Genialne w swej prostocie

"Ballady kochanków i morderców" reżyseria: Robert Talarczyk Teatr Korez w Katowicach

W grudniu 2006 roku w Sali Teatralnej MCKiS w Jaworznie ze spektaklem zatytułowanym "Do łez" wystąpili aktorzy Teatru Polskiego z Bielska - Białej.

Pamiętam konsternację na twarzach stałych bywalców MCK-u, którzy po piosenkach "lekkich, łatwych i przyjemnych" (m.in. "Asereje", czy "Azurro") zmuszeni byli wysłuchać tekstów o ciele, gnijącym na dnie studni czy głowie, roztrzaskiwanej kamieniem. Te trzy piosenki - w tłumaczeniu Roberta Talarczyka - pochodziły, jak się później okazało, z "Ballad kochanków i morderców"...

Reżyser katowickiego przedstawienia w jednym z wywiadów bardzo wyraźnie określił jego kształt: "Spektakl we Wrocławiu za bardzo kojarzył mi się z poezją śpiewaną, nasze tłumaczenia tekstów Cave\'a są bardziej chropowate, bliższe oryginałom. Nie chodzi nam o recital - na scenę na pewno nie wyjdzie baba w czarnej kiecce, żeby produkować się w stylu piosenki aktorskiej i nikt z nas nie będzie też udawał Cave\'a". Rozumiem brak naszpikowanego wulgaryzmami "Staggera Lee", dzięki któremu Mikołaj Woubishet wygrał tegoroczny PPA we Wrocławiu. Wydaje mi się jednak, że galeria tych "kreatur o przetrąconych kręgosłupach" i "wszelkiej maści wykolejeńców" byłaby pełniejsza, gdyby w "Balladach..." pojawił się "Bar O\'Malleya". Wciąż pamiętam wykonanie Mariusz Drężka, który przez kilkanaście minut wyrzucał z siebie obrazy krwawej łaźni, urządzonej w tytułowym lokalu. Opowieść o pękającej jak kruche szkło krtani, wypadających z brzucha na podłogę wnętrznościach czy rozwalonym mózgu, Roman Kołakowski inkrustował specyficznym, Cave\'owskim poczuciem humoru - bohater chęć dobicia postrzelonego przez siebie klienta tłumaczy tym, że zawsze był wrażliwy na cierpienie... Jestem pewien, że Robert Talarczyk zaśpiewałby tę piosenkę równie brawurowo, co aktor z teatru K2.

Jest w tym przedstawieniu kilka naprawdę pięknych, zapadających w pamięć obrazów. Taniec Starej (Elżbieta Okupska) i Starego (Mirosław Neinert), skąpanych w zielonej poświacie. Drabina, na którą z góry pada snop białego światła. Deszcz, który spada na scenę w trakcie jednej z piosenek. Strzelają rewolwery, błyska stroboskopowe światło, płonie księga, świecą światłowody, a w powietrzu czuć swąd przepalonych bezpieczników. Pojawiają się nawet maski z teatru antycznego i nakręcona specjalnie na potrzeby spektaklu wstawka filmowa, odsyłająca bardzo czytelnie do "Dekalogu 5" Kieślowskiego. Z kolei w "Crow Jane" mamy aluzje do "Gildy" z Ritą Haywort, a reżyser w tym utworze jawi się jako wnikliwy czytelnik Freuda.

W tego typu przedstawieniu wszystko musi być perfekcyjnie zgrane - światło z muzyką, śpiew z ruchem. Nikt nie może sobie pozwolić na luksus zapomnienia tekstu. Jednak wykonawcy, grający spektakl już od sześciu lat, mogą bawić się słowami piosenek. I chętnie to czynią. Robert Talarczyk jako Młody po raz kolejny udowodnił, że świetnie odnajduje się zarówno w rolach schwarzcharakterów, jak i przegranych facetów rodem z pieśni Cohena, którzy z ironicznym uśmiechem na ustach spoglądają na swoją klęskę. W pamięci zostaje przede wszystkim niezwykle ekspresyjne wykonanie "Krzesła miłosierdzia", w którym aktor faktycznie daje z siebie wszystko. Obdarzona mocnym, krystalicznie czystym głosem Ewa Grysko (Młoda) w "Crow Jane" potrafi przejść od niezwykle delikatnego śpiewu do niespodziewanego, zachrypniętego ryku czy warknięcia. Nie ma łatwego zadania, gdy podczas wykonywania "Dziecka łez" musi skupić na sobie uwagę publiczności, bardziej zainteresowanej Młodym, znęcającym się nad skrępowanym mężczyzną. Elżbieta Okupska jest kapitalna w roli nieustannie dygającej Loretty. Z kolei siedząc okrakiem na krześle w "Czy mnie kochasz?" i wykonując wspólnie z Cezarym Kruszyną specyficzny układ choreograficzny, potwierdza, że nie boi się żadnej roli. Mający na głowie kapitańską czapkę Mirosław Neinert śpiewa - brzmiącą niczym szanty -"Pieśń okrętów", "akompaniując" sobie na wyciętej z tekstury ośmiornicy. Naprawdę trudno się nie roześmiać, gdy za jego plecami pojawia się reszta aktorów, robiąca mocno nieadekwatne do treści piosenki miny. Później jest jeszcze "solo" na "klawiszach"...

Do tej pory chyba nikt nie odważył się w ten sposób interpretować Cave\'a. Z kolei w "Szkarłatnej dłoni" aktor wnosi na scenę mrok, "który można ciąć nożem do mięsa". Nie można nie wspomnieć o wykazującym imponującą sprawność fizyczną Cezarym Kruszynie, który przez cały spektakl nie mówi ani słowa, jest partnerem dla śpiewających aktorów, ale trudno sobie wyobrazić to przedstawienie bez owego tła.

Kiedy Młody śpiewa "Już nigdy nie spadnie deszcz", Stary w trakcie refrenów odsłania kurtynę. Najpierw w głębi sceny widzimy Młodą w bieliźnie, w całym pięknie kobiecego ciała. Później - w scenie erotycznej z kochankiem. Kiedy mężczyzna odsuwa zasłonę po raz ostatni, widzi Starą. W tej ostatniej, trwającej kilka sekund i genialnej w swej prostocie scenie, powiedziano wszystko.

Tomasz Klauza
Dziennik Teatralny Katowice
4 maja 2008

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia

Faust
Tobias Kratzer
Nowy "Faust" z Opery Paryskiej 29 lis...