Granica szaleństwa

"Ojciec" - reż: Agata Duda-Gracz - Teatr im. Słowackiego w Krakowie

Rzadko kiedy zastanawiamy się, jak naprawdę wygląda proces twórczy, czy jest świadomy i pełen pasji, czy dotyka sacrum, a może ma w sobie coś z szaleństwa i w ogóle wymaga bardziej "mrocznych" pierwiastków? Na to pytanie jednoznacznie odpowiada Agata Duda-Gracz w prezentowanym w Teatrze Juliusza Słowackiego spektaklu "Ojciec"

„Ojciec” jest bardzo zwodniczym tytułem, bo choć wątek rodziny w spektaklu występuje, to ciężko o głowie rodziny powiedzieć, że społeczna rola ojca jest mu bliska. Główny bohater (grany przez Tomasza Międzika) jest przede wszystkim rzeźbiarzem i to nie zwykłym rzemieślnikiem, ale artystą z bardzo jasną określoną wizją swoich dzieł. Już od początku widać w nim oschły i despotyczny rys, szczególnie dający o sobie znać w relacji z żoną, która zostaje sprowadzona do roli zrzędzącej kury domowej, i która raz na jakiś czas dopuszcza do siebie męża (prawdopodobnie tylko z poczucia małżeńskiego obowiązku). Kolejną podwładną rzeźbiarzowi osobą jest czeladnik, pokraczny, wystraszony człowiek spełniający wszystkie zachcianki swojego mistrza. Jednak taki porządek nie trwa wiecznie, sytuacja zmienia się, gdy żona umiera przy porodzie. Po jej makabrycznym pogrzebie, podczas którego przewija się po scenie jako zakrwawiony, chichoczący duch, zmienia się rozkład „sił”. Pogrążony w pracy artysta nie zwraca uwagi na dorastającą córkę, a ta szuka pocieszenia i miłości w rzeźbie św. Sebastiana z pracowni ojca. Słabość dziewczyny wykorzystuje czeladnik, który nie jest już zastraszonym parobkiem - niekontrolowany przez mistrza może wykorzystywać jego córkę pomimo jej rosnących sprzeciwów. W takiej atmosferze główny bohater dostaje zlecenie z kurii, aby wyrzeźbić krucyfiks. Prawdziwa akcja zaczyna się dopiero w tym momencie, cała reszta to po prostu długi i szczegółowy prolog.

W pracowni zaczyna się bardzo specyficzny oraz intymny proces twórczy i chociaż wcale nie chce się go oglądać, Agata Duda-Gracz kusi piękną scenografią i mocnymi scenami do tego stopnia, że widz nie potrafi oderwać wzroku od sceny. Kolejne figury Chrystusa, roztrzaskiwane bezpośrednio przed widownią i stopniowo piętrzące się w chaotycznej kupie na pierwszym planie, zaczynają niepokoić. Sacrum sprowadzone do sfery profanum czy może zupełnie na odwrót? Jak daleko jest się w stanie posunąć artysta, żeby znaleźć wymarzony obraz śmierci - figura pomimo wszelkich starań rzeźbiarza ciągle jest „za mało martwa”. Kiedy udaje się już znaleźć, wydawałoby się, idealną inspirację w postaci młodego, prostego chłopca Jura, kolejny odlew ląduje na stercie odrzuconych. Jur, który w międzyczasie zdążył zakochać się z wzajemnością w krzywdzonej do tej pory dziewczynie, nawiązuje niezdrową nić porozumienia z ojcem. Zachłyśnięty swoją rolą w tworzeniu sztuki sakralnej pozawala zrobić z siebie prawdziwego Chrystusa, a widzom pozostaje milcząco, z niedowierzeniem patrzeć na wyjątkowo realistyczne sceny krzyżowania.

Spektakl jest nie tylko poruszającą adaptacją opowiadania „Świętokradztwo” Oskara Tauschinskiego, zachwyca również od strony technicznej. Scenografia (stworzona przez Agatę Dudę-Gracz) przywodzi na myśl obraz, w którym każda postać i przedmiot ma swoje jasno określone miejsce, tę sztywność dodatkowo podkreślają białe podpisy na scenie i ścianach: „czeladnik”, „zydel”, „prawa”, „córka”. W tej przestrzeni wszystko jest starannie zaplanowane, figury świętych – Sebastiana, Julianny i Dionizego pełnią nie tylko rolę obserwatorów i bezlitosnych komentatorów, niczym chór z antycznych tragedii, ale też wyznaczają granicę między tym, co „święte”, a tym, co „ziemskie”. Artysta, niezależnie od starań, nie wzniesie się do ich poziomu, co nie znaczy, że nie powinien próbować. Trzeba jednak wiedzieć, kiedy powiedzieć dość maniakalnej pogoni za ideałem, bo, jak pokazuje reżyserka, łatwo jest popaść w niebezpieczne szaleństwo.

„Ojciec” jest spektaklem wartym polecenia na wszystkich płaszczyznach – pod względem przekazu, aktorstwa i scenografii. Agata Duda-Gracz pokazuje, że Teatr im. Juliusza Słowackiego nie boi się wyzwań artystycznych, a widzowie jeszcze długo po zakończeniu spektaklu będą mieć przed oczami feralny krucyfiks.

Sonia Kaczmarczyk
Dziennik Teatralny Kraków
2 listopada 2011

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia