Goj jest trefny, ale jego grosz koszerny

"Bóg zemsty" - reż. Andrei Muntéanu - Teatr Żydowski

Szczęśliwy dom, dobrze prosperujący interes, nieskalana nawet spojrzeniem mężczyzny córka i żona – dobra gospodyni. A gdy zejdziemy do piwnicy... co ukaże się naszym oczom? Czy aby miejsce, które tak blisko fundamentów sielskiego gniazdka - porządnej żydowskiej rodziny nie zaczyna gnić, a rdza i próchnica zażerają się już wszystkim, pozostawiając na deser coś naprawdę wyjątkowego?

Poziom 1

Odpowiedź na to pytanie nigdy nie będzie taka sama. Owszem, jej barwa pozostanie w podobnej kolorystyce, jednak tonacje stanowią różnorodność, gdyż o tym decyduje subiektywne odczucie widza. Pomimo tego, pytanie to trzeba zadać.

Siła spektaklu tkwi w jego dosłowności, to właśnie ona gra w „Bogu zemsty" pierwsze skrzypce. Przez wszystkie akty, delikatnie przemyka pomiędzy pozostałymi elementami całości, aby stanąć na proscenium i pięknie kłaniać się widowni. Właśnie dlatego widzowie czują się jakby oglądali coś z boku – nie są w domu Czapczowiczów (rodzina głównego bohatera), a tylko zajęli wygodne miejsca obok, aby ten dom móc obejrzeć. To nie autor nakłada na tekst dwuznaczność, robią to same postaci – nieudolnie zakrywając lub spychając to, co „niekoszerne" do piwnicy.

Reżyser Andrei Munteanu bardzo dobrze poradził sobie z tekstem Szaloma Asza. Nie nałożył na sztukę ciężkich okuć, a raczej delikatne zawiasy, które pozwalały tekstowi swobodnie płynąć pod wpływem gry aktorów. Delikatnie uchylił drzwi, aby w pełni otworzyły je postaci. Było to dobre posunięcie w akcji dramatu, stopniowo nadawało tempa i nie dopuszczało do spowolnienia wartkości fabuły, które wpłynęło by na jej rozmycie i jednoczesne zubożenie.

Autor scenografii - Jan Polivka, stworzył na scenie dom głównego bohatera w sposób prosty i nieprzerysowany. Zdecydowanie była to swego rodzaju biała kartka, na której bardziej widoczne stawały się szablony postaci, którym wypełnienie nadali aktorzy. Nie było to łatwe zadanie ze względu na samą drogę obcowania i wykreowania tak zdawkowych charakterologicznie postaci, ale również na język, w jakim był grany spektakl. Biegła wymowa, wyczucie i tworzenie, a nie odtwarzanie na scenie w obcym języku (jidysz), to potwierdzenie warsztatu aktorskiego na bardzo dobrym poziomie.

W pierwszym wnętrzu, jakie ukazuje się widowni, scenograf postawił na jasne przestrzenie – stanowią one główny element otoczenia, w którym mieszka porządna, żydowska rodzina Czapczowiczów.

Poziom -1

Drugi poziom to piwnica, w której pozostaje wszystko to, co odarte z przyzwoitości, niemoralne - wszystko to, czego ludzie nie powinni widzieć, aby rodzina z góry mogła cieszyć się dobrą opinią i poważaniem. To, co na dole to ściek, który spływa z góry.

A co z zacnymi gospodarzami? Gdy schody prowadzą w dół, ich miejsce zajmują „Wuj" i „Ciotka"- tymi przydomkami określają małżeństwo Czapczowiczów lokatorki piwnicy. To miejsce Jan Polivka przedstawił w bardziej ciemnych barwach, tworząc wizualnie kontrast dla dwóch światów znajdujących się na scenie.

W spektaklu ciekawe są również postaci. Szalom Asz stworzył bohaterów, którzy są jednowymiarowi – kieruje nimi jedna cecha charakteru, cel, lub pierwotny element skrywany głęboko w zakamarkach duszy. Jednak to jedna szala wagi... Gdy fabuła się rozwija, widzimy, co jest na drugiej. To Rywke (Ewa Greś) – córka Czapczowiczów, młoda i niewinna Żydówka, która nieświadomie (a może i chcący?) dołączy do postaci tak mocno ciągnących w dół. Szala, na której znajdowała się Rywke nie pozostanie pusta, jej miejsce zajmie Jankiel Czapczowicz (Henryk Rajfer). Te dwie postaci, które powoli zamieniają się swoimi „rolami", są w centrum akcji – głównymi bohaterami, lecz bez reszty przedstawionych osób ich zmiana nie mogłaby zajść, a jej konsekwencje nie byłyby aż tak widoczne. Ojciec i córka muszą podjąć decyzję, to oni stają się kreatorami tego, co będzie później, albo ulegną pokusie, albo zwycięży coś więcej niż logika. Pytanie brzmi, która szala zwyciężyła? Czy w ogóle mowa tu o jakiejś walce, czy wszystko jest już z góry przesądzone? A może jest to równa wojna, a zwycięstwo zależy tylko od kliku gramów nierzadko niepewnego sumienia?

Spektakl nie szokuje, jak to czynił przy okazji swojej prapremiery. Jednak zachował cień oburzenia sprzed wieku, formując go w czkawkę, która obecnych w tym tysiącleciu nadal mocno męczy. Zapominając, że bardzo łatwo można popaść w skrajność, zaczęto leczyć dolegliwość cukrem – coraz większą i większą jego ilością. Czkawka przeszła, ale teraz chory chce i musi zwrócić tę sacharynę, bo zaaplikowane lekarstwo nie było nawet prawdziwym uzupełnieniem cukierniczki.

„Bóg zemsty" jest na pewno pewnym zwrotem w repertuarze Teatru Żydowskiego, ale to przede wszystkim prztyczek w nos dla tych, którzy usiłowali wmówić stagnacje temu miejscu. Sztuka Szaloma Asza, nie jest jedynie obnażeniem pewnych postaw społecznych i tego, co nimi rządzi. To przede wszystkim ukazanie hipokryzji, która zamieszkuje nie tylko szare mury, ale również poświęconą ziemię. Kiedyś słyszałam, że zbawienie nie ma ceny... Ale słyszałam też, że historia lubi się powtarzać.

 

Katarzyna Prędotka
Dziennik Teatralny Warszawa
8 stycznia 2014

Książka tygodnia

Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie
Wydawnictwo Marginesy
Joanna Kuciel-Frydryszak

Trailer tygodnia