Gra na wielu fortepianach

"Amadeusz" - reż. Norbert Rakowski - Teatr Miejski w Gliwicach

To nie jest żadne odkrycie repertuarowe. Przeciwnie, „Amadeusz" Petera Shaffera należy do dramatów powszechnie uznawanych za samograje. Dwie, a może nawet trzy fantastycznie skrojone role, znakomicie poprowadzona intryga, w tle cesarski dwór, barwna epoka, wreszcie – last but not least – najpiękniejsza muzyka świata. Do tego jeszcze mit słynnego, nagrodzonego bodaj ośmioma Oscarami filmu Milosa Formana.

Wszyscyśmy kiedyś to oglądali z rumieńcami na twarzy. Do niedawna uważałem dzieło czeskiego reżysera za jeden z trzech ulubionych filmów życia. Ostatnio ktoś powiedział mi, że wrócił do niego po latach i boleśnie się rozczarował. Ponoć zestarzał się niemiłosiernie. Na razie nie sprawdzałem, może się boję.

Wszystko się zatem zgadza, sztuka Shaffera od legendarnej polskiej prapremiery w warszawskim Teatrze Na Woli (reżyserował i Mozarta grał Roman Polański, nieporównywalnym z jakimkolwiek innym Salierim był Tadeusz Łomnicki)) regularnie pojawia się w teatralnych repertuarach. Dlaczego zatem żadne z tych przedstawień nie stało się wydarzeniem? Sam pamiętam inscenizację w warszawskim Teatrze Studio z Salierim – Zbigniewem Zapasiewiczem. Ten sam wspaniały aktor powrócił do tej roli w telewizyjnym spektaklu Macieja Wojtyszki u boku Zbigniewa Zamachowskiego – Mozarta. Ani jedno, ani drugie długo oczekiwane widowisko nie okazało się sukcesem. Wbrew pozorom z „Amadeuszem" nie jest więc prosta sprawa. Łatwo zawierzyć stereotypowi, zanadto podkręcić akcję, a bohaterów przerysować. Nie każdy jest Łomnickim ani nawet Murrayem Abrahamem – Salierim z filmu Formana.

Niemniej trochę się czepiam. Powie ktoś, że wymieniam całkiem niezłe przedstawienia. Przecież zagrały w nich gwiazdy, reżyserowali wytrawni, sprawdzeni na wielu polach inscenizatorzy. Tyle tylko, że owe spektakle pokazały dobitnie, że realizując dramat Shaffera łatwo wpaść w sceniczną sztancę, do tego stopnia zaufać intrydze i utartym wcześniej charakterystykom protagonistów, że pracować niejako z użyciem autopilota.

Taki na przykład Mozart. Tom Hulce grał go w filmie kaskadami śmiechu, ale ponadto proponował niewiele. I tak się już przyjęło – pokazywać geniusza jako trzpiotowatego młodzieńca ze skłonnościami do obscenicznych żartów. A skąd w nim artyzm? Wszystko jedno – urodził się z nim, same mu nuty przychodziły. Z Salierim rzecz bardziej skomplikowana, bo to postać główna, choć nie tytułowa. Ale znów pokazywano go – przypomnę, nie widziałem Łomnickiego – jako zgryźliwca, cynicznego starca, makiawelicznego manipulatora. A przecież i autor sztuki, i mit utrwalony przez Aleksandra Puszkina, widzą go w wielu odcieniach szarości. Poza tym dopiero oglądając przedstawienie Norberta Rakowskiego w gliwickim Teatrze Miejskim zrozumiałem, że pupil cesarza miał w trakcie trwania akcji pięćdziesiąt cztery lata. Żyło się wtedy krócej, ale bez żadnych wątpliwości nie mógł być uważany za starca.

Przechodząc już do samego spektaklu, trzeba powiedzieć najpierw, iż nie ma co myśleć o wystawieniu „Amadeusza" nie mając pomysłu oraz aktora do roli Salieriego. W zespole Teatru Miejskiego taki aktor jest, nazywa się Błażej Wójcik, i dźwiga lwią część ciężaru widowiska. Wójcik zaczynał w krakowskim Teatrze Mniejszym, gdzie wraz z Radosławem Krzyżowskim z sukcesem wystawiał utwory Bogusława Schaeffera. Potem należał do zespołu Teatru Słowackiego, na chwilę chyba zatrzymał się w Warszawie, na znacznie dłużej we wrocławskim Capitolu, aż wreszcie trafił do Gliwic. Widziałem go tu w „Kartotece" i „Dzikim Wschodzie" w rolach niewielkich, ale bardzo wyrazistych. Salieri to zupełnie inny kaliber – aktor prowadzi go pewnie, nie akcentując zewnętrznych oznak starości bohatera, ale skupiając się na jego zdolności do wiecznej gry. Salieri Wójcika manipuluje dworem, cesarza owija sobie wokół palca, ale w sercu chowa wielkie niespełnienie, przeradzające się we wściekłość. Czuje się oszukany, wręcz opuszczony przez Boga, który przecież obiecał mu kompozytorską wielkość, lekceważony przez kobiety. Nie waha się używać własnej pozycji, mścić się za odrzucenie. Aktor nie próbuje walczyć o przychylność wobec postaci, bo byłoby sprzeczne z duchem i literą dramatu. Nie pozostawia nas jednak z aktem oskarżenia wobec Salieriego, podkreślając przyczyny jego upadku. Jego ostatnia przemowa ze słynnym rozgrzeszeniem wszystkich miernot świata wybrzmiewa szczególnie mocno.

Amadeusza gra Mateusz Trzmiel i czyni to w kontraście do omówionego już stereotypu. Pokazuje przyspieszoną drogę od rozchichotanego dziecka do przedwcześnie dojrzałego mężczyzny, stającego oko w oko z nieuchronnością śmierci. Słynny falset Mozarta nabiera głębi, z histerycznego śmiechu zostaje już tylko histeria. Trzeba powiedzieć najprościej jak się da – młody aktor dał radę. Zaczął może zbyt jednowymiarowo, ale potem zabrudził obraz swego Amadeusza, jakby w przeciągu chwili przybyły mu dwie dekady. Stał się równorzędnym partnerem dla znakomitego Wójcika, ale też wytrzymał pojedynek z – bagatela – Mozartem. Z początku przyznam, że się tego nie spodziewałem.

Zasługą Norberta Rakowskiego jest wydobycie z cienia pozostałych wykonawców. Karolina Olga Burek daje Konstancji siłę i gorycz, przynależne doświadczonej losem kobiecie. Krzysztof Prałat w roli cesarza Józefa II łączy znużenie umniejszonym przez samego siebie majestatem z koniecznością obnoszenia go po dworze i jest w tym bardzo sugestywny. Innym aktorom Teatru Miejskiego tym razem przypadły mniejsze zadania, wszyscy wypełniają je bez zarzutu, kierując uwagę ku postaciom w „Amadeuszu" częstokroć niezauważanym. Rakowski zaś oddaje im scenę, reżyserując ogromne części spektaklu niemal niewidoczną ręką. To imponuje, bo dramat Shaffera wymaga uważnej lektury, a nie idących na wspak interpretacji. Ktoś powie, że Rakowski trzyma się cały czas w obrębie tekstu, że widowisku brakuje mocnych rozwiązań, wyraźnego podpisu inscenizatora. Odpowiem, że to dobrze, bo dzięki temu na gliwickiej scenie ważny jest „Amadeusz" i jego aktorzy. Rakowski donikąd się nie spieszy. Pozwala poszczególnym sekwencjom wybrzmieć do ostatniego słowa, do ostatniej nuty. Dzięki temu pełnoprawnym bohaterem widowiska staje się muzyka Wolfganga Amadeusza, we wcześniejszych inscenizacjach często używana wyłącznie jako ornament. Tym razem można jej wreszcie słuchać w teatrze, a potem wrócić do niej w domu.

Scenografia Marii Jankowskiej, ascetyczna, zbudowana z kilku kluczowych znaków, dostosowuje się do tonu całości. W efekcie „Amadeusz", oklaskiwany przez gliwicką publiczność na stojąco, będąc scenicznym przebojem okazuje się spektaklem niespodziewanie i mądrze powściągliwym. Łącząc przeciwstawne konwencje staje się grą na wielu fortepianach. Bez fałszywych tonów.

Jacek Wakar
Dziennik Teatralny
3 marca 2022
Portrety
Norbert Rakowski

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia