Gdzie się do piekła pchasz

"Król Lear" - reż. Jacques Lasalle - Teatr Polski w Warszawie

Lear Andrzeja Seweryna miał być jego rolą życia. Ale stał się kolejną w paśmie podobnych. Ta premiera miała wyznaczyć pułap dyskusji w tym sezonie. Dane składały się na pełny sukces. Seweryn rozmawiał o niej z Jacques'em Lassalle'em już od dawna, obaj chcieli się spotkać z klasyką klasyki ponownie, ale tym razem mierząc się z Shakespeare'em, a nie - jak kiedyś - z Molierem, od którego Lassalle uchodzi za chyba najlepszego specjalistę w teatralnej Europie.

To z nim Seweryn w Comédie-Française zrobił m.in. słynnego "Don Juana" (1993). I dzięki tej, być może najlepszej swej roli, w 1995 r. wszedł do grona sociétaires, czyli stałego zespołu legendarnej sceny. Dziś wybór padł na "Króla Leara", bo to i rola-zwieńczenie dla wielkich aktorów, i ukoronowanie reżyserskiej drogi.

Nie spodziewałem się, że Lassalle zaoferuje teatr na wskroś ascetyczny, w którym sensów należy się dogrzebywać na poziomie samego słowa, idealnie podawanego, by widz bardziej zaufał każdej z rzędu frazie Shakespeare'a, niż otwierał sobie obrazy i możliwości wejścia w osobowość Leara od różnych stron. Gdy Lassalle w Warszawie wystawiał Moliera czy Marivaux, nie dało się pozbyć wrażenia, że coś w tych tekstach uwiera na nowo i demaskuje naszą bezmyślność w ocenie rzeczywistości i nas, jej uczestników. Te diagnozy podświadomie burzyły dobre samopoczucie brutalniej niż modne wówczas teksty brutalistów. Problem Leara zaś jest wyrafinowany. Zapędza w pułapkę tych, którzy chcą rozwiązać jego zagadkę. Choćby samo to przybliżanie się zawsze fascynuje. Z kolei posiłkowanie się poetyką linearnego kryminału, w którym morał szybko znajduje swoje miejsce, a przyczyna konieczny skutek, nadaje się do badania tej postaci tak samo idealnie jak ponowoczesne sadzanie jej na kozetce u psychoanalityka.

Lassalle podąża za literą tekstu. W zamyśle to apoteoza arcydzieła, jego potwierdzenie. Gdy Seweryn już w pierwszej scenie dokonuje podziału królestwa pomiędzy Reganę (Anna Cieślak), Gonerylę (Marta Kurzak) a Kordelię (Lidia Sadowa), wydaje się tylko starcem bez świadomości tego, co czyni. Zatem gra tragedię bezsilności, na której żeruje cały świat, a on - jako aktor słowa, sprytnie uzurpujący sobie jego siłę - zyska okazję, by na najlepszym materiale potwierdzić wszystkim znane emploi. Kolejna pułapka, bo można było przewidzieć, że Lassalle szerokich gestów i retorycznej pozy Seweryna nie pohamuje. Ale skontrować by się ją dało. Niejeden szekspirolog zauważył, że na wstępie wypada zadać podstawowe pytanie: po co w ogóle władca wystawia wszystkich na próbę. Testuje miłość córek, żądając deklaracji miłości; jednym słowem, po co funduje sobie całe to rodzinno-polityczne piekło.

Lear ma w sobie coś ze znudzonego życiem wrażliwca, który na ostatni moment urządza czysty spektakl, mówiąc: "sprawdzam". Pragnie poznać prawdę o ludziach, także najbliższych, bez taryfy ulgowej. Wcześniej stąpał po ziemi, nie odczuwając frajdy z pewności sytuacji, własnego statusu. Wariantem takiego Leara byłoby również pozwolenie sobie na to samo "sprawdzam", tyle że dla najczystszej z kolei komedii (pomijanie wątków komediowych w tragediach Shakespeare'a to grzech twórców), po prostu: silny król wkracza na arenę zabawy, choć powaga dziejów na to nie pozwala. Takiego Leara właściwie w naszym teatrze nie oglądaliśmy, a Seweryn spokojnie mógłby nim być.

Nie udało się także Zbigniewowi Zapasiewiczowi w 2001 r., gdy pokazał się jako przegrany egzystencjalista, choć wtedy, pamiętam, reżyser Piotr Cieplak podpowiadał część tajemnicy ustami fenomenalnego Błazna Piotra Machalicy. Dlatego szkoda, iż u Lassalle'a Jarosław Gajewski w tej roli ratuje się konwencją i grą pod widza - że to potrafi genialnie, wie każdy. Z tego spektaklu zapamiętam za to Szymona Kuśmidra jako zdradzieckiego Oswalda. Gra bydlaka, który odpycha niczym monstrum, choć jego słowa są szatańsko pociągające. Niebywałe, jak ten wyjątkowy aktor genialnie odczytuje każde zadanie z całej dotychczasowej serii w warszawskim Teatrze Polskim.

Seweryn wybrał Leara rzuconego na rzeź rodziny. Zadaje pytania, lecz bardziej utyskuje na świat. Z tym że na świat utyskiwał też jako Prospero w "Burzy" Dana Jemmetta (2012), pokazując, że tłumaczenie zawiłości ludzkiej natury go nudzi, a kreowanie świata zwłaszcza. Nie inaczej grał Hamma w "Końcówce" (2011). Podobne klisze, podobne powidoki, niech będzie, że także dowód na powagę w poruszaniu na scenie najtrudniejszego. Ale tajemnica Leara pozostaje nieodkryta.

Przemysław Skrzydelski
W Sieci
15 maja 2014

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia