Gołąb utonął w wiadrze

"Beatrix Cenci"-reż: M.Sobociński-Teatr im. Słowackiego w Krakowie

Współczesny teatr rzadko interesuje się bogactwem wizualnym, jakie niosą ze sobą dramaty. Zatopiona w mrokach włoskiej opowieści o morderstwie historia miłości, a przede wszystkim niezwykłej postaci kobieciej "Beatrix Cenci" Juliusza Słowackiego kusi przepychem i zaskakuje logiką, przejrzystością poetyckiego tekstu.

Spektakl w Teatrze im. Juliusza Słowackiego jest jednym z najbardziej efektownych przedstawień. Zostajemy zatopieni w potężne przestrzenie pałaców, kościołów. Machiny teatralne, czyli płynący po scenie co chwilę wprzód i w tył podest jest ciekawym elementem. Przestrzenie i wykorzystanie całego teatru nie pomagają jednak aktorom w graniu. W potrzebie zapełnienia sobą tej pustki gubi się podstawowy kontakt między postaciami oraz gra zespołowa, której szczątki widać w trzech postaciach mar. Może to ma być spektakl o samotności i nieumiejętności kontaktu, lecz przedstawiony obraz morderstwa i miłości trochę przeszkadza w tej wizji. 

Zaskakuje wolne tempo spektaklu, rozciągłość i dłużyzna scen, gdzie cierpienie postaci przestaje być osobiste, a staje się uczuciem marmurowej rzeźby ustawionej frontem do publiczności. Widać zastygłą boleść, przerywaną przybyciem mar. Stojący przypominają postacie z obrazów i tak samo długo można na nich patrzeć, jak na płótna. Spektakl rozwija się z wykorzystaniem charakterystycznego dla thrillerów budowania napięcia, lecz nie dochodzi do żadnej kulminacji. 

Ciekawą kreacją jest postać matki Cenci (Anna Tomaszewska) - jej stanowczość, chłód wypracowany latami cierpienia, duma i odwaga stanowi kontrast dla słabości jej dzieci. W scenie, gdy pierze prześcieradła z krwi ukazuje bardziej praktyczność matki, niż bezlitosność morderczyni. Wyciąga z wiadra jednym ruchem truchło gołębia i rzuca bezpardonowo. 

Zaskakuje również postać Giano Gianiego (Radosław Krzyżowski) – malarza, ukochanego, który oczarowany widokiem Beatrix zachowuje się jak zaklęta mara przez cały czas. Dziwi, jak tak poczciwie, dobrodusznie zagrana postać jest w stanie zabić brata a potem siebie, a na dodatek rzucić brutalnie dzieckiem. Dowiadując się o ironii losu, jaka wyniknęła z jego czynów, spokojnie idzie do trumny ukochanej i wiesza się. 

Widać umiejętne tworzenie obrazów, szczególnie, gdy wchodzą na scenę dziewczynki w białych sukniach, przechodzą przez całą scenę, aby stanąć na jej końcu zaraz przed twarzami widów i uciec z wielkim krzykiem. Kolejne epizody białego chóru mają podobna konstrukcje i zachwycają jako umiejętnie wykreowany obraz trącący symboliką oraz motywami zbrodni i kary, niewinności, metafizyki. 

Reżyser stworzył efektowny spektakl o smaku powieści grozy. Mamy krew, uwikłanie, miłość, siły nadprzyrodzone, ciągle przypominaną niewinność i to wszystko w szeregu obrazów zawierających w sobie mrok i przytłumione światło. Widz może czuć się jakby oglądał film grozy, gdy nawet muzyka sztucznie manipuluje emocjami. Obecność w teatrze przypomina fakt odwracania się, aby śledzić kroki postaci, oglądania ich w różnych punktach widowni oraz bliskość aktora. Krótkie filmy wyświetlane na ekranie z tyłu sceny prezentują zbliżenia, ujęcia niemożliwe w teatrze, a charakterystyczne dla takiego kina. 

Widowiskowość nie służy jednak tekstowi Juliusza Słowackiego. Spektakl ukazuje możliwości romantycznej kreacji – jej efektowność, bogactwo. Pozostawi na pewno zachwyt nad stroną wizualną przypominając niezwykle piękne wazy, które są pustymi skorupami.

Justyna Stasiowska
Dziennik Teatralny Kraków
8 maja 2009

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia