Golonka teatralna z mistrza Musila

"Niepokoje" - reż. Sebastian Krysiak - Teatr Nowy w Krakowie

"Niepokoje wychowanka Torlessa" Roberta Musila to dla mnie zbyt ważna lektura, żebym był w stanie wzruszeniem ramion zareagować na intelektualne harakiri na wybitnym tekście literackim. Być może to w ogóle nie jest utwór, który nadawałby się do teatru? A już na pewno nie dla tych, którzy nie mają pojęcia, za co się zabierają.

Opublikowana na początku XX wieku debiutancka, w wielu partiach autobiograficzna powieść Musila, była posępną balladą o dojrzewaniu. Tytułowy bohater w szkole kadetów nie tylko odkrywa własną seksualność, ale także opresję wynikającą między innymi z popędów. Wikłając się w rozgrywkę pomiędzy przyjaciółmi, Reitingiem i Beinbergiem, staje się kimś w rodzaju sumienia i jednocześnie lustra dla oskarżonego o kradzież Basiniego, który dla nich trzech staje się seksualnym fantomem, jednocześnie przyciągającym i odpychającym.

Proza Musila była gęsta od niedomówień, w pewnym sensie antycypująca faszyzm, bogata w symbolikę, daleko wykraczająca poza ramy psychologicznej powieści inicjacyjnej. Po ponad stu latach utwór wciąż dotyka do żywego, bulwersuje i rani, na pewno nie zasługuje na amatorską kpinę. Tymczasem "Niepokoje" w Teatrze Nowym, w reżyserii Sebastiana Krysiaka, są jedynie żałosną imitacją najbardziej oczywistych założeń wysnutych z tkanki powieści. Spektakl sprawia wrażenie pierwszego szkicu, scenicznego brudnopisu wykonanego w pośpiechu, bez namysłu, również bez talentu.

Reżyser nauczył się w zasadzie jednego, że wszystko trzeba

uwspółcześniać. W jakim celu? Bez znaczenia. Na scenie rządy sprawuje zatem chaos. Zamiast groźnego ordnungu, sterana drewniana ścianka z poprzypinanymi pinezkami plakatami z gołymi babami, symbolizującymi zapewne marzenie o wesołej więziennej pryczy. Również interpretacja psychologiczna tekstu literackiego jest, nazwijmy to, dowolna. Przerażony Basini to u Krysiaka przegięta, niestety kompletnie aseksualna istota, dla której dokazywanie z chłopcami to żadna tortura, wręcz przyjemność. Odkrywający w powieści kosmos dojrzałości Torless jest "Panną Nikt", ni to, ni śmo - plama na ścianie, a jego dwaj koledzy to niespecjalnie jurne byczki, które przy okazji bredzenia własnego, od czasu do czasu detonują zaskoczoną publiczność filozoficznym bon motem.

Pomysłowy reżyser nie poprzestał niestety na rozebranych girlsach: austriackich kadetów z początku poprzedniego wieku umieścił w prowincjonalnej siłowni, a puszczonym samopas aktorom kazał stękać i pocić się, inkrustując wysublimowane frazy Musila wkładem własnym, oraz inspiracjami dramaturga spektaklu - Martyny Lechman. Wzbogacenia polegają mniej więcej na tym, że po kilku fragmentach filozoficznych zaklęć Musila, mających się nijak do przaśnej scenerii i dominującego tu półamatorskiego aktorstwa, pojawiają się chorobliwe czkawki i słowotwórcze girlandy, spośród których najwięcej frajdy dawały wykonawcom cienkie wulgaryzmy. Idealnie zresztą pasują do końcowej oceny przedstawienia, gdyż nawet językowe mięso jest tutaj zdecydowanie drugiej kategorii. Golonka i flaki, żaden dewolaj.

Łukasz Maciejewski
Polska Gazeta Krakowska
3 kwietnia 2013

Książka tygodnia

Trening fizyczny aktora. Od działań indywidualnych do zespołu
Wydawnictwo Biblioteki PWSFTviT
Rodowicz Tomasz, Jabłońska Małgorzata, Toneva Elina

Trailer tygodnia