Gra w/o prawdę

"Idioci" - reż. Marcin Wierzchowski - Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi

Gdyby nie epilog, łódzkich "Idiotów" spinałaby klamra dwóch monologów - o wspominaniu najpiękniejszych oraz najgorszych momentów w życiu.

Takie rozpięcie punktów wyjścia i dojścia ma sens: oglądana historia już się wydarzyła (jest teatralną retrospekcją) i była dla jej uczestników czasem, za którym tęsknią i o którym chcieliby jednocześnie zapomnieć. Zaryzykowali niebezpieczną grę, która w swoim założeniu zacierania granic między fikcją a rzeczywistością dawała nikłe szanse na bezbolesny przebieg.

"Ktoś z zewnątrz nie zrozumie, o co w tym chodzi" - mówi Stoffer, samozwańczy lider grupy z filmu Larsa von Triera. Przestrzeń teatru sama przez się skraca dystans, a reżyser Marcin Wierzchowski chce ponadto, aby widzowie byli możliwie jak najmniej "z zewnątrz". Dlatego przez większość przedstawienia siedzą po bokach dużej sceny Teatru im. Stefana Jaracza. Reżyser zmienia wobec filmowego pierwowzoru również inną perspektywę. Kładzie zdecydowanie większy nacisk na relacje w grupie tytułowych idiotów, a to, co poza - w tym przypadku Łódź i jej mieszkańców - pozostawia jako bohaterów dalszego planu, którzy pojawiają się tylko w kilku krótkich fragmentach filmowych. Chęć ulepszenia rzeczywistości powraca w dialogach, lecz nie ona jest stawką. Celem jest - nie sposób uniknąć podniosłego tonu - prawda o sobie samych. Utopia? Tak, ale nie wszechogarniająca, a będąca udziałem tylko kilku ludzi. Lecz nawet taka pozostanie w sferze niemożliwości.

Razem z postaciami znajdujemy się w magazynie (scenografia Katarzyny Minkowskiej). Widownia jest przekomponowana: ściany boczne ukryto pod blachą falistą, nad fotelami ustawiono kilka szerokich rzędów pokrytych gąbką. Jest kameralnie, miękko i (mimo industrialnego posmaku) na swój sposób przytulnie. Po wspominanym monologu pomału zbiera się grupa. Ubrani są nieszczególnie, jak z lumpeksu (kostiumy Ewy Mroczkowskiej). Chcą świętować urodziny niedawno zmarłego Szczepana (występujący tylko na wideo Radek Dąbek, mężczyzna z zespołem Downa). Pojawiają się napoje, świeczki, pączki. Na projekcji widać uśmiechniętego "prawdziwego człowieka". Nie jest to od razu oczywiste, ale funkcję kogoś pomiędzy przywódcą a opiekunem pełni Karol (Mikołaj Chroboczek). Opowiada o marzeniu zmiany w życiu, próbuje jakby przeprosić, coś sobie przypomina, ktoś opowiada o jego dalekiej podróży. Dopiero z perspektywy całości okaże się, że ta scena przynależy do finału; że wszystko, co się wydarzy doprowadziło do tego luźnego spotkania zakończonego "spastykowaniem". Przestrzeń zostaje powiększona - aktorzy odsuwają do tyłu ścianę z gąbkami zamiast cegieł - i po nieśmiałym zaproszeniu Rafała (Paweł Paczesny) widzowie przenoszą się na scenę, by zobaczyć niewidzialne miasto. Niewidzialne, "bo dorośli umówili się, że tego nie powinno być widać".

Od tego momentu w kilku segmentach (tytuły - na przykład "Ptaki w klatce" czy "Gangrena" - są wyświetlane na projekcji) poznajemy historie członków niecodziennej drużyny. To opowieści oryginalne. Ślady inspiracji filmem są obecne (wątek rodzącego się między Rafałem i Matyldą uczucia, które przerywa przybycie ojca dziewczyny, co przypomina relację Josephine i Jeppego), lecz generalnie Wierzchowski z dramaturgami Danielem Sołtysińskim i Jakubem Klimaszewskim konstruują autorską wypowiedź. Z pierwowzoru czerpią ogólne założenie - ludzie "normalni" postanawiają udawać "idiotów". U von Triera obecne są elementy podważające szczytną ideę tego pomysłu (jak kradzież jedzenia czy przeganianie opieki społecznej); w łódzkim przedstawieniu bardziej zwraca się uwagę na aspekt eskapistyczny projektu. Każdy z bohaterów ma własne życie, lecz najważniejsze jest to, co w magazynie. Tam mogą "spastykować". Tam przystojny Marcel (Hubert Jarczak) - mąż i ojciec - może przeistaczać się w naiwnego Marcelka, a grupa może mu urządzić urodziny-niespodziankę. Tam Jagoda (Iwona Dróżdż-Rybińska) może w rozmowie telefonicznej wyrzucić matce (Milena Lisiecka), że jej troska (pozorna) i pretensje są podszyte egoizmem. Tam Monika (Agnieszka Skrzypczak) może wziąć udawany ślub z Darkiem "Dodo" (Mateusz Czwartosz). Jednak sytuacja, że wszystko to jest jedynie grą, zostaje ustawiona już na początku za sprawą przybycia masażystki Ewy (Katarzyna Cynke). Rafał nie jest w stanie przed nią udawać i mimo oburzenia Karola, sytuacja zostaje zażegnana, a kobieta postanawia przyłączyć się do nich. Pośrednio za jej przyczyną istnienie grupy - swoistej przestrzeni spełniania marzeń - przestanie mieć sens.

Do Ewy także przychodzi ktoś z zewnątrz. To ciotka Ada (Bogusława Pawelec). I przechodząc z planu fabularnego do teatralnego, jest to niezwykle mocne aktorskie wejście. W drugiej połowie ponad trzygodzinnego spektaklu, kiedy mniej więcej jest już rozpoznane funkcjonowanie grupy, Pawelec zagarnia na kilkanaście minut scenę dla siebie. Ma na sobie kożuch, czarne spodnie i czarną bluzkę z głębokim dekoltem, mówi obniżonym głosem, z lekką chrypką. Potrzebuje zaledwie paru sekund, żeby wyraźnie zademonstrować, że jest kobietą z wyższych sfer. Jej prośba o gin z tonikiem jest tak samo nie na miejscu, jak i komiczna. Bezwstydnie podrywa Marcela i wprowadza Ewę w niezręczną sytuację, sprawia, że ta próbując zyskać jej uwagę, zaczyna "spastykować". Kiedy zmieszana ciotka opuści komunę, wyjdzie na jaw, że jej przybycie nie było przypadkowe - Karol ją sprowadził. Zaufanie do lidera pryska w ułamku sekundy. Argumenty o potrzebie radykalnego gestu i braku zaangażowania w sprawę przestają działać, kiedy na szali leży ciężar budowania bliskich relacji na kłamstwie.

Pojawienie się Ady znajdzie pointę w dziejącym się w innej przestrzeni teatru finale (jej niewielkie mieszkanie zbudowano na górnym foyer). To mocny akcent, ale nie przyćmiewa świetnego aktorstwa całego zespołu. W tak trudnej formie, jaką zaproponował Wierzchowski, polegającej na naprzemiennym wcielaniu się w "idiotów" i odchodzeniu od tej roli, wszyscy realizują się zgoła bezbłędnie. Każdy znalazł do niej indywidualny klucz, sygnalizowany wyraźnym gestem. Jarczak-Marcelek przyjmuje postawę z rękoma na biodrach, lekko wysuniętą jedną nogą i bawi się wytykanym językiem; Skrzypczak jako "spastykująca" Monika wydaje z siebie w losowych momentach stłumiony krzyk "Ha!"; Paczesny w roli mającego problemy z komunikacją Rafała nie utrzymuje kontaktu wzrokowego i co chwila ucieka spojrzeniem do góry. Tak precyzyjne prowadzenie aktorek i aktorów pozwala wejść w niepokojący świat grupy, a co za tym idzie - zobaczyć niebezpieczeństwo, jakie czyha przy tak daleko posuniętym pomieszaniu fikcji z rzeczywistością. Bo czy Rafał cierpiący po odejściu Matyldy (Natalia Klepacka) przeżywa to naprawdę, czy tylko jako element układanki Karola? Czy gra, którą podjęli, jest wartościowa, a może to jedynie ucieczka przed realną odpowiedzialnością? Idea pielęgnowania dziecka w sobie? Tak, ale czy koniecznie takim kosztem? I wreszcie - jak to igranie ma się wobec prawdziwego "prawdziwego człowieka" Szczepana, który nie miał możliwości wyboru, tylko po prostu był.

Wysoki poziom aktorstwa nie zmienia przekonania, że przedstawienie mogłoby być krótsze. Nie wydają się konieczne krótkie monologi pod koniec, będące odpowiednikiem wywiadów udzielanych do kamery w filmowym pierwowzorze. Nie uniknięto też paru pretensjonalnych stwierdzeń, jak "Najprostsze rzeczy są najtrudniejsze" albo "Nasze dusze są wolne i nieskończone". Scena finałowa wydaje się nadmiarem - wcześniej są mocne akcenty, które (pewnie od strony dramaturgicznej bardziej oczywiste) mogłyby być ostatnim akordem. Mam na myśli wspomniany we wstępie monolog czy kwestię Bogusia (Bogusław Suszka), który, ubierając kurtkę ochroniarza, rzuca na odchodne: "Kiedyś tak sobie pomyślałem, że jak to się skończy, to wyjdę ostatni. () To znaczy, że się nie skończyło. Jeszcze".

"Idioci" w Teatrze im. Stefan Jaracza zdają się potwierdzać powiedzenie "do trzech razy sztuka". Po niedawnym spektaklu dyplomowym studentów Akademii Teatralnej w reżyserii Mai Kleczewskiej i "G.E.N.-ie" Grzegorza Jarzyny w TR Warszawa, dopiero ekipa Wierzchowskiego znalazła klucz, by z liczącym już dwadzieścia lat pomysłem von Triera skutecznie wejść do teatru, a następnie zapomnieć o nim i opowiedzieć własną historię.

Jan Karow
e-teatr.pl
27 marca 2019

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia