Głowy nie do obalenia

Krakowski Salon Poezji

Pastisze bawią i uczą Wśród najwspanialszych profesorów świata (dziedzina jest tutaj zupełnie obojętna), byli tacy, którzy oprócz mózgu posiadali również ciało. To znaczy - zauważali, że je mają. Pierwszy z brzegu przykład: Stefan Banach. Geniusz matematyczny, równolegle zaś - geniusz gorzałek wszelkich. Głowa nie do obalenia.

Kiedy rozpruwał koperty z zaproszeniami na rozmaite sympozja, zwykł był mawiać: "Zobaczmy, gdzie i o której godzinie mnie nie będzie!". I rzeczywiście - nie było go. Tam go nie było punktualnie, gdyż punktualnie był w "Szkockiej", legendarnej knajpie lwowskiej, gdzie esy-floresy ołówkiem na blacie stolika kreśląc, między łykiem "n" a łykiem "n+1" - nic jeszcze o tym niewiedzącemu światu mózg zmieniał na lepszy.

Nie dokładnie tak, ale też nie zupełnie inaczej, sprawy się miały z Kazimierzem Wyką, legendą polonistyki.

Na ostatnim Salonie Poezji Halina Jarczyk (skrzypce, talerze) i Jacek Bylica (fortepian) grali, Beata Malczewska śpiewała, zaś Małgorzata Ząbkowska-Kołodziej, Rafał Sadowski i Tadeusz Zięba czytali Kazimierza Wyki pastisze poetyckie - wiersze, których wprawdzie nie napisali: Kochanowski, Sęp Szarzyński, Krasicki, Mickiewicz, Słowacki, Norwid, Kasprowicz, Staff, Gałczyński, Herbert oraz Białoszewski, lecz gdyby napisali - to litera w literę byłyby dokładnie takie, jakie wyszły spod pióra Wyki. Posiadając bowiem głowę nie do obalenia, genialny czytelnik ten posiadał też nie do obalenia uszy - słuch językowy ponadabsolutny. Słyszał wszystko, również pustkę naukowej piany. Przy czwartym, może piątym pastiszu, przypomniało się olśniewające Wyki "podsumowanie" jednego z dni długiej, obfitującej w głębinne referaty konferencji polonistycznej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Naoczni świadkowie powiadają, że po wystąpieniu ostatniej prelegentki kompletnie zdruzgotany Wyka, zapiekły kibic futbolu, jako kierownik konferencji wstąpił na mównicę i wypalił: "A Cracovia i tak, i tak wejdzie!". Po czym udał się, by tak rzec, w stronę fundamentalnego pokrzepienia. Tak, miał słuch ponadabsolutny. Słyszał wszystko, zwłaszcza pustkę naukowej piany z papieru, stąd też, jak sądzę, pastisze. W ich układaniu nie szło o zabawę, małpowanie, wykpienie, nie daj Bóg - szyderstwo. Nie. Jak układający pastisze Marcel Proust, Wyka miał tę kamienną pewność, że wiele o pisarzu można wiedzieć, o jego filozofii, przesłaniu, pouczeniach oraz ideach, ale wszystko wie się tylko wtedy, gdy usłyszy się jego intonację. Gdy się pozna wyjątkowość ciała zdań, które nigdy nie jest przezroczyste.

Paweł Głowacki
Dziennik Polski
14 kwietnia 2015

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia