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia