Granice dialogu

Rozmowa z Andrzejem Sewerynem

Myśleliśmy w 1989 r., że teraz to już tylko z górki. Nie jest. Ja nigdy nie zapomniałem, że Tymiński przeszedł do drugiej tury wyborów prezydenckich. Ci, którzy zapomnieli, teraz się dziwią. Nie ma czemu. W "Wujaszku Wani" Czechowa Sonia mówi: "Trzeba żyć, trzeba pracować". Z Andrzejem Sewerynem o roli prowincjonalnego dziennikarza w serialu kryminalnym "Rojst" oraz o tym, czy widzi paralele pomiędzy dzisiejszą Polską a PRL.

Z Andrzejem Sewerynem, aktorem i dyrektorem Teatru Polskiego w Warszawie z okazji 50-ciu lecia pracy artystycznej, rozmawia Aneta Kyzioł.

Aneta Kyzioł: - Akcja serialu "Rojst" toczy się w 1984 r. Lata 80. wracają: w kinie, telewizji, w komentarzach do pisowskiej wizji państwa, do zimnej wojny w relacjach Zachód-Rosja.

Andrzej Seweryn: - Po "Ostatniej Rodzinie" Jana P. Matuszyńskiego to mój drugi ekranowy powrót do lat 80.

Pan zna lata 80. z obu stron żelaznej kurtyny. W 1980 r. wyjechał pan do Francji grać w "Onych" Witkacego w reż. Andrzeja Wajdy. Po ogłoszeniu stanu wojennego został pan w Paryżu, okazjonalnie odwiedzając kraj.

- To prawda, moje lata 80. to inne lata 80. niż np. polskich aktorów. Zaangażowałem się w działalność Komitetu Solidarności w Paryżu, ale nie przeżyłem z kolegami w kraju np. bojkotu radia i telewizji. Śledziłem to, współpracowałem z solidarnościowym podziemiem, ale uczyłem się nowej rzeczywistości, w której przyszło mi żyć. Zanim była Comedie-Francaise, praca z Peterem Brookiem czy Patricem Chereau, pracowałem m.in. na tzw. czerwonych przedmieściach Paryża. Grałem duże role w czterech spektaklach w Teatrze w Gennevilliers, gdzie dyrektorem i reżyserem przez 40 lat był Bernard Sobel, pochodzący ze Stanisławowa francuski Żyd, komunista do dzisiaj żałujący, że partia zrezygnowała w swym programie z walki o dyktaturę proletariatu.

To musiały być ciekawe rozmowy.

- Pasjonujące. Kiedy Bernard zaproponował mi rolę Saladyna w "Natanie mędrcu" Lessinga, znając jego poglądy, uprzedziłem go, że jestem katolikiem. Zakładałem, że może mu to przeszkadzać. Roześmiał się wtedy i szybko podpisał ze mną umowę. Aktorzy francuscy, których wtedy spotykałem, byli lewicowi, ale to ja - wierzący i opozycjonista - byłem lepiej zorientowany w kwestiach marksizmu. Bernard mówił mi, że jestem cenny dla jego teatru, bo rozumiem, co to jest grzech, a to w zlaicyzowanej Francji rzadkość. Zagrałem też tytułową rolę w sztuce Gerarda de Nervala "Leo Burckardt", ponieważ, jak mówił mi reżyser Jean-Pierre Vincent, w przeciwieństwie do aktorów francuskich rozumiem, co to polityka.

Pański bohater w "Rojście" - Witold Wanycz, dziennikarz "Kuriera", gdzieś na południowym zachodzie Polski - też planuje wyjazd z kraju, do RFN.

- Zabawna rzecz z Wanyczem. Przyjechałem do Paryża w takiej samej kurtce, jaką noszę w serialu - zielonej, wojskowej, z napisem US ARMY. Była bardzo modna, zwłaszcza w środowisku filmowym w PRL. We Francji w artystycznych, głównie lewicujących, antyamerykańskich, antykapitalistycznych i pacyfistycznych kręgach wywoływała spore zdziwienie.

Dla scenarzystów, Jana Holoubka (rocznik 1978) i Kaspra Bajona (rocznik 1983), lata 80. to czas dzieciństwa. Coś pana zaskoczyło w ich wizji PRL?

- Obyło się bez wielkich zaskoczeń. Za to scenariusz "Rojsta" mnie po prostu zachwycił, to piękna, przerażająca i świetnie napisana historia. Kawał materiału do zagrania.

A sama atmosfera schyłkowego PRL z serialu? Tytuł oznacza bagno, oglądając próby bohaterów - pańskiego i granego przez Dawida Ogrodnika dziennikarskiego żółtodzioba - dotarcia do prawdy, ma się poczucie zapadania. Partia, SB, szemrane interesy. Kompromisy, uwikłanie, strach. Grząsko, dusząco, mdląco. Skojarzenia z Orwellowskim "Rokiem 1984" tyleż banalne, co uprawnione.

- Taki PRL pamiętam. Wyjechałem, ale zostawiłem tu rodzinę, przyjaciół, byłem cały czas w kontakcie z nimi. Pamiętamy przecież wszyscy kilka śmierci politycznych, do dziś niewyjaśnionych: Stanisława Pyjasa, Grzegorza Przemyka czy księdza Popiełuszki.

W serialu uderza też to, o czym przy okazji tego systemu mniej się pamięta i mówi: seksizm. Dziennikarzami w redakcji "Kuriera" są wyłącznie mężczyźni, kobiety są sekretarkami i korektorkami. Także dyrektorzy i prezesi są mężczyznami, a kobiety są żonami działaczy (z obu stron barykady) albo prostytutkami z hotelu.

- W moim artystycznym środowisku to nie było tak widoczne. Moimi idolami były aktorki: Mikołajska, Mrozowska, Śląska, Gordon-Górecka czy Kucówna. To były wzory do naśladowania. Także w środowisku opozycji demokratycznej, w którym się wychowywałem, były wspaniałe kobiety, i niekoniecznie stały w męskim cieniu. Było na przykład takie pojęcie "Grupa Blajfer", od nazwiska Bogusi Blajfer, mojej pierwszej żony. Służby bezpieczeństwa używały go do rozpracowywania opozycjonistów działających już po Marcu '68, po aresztowaniu większości działaczy. Nie mieliśmy szefa czy szefowej, ale Bogusia była bardzo ważną osobą, nie żadnym doradcą czy prawą ręką, tylko kimś tak samo decydującym o tym, żeśmy rzucali ulotki w sierpniu 1968 r., jak i każdy z nas.

Pracując nad "Rojstem" rozmawialiście o paralelach z dzisiejszymi czasami?

- Jest oczywiste, że pewnym ludziom, nie tylko na planie serialu, takie niemiłe skojarzenia mogą przychodzić dziś do głowy. Ja jednak myślę, że każdy musi to ocenić we własnym sumieniu i podjąć decyzję, jak reagować na to, co się dzieje w kraju. Nie jest tajemnicą, że ja czasem zabieram głos w taki czy inny sposób, ale czasami wolę się po prostu skupić na pracy w teatrze i poprzez to, co tam robię, wypowiadać się na tematy współczesne. Ja myślę po Kuroniowsku, że trzeba się zabrać do roboty. To wszystko, co się dzieje w Polsce, nie wzięło się z powietrza i trzeba to w miarę spokojnie w tej dramatycznej sytuacji - bo to jest dramatyczna sytuacja - dogłębnie i bezlitośnie przeanalizować i zabrać się do roboty. To znaczy: rozmawiać, jeździć po Polsce, dowiadywać się, uczyć, dialogować z ludźmi. Wciąż mamy prawo głosu, niedługo będą wybory samorządowe, potem europejskie.

A przejęcie Sądu Najwyższego i brutalne potraktowanie demonstrantów?

- To oburzające i to już nie jest demokracja, o której zawsze marzyłem. Ale wciąż myślę, że trzeba rozmawiać, także z tymi, którzy nie głosowali. Nie zamykać się w swoich światach. Emigracja wewnętrzna to ostateczność.

Jako dyrektor Teatru Polskiego chwalił pan zawartą przed rokiem umowę o współprowadzeniu przez Ministerstwo Kultury (w zamian za 3,5 ml zł rocznie) Polskiego, razem z mazowieckim urzędem marszałkowskim (15,8 mln zł). Minister Gliński niedawno mówił: "Zapełnienie więzień opozycją, nawet jeśli jest to uzasadnione, to jest bardzo niebezpieczne politycznie. Zrobią z siebie ofiary prześladowań pisowskich".

- Zawsze dążyłem do tego, żeby ministerstwo pomogło Teatrowi Polskiemu realizować swoje statutowe zadania, wzmacniając jego budżet. Niestety, rozmowy z poprzednimi ministrami nie przynosiły rezultatów, a rozmowa z premierem Glińskim i z minister Wandą Zwinogrodzką je przyniosła. Podczas podpisywania umowy mówiłem, że Teatr Polski nie będzie teatrem żadnej partii i żadnego stronnictwa ani też jakiejś jednej opcji - ideowej czy artystycznej. Że będzie miejscem dialogu. Czasem to wychodzi lepiej, czasem gorzej, po prostu tak jak w życiu. A jeśli chodzi o relacje z ministerstwem, to są normalne, nikt mi nie mówi, co mam robić.

Nie miał pan obaw, że za jakiś czas w warszawskim Polskim może się powtórzyć sytuacja z wrocławskiego Polskiego, który dobiło właśnie współprowadzące scenę Ministerstwo Kultury, blokując zwolnienie rujnującego teatr dyrektora Morawskiego?

- No cóż, ja raczej zajmuję się tym, żeby przez kolejne pięć lat dobrze wypełniać swoje obowiązki. A nie mogłem tego robić, dysponując tak ograniczonym budżetem jak dotąd. Teraz mogę zrobić przynajmniej "W oczach Zachodu" Conrada, "Żołnierza królowej Madagaskaru" czy "Króla" i "Wujaszka Wanię", wszystko - duże inscenizacje. Wreszcie ten teatr ma repertuar, o którym marzył, a nie mógł realizować.

Prawicowe media mocno - ideologicznie - się przejechały po "Królu" w reż. Moniki Strzępki, na podstawie powieści Szczepana Twardocha. Zresztą dostało się i ministerstwu, bo spektakl został dofinansowany z programu "Niepodległa". Poszło m.in. o padającą tam frazę "polskie obozy koncentracyjne". Odnosiła się do obozu w Berezie Kartuskiej oraz marzeń narodowców w międzywojniu o zamknięciu Żydów za drutami, ale w świetle wygibasów z nowelizacją ustawy o IPN brzmiało to jak jawna kpina. Na spektaklu, który oglądałam, ktoś z widowni krzyknął, żeby nie kłamać, bo przecież nie było takich polskich obozów.

- Otrzymaliśmy w tej sprawie telefon z "Gazety Polskiej", zadano nam kilka pytań, a nasze odpowiedzi znalazły się w ich recenzji. Wysłaliśmy też list, w którym tłumaczyliśmy władzom pochodzenie pojęcia "polskie obozy koncentracyjne" i że było ono używane przed wojną, również przez samą "Gazetę Polską". Nikt z ministerstwa nie zwrócił się z jakąś interwencją w tej sprawie.

Wracając do dialogu, o którym pan mówi. Czy rozmawiał pan z Antonim Liberą, reżyserem dwóch Beckettowskich spektakli w Polskim z panem w rolach głównych, o jego antyeuropejskim i antyniemieckim wystąpieniu w Pałacu Prezydenckim podczas debaty o przyszłości polskiego teatru? Było głośne, cytowały je media, w odpowiedzi Olgierd Łukaszewicz założył proeuropejski blog.

- Nie rozmawiałem na ten temat z Antonim Liberą i nie znam tekstu jego wypowiedzi. Szanuję i popieram postawę Olgierda Łukaszewicza. Za to w Teatrze Polskim rozmawiamy także na takie tematy, mamy cykl dyskusji przy okazji premier, debaty oksfordzkie itd.

Co jest dla pana granicą dialogu?

- Taką granicę trudno sobie wyznaczać. Życie ją wyznacza, trzeba decydować każdego dnia. Nikt nam nie obiecywał, że będzie łatwo i przyjemnie. Myśleliśmy w 1989 r., że teraz to już tylko z górki. Nie jest. Ja nigdy nie zapomniałem, że Tymiński przeszedł do drugiej tury wyborów prezydenckich. Ci, którzy zapomnieli, teraz się dziwią. Nie ma czemu. W "Wujaszku Wani" Czechowa Sonia mówi: "Trzeba żyć, trzeba pracować".

Pana bohater w "Rojście" jest realistą, życie w PRL wymagało zdolności do kompromisów, on, wieloletni dziennikarz lokalnej gazety, wiedział, że nie ma sensu kopać się z koniem. Myśli pan, że to też nasza przyszłość teraz - kompromisy i realizm?

- Myślę, że nie jesteśmy w takiej sytuacji, w jakiej był serialowy Witold Wanycz.

___

Andrzej Seweryn - aktor i reżyser teatralny, filmowy, telewizyjny, i radiowy, dyrektor naczelny Teatru Polskiego im. Arnolda Szyfmana w Warszawie.

Aneta Kyzioł
Polityka
17 sierpnia 2018
Portrety
Andrzej Seweryn

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia

Napój miłosny
Jitka Stokalska
Opera na Zamku w Szczecinie zaprasza ...