Geniuszowi chwała!

"Trubadur" - reż. Laco Adamik - Opera Krakowska w Krakowie

"Był szlachetny i wielkoduszny, uparty, narowisty, przewrotny, j wybuchowy, bezwzględnie dbały o swe interesy, twardy i bezkompromisowy w kwestiach artystycznych. Tym właśnie wzbudził miłość całego narodu".

Tak Piotr Kamiński, miłośnik i znawca opery, charakteryzuje Giuseppe Verdiego i wyjaśnia fenomen jego popularności w obszernym leksykonie Tysiąc i jedna opera. Ale do tych opinii trzeba dodać jeszcze jedno: Verdi do dziś wzbudza miłość melomanów całego świata siłą talentu, inwencją melodyczną, wyczuciem teatru, a przede wszystkim umiejętnością malowania uczuć muzyką. Jestem jedną z zagorzałych wielbicielek Mistrza z Busseto. Lubię opery barokowe, podziwiam Mozarta, zachwycam się Rossinim, ale Verdiego po prostu kocham. Składam tę deklarację po to, by czytelnik zrozumiał, że premiera "Trubadura" Verdiego w Operze Krakowskiej nie była mi obojętna, że przywitałam ją z radością, ale też że szłam na premierowe spektakle z określonymi wymaganiami kierowanymi zarówno do realizatorów inscenizacji, jak i do wykonawców. Z radością stwierdzić mogę, że moje wymagania zostały zaspokojone, choć oczywiście zawsze wszystko mogłoby być jeszcze lepsze.

Rzymska prapremiera "Trubadura" odbyła się w 1853 roku, a więc j przed 160 laty. Już rok później (tak!), w 1854, cudowną muzyką Verdiego mogli zachwycać się warszawscy melomani. Od tego czasu "Trubadur" regularnie pojawiał się na polskich scenach operowych. Przez ostatnie sześćdziesiąt lat (!) nie zawitał jednak do Krakowa. Dopiero obchodzona w 2013 roku 200. rocznica urodzin Verdiego skłoniła dyrekcję naszej opery do wyboru z pokaźnego dorobku jubilata tego właśnie dzieła (za co jej chwała!), choć był to wybór obarczony ryzykiem. Wspomniany Piotr Kamiński cytuje w swej książce receptę na udaną inscenizację "Trubadura" podaną przez Caruso, najznakomitszego niegdyś wykonawcę tytułowej roli:

"wystarczy zgromadzić na scenie czworo największych śpiewaków świata". Sam dodaje, że bohaterowie "Trubadura" to "oślepiającym blaskiem płonące wokalne pochodnie".

8 i 9 czerwca na krakowskiej scenie oglądaliśmy "Trubadura" w dwóch różnych obsadach, jednej bardziej lirycznej, drugiej

- dramatycznej. Doceniając talent i warsztat naszych artystów, stwierdzić muszę, że do światowej czołówki może jeszcze nieco im brakuje, choć 8 czerwca powiało ze sceny "wielkim światem", bo w partii Cyganki Azuceny wystąpiła gościnnie Małgorzata Walewska, przedstawicielka tejże czołówki. Co jednak ważne, te dwie obsady tak skonstruowano, by zapewnić słuchaczom możliwie najlepszy odbiór dzieła, a wysoki poziom artystyczny, jaki reprezentowali protagoniści, czynił z nich godnych partnerów wielkiej gwiazdy. Wszyscy zresztą realizatorzy i wykonawcy wykazali się starannością i wrażliwością artystyczną, tworząc spektakl ładny, harmonijny, cieszący ucho i oko.

"Trubadur" to opowieść o miłości, zazdrości i zemście. Opowieść - bo bohaterowie na scenie głównie relacjonują wydarzenia lub dają upust targającym ich uczuciom. Wszystko co ważne dla przebiegu akcji dzieje się poza sceną. Reżyser nie ma więc łatwego zadania, musi bowiem w sensowny sposób zagospodarować scenicznie statyczne, choć urzekające arie, duety i ensemble. Laco Adamik, reżyser "Trubadura", zawierzył librettu i muzyce, nie wymyślał niecodziennych rozwiązań, pozwolił artystom śpiewać, co okazało się rozwiązaniem trafnym.

Także Barbara Kędzierska, twórczyni scenografii i ładnych kostiumów, dobrze rozwiązała problem dziewięciokrotnej zmiany miejsca akcji. Udało się jej także stworzyć iluzję przestrzeni i głębi sceny, co jest rzadkie w gmachu przy ul. Lubicz. Jedynym elementem zakłócającym wizualną harmonię był ustawiony przy ognisku fotel Azuceny z niemal plażowym parasolem. Czy nie można się go pozbyć na rzecz jakiegoś bardziej naturalnego w obozie Cyganów siedziska?

Ale "Trubadur" Verdiego, to - jak już zaznaczyłam - przede wszystkim muzyka. Zgodnie z tym jego krakowska inscenizacja przede wszystkim urzeka muzycznie. Tomasz Tokarczyk przygotował i poprowadził oba spektakle bardzo starannie, z wielką wrażliwością i wyczuciem stylu kompozytora. Operowa orkiestra pod jego batutą grała ładnym dźwiękiem, muzykalnie, ze staraniem o niuanse. Bohaterem równym solistom jest w "Trubadurze" chór, bo wiele w tej operze scen zbiorowych o zróżnicowanym charakterze. Przygotowany przez Zygmunta Magierę śpiewał po prostu pięknie. Dawno nie słyszałam takich zróżnicowań dynamicznych i dramatycznych w prezentacjach naszego zespołu.

A co z "oślepiającym blaskiem płonącymi wokalnymi pochodniami"?

Idąc "po starszeństwie", ale i według ważności dramatycznej w operze, na pierwszym miejscu stawiam właśnie odtwórczynie

partii Cyganki Azuceny. Małgorzata Walewska stworzyła postać sugestywną, wręcz tragiczną w rozpamiętywaniu losu swej matki spalonej niegdyś na stosie. Równie poruszająca w tej roli - a i doskonała wokalnie - była Agnieszka Rehlis. To kolejna, chyba najlepsza jej rola na krakowskiej scenie po Kompozytorze w "Ariadnie na Naxos" i Orfeuszu w "Orfeuszu i Eurydyce". Zaproszenie do współpracy tej artystki przez dyrekcję Opery Krakowskiej okazało się decyzją znakomitą.

Manrico Arnolda Rutkowskiego był zakochanym młodzieńcem, urzekał wdziękiem, lirycznym uczuciem, piękną i wyrównaną barwą głosu praż muzyczną finezją. Tomasz Kuk w tej roli, dysponujący cięższym, ciemniejszym głosem, był bardziej bohaterski, a w słynnej arii Di ąuella pira wręcz porywający. Hrabia di Luna, jego nieznany brat, rywal i przeciwnik polityczny, w interpretacji Leszka Skrli był przebiegły i groźny. Szkoda, że artysta bardzo dobry aktorsko i wokalnie ma głos jakby nieco zawoalowany, brak mu blasku. Dzień później Litwin Dainius Stumbras wzbudzał trwogę samą postawą i potęgą głosu, choć aktorsko nie był tak przekonujący jak Leszek Skrla. Obie odtwórczynie ukochanej przez braci Leonory dowiodły, że godne były tego uczucia. Wprawdzie głos Katarzyny Oleś-Blachy wydaje mi się zbyt lekki do wymogów tej partii, stąd wszystkie fragmenty mieszczące się w dolnym rejestrze nie miały w jej interpretacji odpowiedniej mocy i barwy, ale artystka bardzo mądrze rozkładając akcenty dramatyczne w śpiewie, potrafiła te mankamenty stonować. Prawdziwą Verdiowską heroiną była w tej roli Ewa Vesin, choć w jej śpiewie brakło mi dbałości o dykcję. W obu spektaklach ważną i odpowiedzialną partię Ferranda kreował gość z Bratysławy Józef Benci, obdarzony głosem basowym o ładnej barwie. W roli Ines, przyjaciółki Leonory, słuchaliśmy Agnieszki Cząstki i Moniki Korybalskiej, obie ładnie śpiewające. Podobnie dobrze wywiązali się ze swych zadań wykonawcy pomniejszych ról.

Krakowski Trubadur okazał się zatem udany. To kolejny stopień w budowaniu pozycji naszej sceny operowej.

Anna Woźniakowska
Miesięcznik Kraków
11 lipca 2013

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia