Gorzki smak szampańskiej zabawy

"Cabaret" - reż. Krzysztof Jasiński - Krakowski Teatr Scena STU

Na scenie Teatru STU można spotkać się z bohaterami musicalu „Cabaret" w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego. Młodzi aktorzy pod przewodnictwem wybitnego reżysera udowadniają, iż problemy poruszane w musicalu z 1966 roku nadal są aktualne. Doskonale zagrany i świetnie wyreżyserowany spektakl sprawia, iż na ponad dwie godziny, przenosimy się do Berlina w latach 30. ubiegłego wieku, gdzie bohaterowie przeżywają wzloty i upadki.

Niewielka scena teatru przywitała mnie skromną scenografią. Parę stołów i krzeseł od razu wprowadzały w klimat kawiarni Kit-Kat, choć w głowie rozbrzmiewało pytanie, jak reżyser zrealizował tak spore widowisko w tak skromnych warunkach. Wypełniona po brzegi widownia już za chwilę miała zostać zaproszona do świata musicalu przez Emcee (Krzysztof Kwiatkowski), który od pierwszego momentu po pojawieniu się nie pozwalał oderwać od siebie wzroku. Wdzięk, charyzma, odwaga, jaką aktor wykazał się w spektaklu, nie pozwala o nim zapomnieć nawet, gdy znika ze sceny. Krzysztof Kwiatkowski pokazuje na scenie najwyższą klasę w każdej sekundzie, bezbłędnie odgrywając swoją postać. Doprowadza widza do śmiechu, gdy tylko ma na to ochotę, by następnie zmusić go do refleksji z równie wielką gracją. Jest w tej roli tak naturalny – można odnieść wrażenie, że została napisana specjalnie dla niego. Jakby w 1966 roku ktoś przewidział, iż ten świetny aktor dostanie szansę wcielenia się w tego niejednoznacznego bohatera.

Kreacja, jaką Krzysztof Kwiatkowski pod egidą Krzysztofa Jasińskiego proponuje widzowi, jest odważna. Reżyser w pierwszej scenie wypuszcza samotnego Emcee do publiczności i bezpośrednio go z nią konfrontuje. Ten zabieg z początku był dla mnie konfundujący – w końcu akcja dziać się miała w Berlinie w latach 30. ubiegłego wieku, a tu bohater jest doskonale świadomy tego, gdzie jest i z kim obcuje. Zwraca się bezpośrednio do publiczności, nawiązuje z nią relacje, odnosi się do współczesnych wydarzeń i żartuje z nich. Całość jest jednak tak zajmująca, szczera i prawdziwa, że już po chwili w pełni byłem wciągnięty do kawiarni Kit-Kat. Ogromna w tym zasługa wiodącego w tej scenie aktora, który sprawia, że zatopienie się w ten świat jest czymś całkowicie dla widza naturalnym. Gdy do Emcee dołączają pozostali bohaterowie musicalu „Cabaret" byłem już w pełni przekonany, że czeka mnie świetna zabawa i doskonale zrealizowany spektakl.

Krzysztof Kwiatkowski nie opuszcza wysoko zawieszonej sobie poprzeczki ani na moment. Każda scena z jego udziałem zmuszała mnie do skupienia pełni swojej uwagi na nim. Byłoby to problemem, gdyby nie niesamowita świadomość sceniczna aktora. Doskonale wie, kiedy musi być ważny, kiedy jego słowa muszą wybrzmieć, a kiedy odpuścić, by uwagę mogli przejąć jego koleżanki i koledzy. Manipulował moim skupieniem z tak niezwykłą lekkością, iż nawet nie spostrzegłem, kiedy to robi. Gra aktorska Krzysztofa Kwiatkowskiego to absolutny majstersztyk, za który zasłużenie dostał ogromne owacje.

Podobne owacje za swoje role dostali Beata Rybotycka oraz Andrzej Róg, wcielający się kolejno w Fraulein Schneider i Herr Schulza. Chemia, którą czuć było między postaciami w każdej chwili, w której mogliśmy ich obserwować, pozwalała na autentyczne zżycie się z nimi, ich relacją i perypetiami. Historia tej pary, dzięki wspaniałemu występowi aktorów, wywoływała u mnie skrajnie różne emocje – od radości po ogromny żal i smutek. Zaloty Herr Schultza obserwowało się z ogromną przyjemnością, gdy Andrzej Róg doskonale potrafił wyważyć w słowie subtelność, ale i stanowczość. Fraulein Schneider z kolei nie pozostawiała cienia wątpliwości co do wiary w swoje życiowe przekonania i podejmowane decyzje. Bycie świadkiem rozwoju ich relacji było doświadczeniem niezwykłym właśnie przez jej szczerość. Duet aktorski doskonale sobie akompaniował i sprawił, że przez długi czas po zakończeniu spektaklu czułem więź z ich postaciami, a zwieńczenie tego związku do teraz nie pozwala mi się pogodzić z realiami świata, w którym przyszło im żyć. Spora w tym również zasługa rozwiązań, które reżyser postanowił wpleść w spektakl – między innymi licznych interakcji z publicznością – co pozwoliło widowni stać się częścią całego widowiska.

Członek hitlerowskiej partii Ernst Ludwik (Marcin Zacharzewski) jest z kolei postacią, która wzbudziła we mnie najbardziej sprzeczne uczucia. Z jednej strony jest to miły człowiek, uśmiechnięty, kulturalny, konkretny i skupiony; z drugiej jednak strony – jego życie to ślepa wiara w narzuconą mu, zbrodniczą ideologię, która przepełniona jest nienawiścią. Ernst nie zastanawia się nad słusznością poglądów, w które wierzy. Ślepo wykonuje rozkazy. Marcin Zacharzewski wspaniale oddał swoim ciałem i głosem tego niejednoznacznego bohatera. Sprawił, że zapałałem sympatią do bohatera, którego przynależność do odrażającej ideologii nazistowskiej powinna mnie od niego odtrącić już na samym początku. Dzięki kreacji Marcina Zachrzewskiego można dostrzec w młodych Niemcach żyjących w tamtych czasach ludzi, takich samych jak setki, których mijamy na ulicy każdego dnia. A mimo to ci ludzie dali Hitlerowi możliwości i ciche przyzwolenie na wymordowanie milionów istnień, na stworzenie niemieckich obozów zagłady, na czynienie niewyobrażalnego zła często rękami tych właśnie ludzi. Marcin Zacharzewski zmusił mnie do sympatii do jego bohatera, mimo ewidentnych sprzeczności z moimi poglądami na życie. Nie usprawiedliwiałem go ani jego postępowania, ale złapałem się na tym, że chciałbym znaleźć dla niego takie usprawiedliwienie, które na jego nieszczęście nie istnieje.

Fabuła musicalu kręci się wokół Clifforda Bradshaw (Maciej Grubich), który poznaje w kawiarni Kit-Kat pracującą tam Sally Bowles (Paulina Kondrak). Ta dwójka młody aktorów bardzo dobrze wykonuje zadanie powierzone im przez reżysera, jednak ich relacja miejscami wydawała mi się sztuczna, narzucona. Nie potrafiłem poczuć chemii między tymi bohaterami, choć aktorzy dwoili się i troili, by mnie do tego związku przekonać. Nie potrafię wskazać tego przyczyny, gdyż aktorzy w swoich rolach wyraźnie się odnaleźli. Między nimi brakowało mi jednak chemii, co sprawiło, że ich związek nie był dla mnie niczym więcej niż przelotną znajomością. Nie mnie radzić, czego brakło w tej relacji, ale wierzę, że ta więź się między bohaterami wytworzy, gdyż aktorzy mają ku temu wszelkie predyspozycje. Teatr jest ciągle żywy, aktor to materiał plastyczny i trzymam kciuki za Paulinę Kondrak i Macieja Gubricha, by odnaleźli wspólnie ten brakujący – dla mnie – element relacji ich bohaterów.

Gdyż każdy z nich, jak już wspomniałem wcześniej, wie, co robi na scenie i po co na niej jest. Ani przez chwilę nie odniosłem wrażenia, że aktorzy nie mogą się odnaleźć i próbują mnie czymś zwodzić – poza nielicznymi, wspomnianymi delikatnie wcześniej, momentami ich relacji. Mam wrażenie, że Paulina Kondrak mogłaby odważyć się nieco bardziej w tańcu. Jej ruchy wydawały mi się nieco sztywne a ciało aktorki spięte. Widziałem, że bardzo jej zależy, by każdy ruch wykonać poprawnie i najlepiej, jak potrafi i za taką postawę chylę czoła. Jednocześnie jednak wiem, że nie powinienem tego widzieć. Tańczyła przede mną aktorka, nie Sally Bowles. Brakowało mi w niej swobody, płynności, wyluzowania. Jestem przekonany, że to wszystko Paulina Kondrak w sobie ma i będzie potrafiła z czasem z siebie wyzwolić. Zwłaszcza, że nie brakuje jej absolutnie niczego, aby osiągnąć ten cel. Przygotowanie tak ważnej w musicalu roli, z licznymi piosenkami i tańcem, wymaga ogromu pracy i zaangażowania. I widać wyraźnie, że Paulina Kondrak jest gotowa ciężko pracować, by odegrać swoją rolę najlepiej jak potrafi. Głęboko wierzę, że za jakiś czas utwierdzi mnie w tym przekonaniu.

Nie sposób nie wspomnieć o Fraulein Kost (Kamila Bestry), której epizodyczna rola w musicalu jest doskonałym odzwierciedleniem sentencji Horacego carpe diem. Tancerka kawiarni Kit-Kat jest kobietą zdecydowaną, pewną siebie i swojego miejsca w świecie. Kamila Bestry nie pozostawia tutaj cienia wątpliwości. Podobnie jak jej bohaterka, idzie po to, co jej się należy, i bierze, co chce. Zaraz po wspaniałym Emcee to właśnie ona również kradła moją uwagę w trakcie tańca. Wszelkie sceny z jej udziałem były dla mnie czystą przyjemnością i mam nadzieję zobaczyć aktorkę w większej roli, by jedynie upewnić się o drzemiącym w niej potencjale i talencie do tworzenia ciekawych, angażujących i głębokich bohaterów.

W spektaklu wyreżyserowanym przez Krzysztofa Jasińskiego publiczność jest częścią świata bohaterów mieszkających i pracujących w kawiarni Kit-Kat. Podzielony przerwą na dwie części musical wciąga bez reszty. W pierwszej części kusi zabawą, sprawia przyjemność oku choreografią Jarosława Stańka, cieszy uszy piękną muzyką Konrada Mastyło, którą gra orkiestra na balkonie kawiarni Kit-Kat, w której śpiewane przez aktorów słowa są doskonale zrozumiane, nawet mimo bardzo trudnych, szybkich partii (tu również należy się ukłon w stronę akustyków teatru STU). Wszystkie te elementy, złączone w jedno przez reżysera, budowały niepowtarzalny klimat świetnej zabawy.

W drugiej części spektaklu z kolei reżyser mógł udowodnić nam, że życie nie składa się tylko z szampańskiej zabawy, nie jest pasmem sukcesów, ale ma również gorzki smak. Gdy bohaterowie zmuszeni zostali, aby zmagać się z jarzmem postępującego nacjonalizmu i antysemityzmu wzrastających w siłę hitlerowców, byłem już całkowicie związany z ich losem. Radość z dobrej zabawy w kawiarni Kit-Kat zastąpiła troska o bohaterów, szczęście musiało ustąpić rozgoryczeniu związanemu z czasem i miejscem, w którym żyją obie pary musicalu. Nadzieja w ostateczne szczęście obu par nie gasła we mnie do ostatniej chwili, mimo oczywistej niemożliwości takiego zakończenia. Paleta emocji, jakie towarzyszyły mi podczas całego widowiska, była absolutnie skrajna. Aktorzy wspaniale poprowadzili mnie po świecie wykreowanym przez reżysera. Gratulacje również dla Justyny Motylskiej, która wokalnie przygotowywała aktorów do spektaklu. Piękne kostiumy zaś to zasługa Marty Wieczorek i Macieja Czuchryta. Dziękuję za te cieszące oko i budujące klimat lat 30 ubiegłego wieku kreacje.

Spektakl dostał zasłużone owacje na stojąco, a twarze widowni przyozdabiała radość, mimo gorzkiego zakończenia – „Bo życie kabaretem jest i tak je trzeba brać".

Błażej Wyka
Dziennik Teatralny Kraków
25 marca 2019

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia