Gościnność po polsku (?)

"Cicho/Тихо" - reż. Katarzyna Dudzic-Grabińska - Wrocławski Teatr Współczesny

„Cicho/Тихо" w reżyserii Katarzyny Dudzic-Grabińskiej jest o inności, o odnajdywaniu miejsca dla siebie w zastałych, obcych strukturach nieprzyjaznego środowiska, gdzie każdy musi walczyć o swoje, dostosowywać się, a nieraz przegrywać. Spektakl powstały w koprodukcji z Wrocławskim Teatrem Współczesnym jest częścią projektu „Gość-Inność‟ realizowanego przez fundację Teatr Układ Formalny. W założeniu jego pokazom mają towarzyszyć warsztaty prowadzone z młodzieżą w mniejszych ośrodkach edukacyjnych Dolnego Śląska.

Prosta konstrukcja tekstu, przejrzyste ideologicznie postawy wobec Innego, stereotypowe postaci-typy o nieskomplikowanych motywach działania sprawiają, że przedstawienie jest przystępne w odbiorze, obrazowe i jednoznaczne. Skrojone na miarę dla nastoletniego widza, wzbudza również sympatię dojrzalszych odbiorców dzięki pomysłowym rozwiązaniom scenicznym oraz solidnie, skrupulatnie dopracowanym kreacjom aktorskim.

Ihor (Maciej Tomaszewski), dojrzały mężczyzna w śnieżnobiałej koszuli, adidasach i prostych dżinsach, wchodzi zza widowni na scenę powtarzając półgłosem kwestię, której nauczył się jeszcze gdy był dzieckiem i po raz pierwszy miał przestąpić próg polskiej szkoły. Jest spokojny, pogodzony, zatopiony we wspomnieniach tamtego dnia. Na scenie, przeciskając się pod dekoracją, pojawiają się kolejno po nim anonimowe postaci. Głowa każdej z nich jest szczelnie owiniętą materiałem. Żadnych nosów, ust, oczu, twarzy. Bezimienni. Z rekwizytami, sobie tylko przynależnym sposobem chodzenia, o charakterystycznych ciałach, bez twarzy. Obcy. Levinasowi Inni. A może anonimowi oskarżyciele?

Tematyka spektaklu pasuje zresztą jak ulał do dwudziestowiecznej filozofii dialogu, której centrum stanowi relacja z drugim człowiekiem. Każda próba poznania czy zrozumienia go wymaga podjęcia rozmowy, stanięcia z nim w pewnym sensie „twarzą w twarz‟, poczucia jego bliskości i obecności. Na początku żadna z postaci nie ma jednak na to ochoty. Na Ihora pada grad oskarżycielskich tekstów. Posadzony w samym środku, na niskiej, niewygodnej pufie, oświetlony białym, prosektoryjnym światłem ugina się pod kakofonią głosów bezimiennych postaci. Zresztą jedynym Innym, Gościem, przybyszem z dalekiej, obcej Ukrainy, oskarżonym, podejrzanym i osądzonym, jest on - Ihor.

Pozornie obcy, fizycznie znacznie starszy od pozostałych postaci, jest jednak najmniej dziwaczny. Między swoimi szkolnymi rówieśnikami: Pizdą - rasowym przegrywem (postać drobiazgowo i starannie zbudowana przez Jerzego Górskiego), zbaraniałym osiłkiem (Maciej Rabski), Śrutem - wyżelowanym naziolkiem o gładkiej buźce (Adam Michał Pietrzak), trajkoczącą niczym Messerschmitt Manią (zręczna kreacja Olgi Żmudy) i mroczną Olą (Paulina Mikuśkiewicz) o szablonowym artystycznym zacięciu, Ihor wygląda na całkiem normalnego. Każdy z nich zresztą, jak to bywa w środowisku nastolatków, walczy o pozycję w grupie, ulega, dostosowuje się. Nie raz uczniowie siadają pokornie w rzędzie, tworzą chór występujący przeciwko Ihorowi, albo też jako nauczyciel matematyki, wyrzucają z siebie tyradę belfrowskich frazesów na kilka głosów.

Przestrzeń sceniczna jest wykorzystywana w spektaklu sprawnie i metodycznie. Sześć postaci wypełnia ją konsekwentnie, ani na moment nie zostawiając próżnego skrawka sceny. Kilka efekciarskich fragmentów, w których uczniowie funkcjonują jako jedno ciało, opatrzonych dymem i punktowym światłem, nadaje całości mrocznego, złowieszczego posmaku. Dla kontrastu pojawia się gra w polsko-ukraińskiego zbijaka czy prowadzona w lekkim, komediowym stylu lekcja anatomii. Okazuje się więc, że tak Ihor jak i Śrut, ubrani odpowiednio w narodowe stroje mają dwie ręce, dwie nogi, równie powiększoną od alkoholu wątrobę, podobne języki, gościnność, bohaterskość, nacjonalizm i serca w kształcie i barwach narodowych swoich ojczyzn. Niewiele więc ich dzieli, a prawie wszystko łączy. Po cóż więc niechęć?

I do tego momentu wszystko pięknie i ładnie, tylko później Śrut zacietrzewiony jak indor wywala całą nazistowską (jak to się o nim ze sceny mówi), ociekającą nienawiścią przemowę. O Wołyniu, banderowcach, mordowaniu, piętnowaniu, zdradzie i innych bebechach. A że wyciąganie argumentów z historii jest mieczem obosiecznym, atmosfera na scenie gęstnieje. Dosłownie i w przenośni. Ihor, choć na lekcji anatomii sklasyfikowany identycznie jako narodowiec, nie rzuca jednak oskarżeń, a broni się. Czemu? Pewnie dlatego, że Inny jest w spektaklu ofiarą, na której kata wybrano jednogłośnie wynaturzoną wersję polskiego narodowca - Śruta. Spektakl słusznie piętnuje wrogi stosunek wobec inności. Tylko czy uczucia narodowe są jedynie zarzewiem nienawistnych postaw? W projekcie edukacyjnym zamiast czerni i bieli warto może użyć nieco szarości?

Spektakl sprawny technicznie, trochę mroczny, a trochę komiczny. Nie za długi, nie za krótki, traktujący o rzeczach ważnych, ale nie lekki, edukacyjny. Dość wymagający wobec aktorów (pot był, krwi i łez nam oszczędzono). Skrojony na miarę dla młodzieży. Może być niezłym wstępem do tematycznych warsztatów. Byle w kolorze!

Marta Tomaszek
Dziennik Teatralny Wrocław
2 listopada 2019

Książka tygodnia

ADAPTACJA. Skrzynka z narzędziami
Akademia Teatralna im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie
Marta Miłoszewska

Trailer tygodnia