Gra pozorów i emocje

"Kotka na rozpalonym, blaszanym dachu" - Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi

"Kotka na rozpalonym blaszanym dachu" w Teatrze im. Jaracza to dowód, że i bez inscenizacyjnych fajerwerków uwielbianych przez współczesny teatr można stworzyć spektakl kunsztowny warsztatowo i totalnie angażujący uwagę widza

Sztuka napisana przez Tennessee Williamsa 55 lat temu to sceniczny przebój wystawiany na całym świecie niezliczoną liczbę razy przy współudziale najwybitniejszych aktorów. Ale, jak wiadomo, w popularności dramatu czai się niebezpieczeństwo jego udziwniania i wypaczania w kolejnych inscenizacjach. Na szczęście Małgorzata Bogajewska zabrała się do reżyserowania bez kompleksów zarówno wobec najbardziej znanej polskiej wersji z Krystyną Jandą w roli Margaret, jak i wobec realizacji kinowej ze słynnymi kreacjami Elizabeth Taylor i Paula Newmana. Stworzyła spektakl według tradycyjnych reguł, porażający siłą wyrazu i psychologiczną prawdą, pełen napięć i emocji udzielających się widzom. Zaoferowała odbiorcy wszystko, po co warto przychodzić do teatru.

Na obitej zieloną wykładziną i częściowo ruchomej scenie, która na zmianę spełnia rolę ogrodu i pomieszczeń wewnątrz domu, od początku toczy się gra pozorów. Bierze w niej udział sześć osób - pozornie sobie najbliższych, ponieważ należących do jednej rodziny, w rzeczywistości niszczących się wzajemnie i podzielonych walką o majątek umierającego ojca. To ludzie niespełnieni, zgorzkniali, pielęgnujący w sobie gorycz, osamotnieni w intymnych pragnieniach, nieszczęśliwi, niepotrafiący walczyć o akceptację i uczucia innych bądź niewidzący sensu tej walki. Świętują 65. urodziny seniora rodu, któremu wmówili, że dręczący go rak to tylko spastyczna okrężnica. Przyjęcie jest huczne - tort, kolorowe balony, migający jak choinkowe światełka napis "Happy Birthday", tron z papierową koroną dla jubilata. Kiczowate ozdoby nie bawią jednak nikogo poza widownią. I może dziećmi przebranymi za gwiazdki i serduszka, zmuszanymi do irytującego śpiewania dla dziadka. Na twarzach bohaterów zamiast uśmiechu gości fałszywy grymas, ale potulnie zastygają w pozie do wspólnej fotografii.

Udziału w rodzinnym przedstawieniu odmawia tylko najmłodszy syn, 28-letni Brick, który przeżywa kryzys spowodowany tragiczną śmiercią przyjaciela. Alkoholem tłumi obrzydzenie do świata - do jego kłamstw, niedomówień i konwencji zabraniających męsko-męskich przyjaźni. Obsadzony w tej roli Kamil Maćkowiak przejmująco oddaje niemożność nawiązania kontaktu z otoczeniem. Jest niezwykle sugestywny jako mąż, który brzydzi się żoną, odrzuca jej dotyk, z odrazą ściera z ust pocałunek, a próby pojednania kwituje zjadliwą ironią i bolesnym szyderstwem. Znakomicie gra ciałem. Ponieważ jego ruchy krępuje unieruchomiona noga (Brick złamał ją, skacząc w nocy po pijaku przez płotki), porusza się o kulach, przekonująco symulując utratę równowagi. Gdy wije się na stole, z którego następnie bezwładnie i z łoskotem spada na podłogę, sala wstrzymuje oddech. Jest to upadek symboliczny - bohater ugina się pod ciężarem życia, zamiast walczyć.

Każdy ruch aktora jest dopracowany do perfekcji. Maćkowiak daje z siebie wszystko - gdy spektakl się kończy, jest posiniaczony, łokcie ma odrapane do krwi. Klasa jego aktorstwa działa na niekorzyść Iwony Karlickiej, studentki PWSFTviT wcielającej się w rolę Maggie, tytułowej kotki, żony Bricka. Jej niedojrzałość sceniczną widać zwłaszcza w pierwszej scenie małżeńskiego sam na sam, choć trzeba przyznać, że stopniowo aktorka nabiera pewności siebie. Niemożność porozumienia między małżonkami ilustruje wywierający duże wrażenie fragment bez słów na przyciemnionej scenie: w jednym rogu Brick o kulach moknie pod prysznicem w koszulce i bokserkach, dokładnie po przekątnej jego żona w seksownych rajstopach, skulona w rozpaczy, powoli zakłada sukienkę.

Drugi przeszywający moment przedstawienia następuje podczas rozmowy Bricka z Ojcem, fenomenalnie zagranym przez Andrzeja Wichrowskiego. Apodyktyczny pan domu łamie się pod wpływem miłości do syna i prawdy o stanie swego zdrowia. Tę rozmowę przy stole - okrągłym, bo takie zacieśniają więzi - powinni puszczać szkoleniowo studentom Filmówki pod tytułem "maestria warsztatowa".

Niekochaną i niedocenianą, ale wierną Matkę bardzo dobrze gra Ewa Wichrowska. Głupotę i pospolitość jako podstawowe cechy wiecznie ciężarnej Mae pokazała Izabela Noszczyk. Poradziły też sobie dzieci, nad których zdyscyplinowaniem Małgorzata Bogajewska z pewnością musiała się napracować.

O sile wymowy spektaklu zdecydowało również wyciszenie realiów amerykańskiego Południa i uwspółcześnienie scenografii. Emocje unoszące się ze sceny świetnie podkreśla muzyka w opracowaniu Rafała Kowalczyka.

Katarzyna Badowska
Gazeta Wyborcza Łódź
26 kwietnia 2010

Książka tygodnia

Teatr lalek w dawnej Polsce
Fundacja Akademii Teatralnej i Akademia Teatralna
Marek Waszkiel

Trailer tygodnia