Gruszka na rosyjskiej fali

portret Karoliny Gruszki

Z Karoliną Gruszką spotykam się dwa dni po wyborach samorządowych w Rosji. Od jakiegoś czasu mieszka w dwóch miastach - w Warszawie i w Moskwie.

 Rosja stała się jej drugim domem, więc w pierwszym pytaniu zagaduję o opinię na temat kolejnego przekrętu Putina (wybory najprawdopodobniej sfałszowano). Gruszka przeprasza. Są z Iwanem (Wyrypajewem, rosyjskim dramaturgiem i reżyserem, jej partnerem życiowym i zawodowym) pochłonięci próbami oraz spektaklem, poza tym odcięci od świata, bo wyłączyli im Internet i telewizję. - Nie lubisz płacić rachunków? - Niech to będzie oficjalna wersja. - A jaka jest prawdziwa? - Bardziej prozaiczna. - Sztuka nie popłaca? Cisza. Od kiedy trzy lata temu poznali się na festiwalu w Kijowie, gdzie Wyrypajew pokazywał "Euforię", a Gruszka "Kochanków z Marony", zdążyli razem zrealizować polską inscenizację jego dramatu "Lipiec" (to ten spektakl tak ich absorbował, miał bowiem właśnie premierę w warszawskim Teatrze na Woli) i kinowy projekt "Tlen" (wkrótce wejdzie na ekrany). Jeszcze zimą w Teatrze Narodowym ruszają próby do ich spektaklu "Taniec Delhi", a w kwietniu w indyjskiej części Tybetu - zdjęcia do filmu o katolickiej zakonnicy, która ma zamiar nawracać Tybetańczyków na chrześcijaństwo. 

W tym czasie Gruszka (29 lat) wystąpiła też na drugim planie w trzech polskich filmach ("Futro" Tomasza Drozdowicza, "Trick" Jana Hryniaka i "Mistyfikacja" Jacka Koprowicza) oraz w głównej roli w "Trzech sezonach w piekle", czeskiej superprodukcji, która u południowych sąsiadów wejdzie do kin pod koniec listopada. 

Złośliwi powiedzą, że taki scenariusz w przypadku tej aktorki był do przewidzenia. W końcu jak ma się taki start w zawodzie, jest się skazanym na sukces. W wieku 11 lat wypatrzona w dziecięcym Teatrze Pantera trafiła do prowadzonej przez Jacka Cygana telewizyjnej "Dyskoteki pana Jacka". Niemal wprost spod jego skrzydeł dostała się do ekipy Izabelli Cywińskiej (konkretnie do jej kultowej "Bożej podszewki"), a później, wspierana przez zamożną i kochającą rodzinę - do Akademii Teatralnej w Warszawie. 

Jednak wcześnie zaczynała także Anna Mucha, a dziś tańczy z gwiazdami. Wsparcie Cywińskiej dostała też Agnieszka Krukówna - od trzech lat zawodowo ślad po niej zaginął. Natomiast zamożny i kochający dom opuściła z aktorskimi ambicjami Weronika Rosati, by stać się bywal-czynią nie planów filmowych i scen, lecz serwisów plotkarskich. Jak widać, w tym fachu, nawet ze świetnym startem, różnie się układa. 

Jaki jest klucz do sukcesu Gruszki? Banalny, choć w Polsce niespotykany. Aktorka ma świetny gust i nim, a nie wysokością honorarium kieruje się w doborze ról. 

To nie frazesy 

Kota w worku, czyli rolę trzpiotki Magdy w dość słabym "Francuskim numerze" (2006 rok) debiutanta Roberta Wichrowskiego, kupiła raz i od tej pory trzyma się z daleka od podejrzanych komercyjnych projektów sprzedawanych pod nad wyraz pojemną etykietą komedii romantycznej. 

Widzowie i krytycy, mając w pamięci jej rewelacyjne role filmowe (choćby w "Kochankach z Marony" z 2005 roku) i teatralne (w "Trzech siostrach" w Teatrze Polonia czy "Iwanowie" w Narodowym), na szczęście szybko jej tę wpadkę zapomnieli. Także dlatego, że gdy film wchodził na ekrany, wokół Gruszki trwały już dużo ciekawsze dyskusje na zupełnie inny temat: jej angażu do filmu Davida Lyncha. Powstający częściowo w Lodzi "Inland Empire" niewątpliwie pobudzał zbiorową wyobraźnię. W mediach podnoszono pytania: może zakochany w łódzkich fabrykach autor "Twin Peaks" na dłużej zwiąże się z Polską, a Gruszka spróbuje swoich sił w Stanach? Spekulacje szybko zostały rozwiane. Gruszkę zawiodło Hollywood ("Czułam się tam jak Scarlett Johansson w Tokio w Między słowami"), a widzów najnowsze dzieło Lyncha, na które złożyło się ledwie kilka dobrych scen i cała masa materiału tak megalomańskiego, że nawet najbardziej zagorzali fani reżysera podczas trzygodzinnej projekcji ostentacyjnie opuszczali salę. 

Gdy niedługo później okazało się, że zamiast za oceanem Gruszka zaczyna coraz częściej pojawiać się za wschodnią granicą, opinia publiczna zgłupiała. Znajomi aktorki zresztą też. - Reagowali przerażeniem: co ja robię? Dlaczego nagle wyjeżdżam, odchodzę z teatru? - opowiada. Decydując się na współpracę z Iwanem Wyrypajewem, zostawiła angaż w Teatrze Narodowym, dla którego niejeden aktor z jej pokolenia podpisałby cyrograf. - Prawda jest taka, że myślałam o tym od dawna. Moim zdaniem to nie jest tak, że jeździmy do jakichś krajów i one nas diametralnie zmieniają. Tak naprawdę najpierw zachodzą zmiany w naszej świadomości i to one powodują, że powoli zaczyna się też zmieniać otaczający nas świat. Pojawiają się nowi ludzie, nowe inspiracje, nowe miejsca. W pewnym momencie życia poczułam, że tak strasznie łatwo przychodzą mi odpowiedzi na niektóre ważne pytania. No i niby super, bardzo ładnie to wyglądało w konwersacji, że wiem, gdzie jestem, czego chcę, ale nagle zrozumiałam, jak mało było w tym prawdy. Kolejność była więc taka: potrzeba zmiany, spotkanie z Iwanem, a na końcu wyjazd do Rosji - tłumaczy. 

W Moskwie nie tylko znalazła artystów (ekipę Iwana Wyrypajewa), z którymi połączyły ją zawodowe fascynacje, ale także odnalazła wiarę w aktorstwo. Wpajane w szkole przekonania ("Ten zawód ma służyć zgłębieniu wiedzy na temat siebie samego i otaczającego świata") z czasem zamieniły się we frazesy, a tam znowu okazały się żywe, możliwe do zrealizowania. Spotkała się z Wiaczesławem Kokorinem propagującym styl gry oparty na metodzie Michaiła Czechowa połączonej z antropozofią Rudolfa Steinera (poznanie świata poprzez dogłębne poznanie natury człowieka). Wydoroślała. Zaczęła interesować się buddyzmem. Przeszła zmianę, której fascynujące efekty możemy teraz oglądać w teatrze i kinie. 

Nie zabijaj, oddychaj 

- Ta para przypomina mi związek Liv Ullmann z Ingmarem Bergmanem - mówi Izabella Cywińska. - Karolina zaraziła się od Iwana czymś niespotykanym. Jest tak zafascynowana swoją pracą, że w bardzo młodym wieku nabrała przekonania, że to, co robi, jest właśnie tym, czego w życiu szukała. Martwię się o nią tylko, bo bardzo mi zmarniała! - dodaje żartobliwie. 

Rzeczywiście, w goszczącym na deskach Teatru na Woli "Lipcu" Gruszka, ascetycznie ubrana i ucharakteryzowana, wydaje się nawet kruchsza i bledsza niż dotychczas, przemawia jednak zadziwiająco mocnym głosem ("A przecież emisja głosu zawsze była jej piętą achillesową, jak wielką musiała włożyć w to pracę!" - zauważa Cywińska). Efekt jest piorunujący. Recytowany przez delikatną kobietę monolog 63-letniego mordercy ku zaskoczeniu widza układa się w jego wyobraźni w opowieść o zbawiennej sile miłości. 

O miłości opowiada też inna sztuka Wyrypajewa "Tlen\'", którą w Polsce będziemy mogli oglądać w styczniu w wersji filmowej. Projekt składa się z 10 melorecyto-wanych utworów. Tłem do nich są kręcone w konwencji teledysku sceny z życia dwójki młodych Rosjan: wiejskiego chłopca Sanki, który z miłości do miastowej dziewczyny Saszy (granej przez Gruszkę) - będącej dla niego tytułowym, niezbędnym do życia tlenem - zabija własną żonę. Popełnia grzech, bo słuchając za głośno disc-mana, nie usłyszał piątego przykazania... 

Wyrypajew wadzi się też z resztą dekalogu (a raczej bada znaczenie boskich zakazów i nakazów tu i teraz), budząc kontrowersje już nie tylko formą, ale i treścią. Na festiwalu Era Nowe Horyzonty "Tlen" dostał Nagrodę Publiczności, ale gdzie indziej z jego odbiorem bywało różnie. - Jeździliśmy z pokazami na Syberię. Film budził skrajne odczucia, ale wszędzie prowokował do dyskusji. A nam z Iwanem o to przede wszystkim chodzi. Najważniejsze nie jest udawanie życia innych, myślenie na scenie o sobie, lecz o tym, jak znaleźć prawdziwy, emocjonalny kontakt z widzami - tłumaczy. 

Popularność bez paparazzich 

- Karolina zawsze była osobą duchowo nieokiełznaną, wierną tylko swoim wyborom - wspomina Jacek Cygan. - Jej miłość do Rosji zaowocowała niedawno taką sytuacją. Byliśmy w restauracji, której kucharz słynął z najlepszych dań kuchni europejskiej. W trakcie twórczej rozmowy Karolina wezwała kelnera i poprosiła o dwa kieliszki rosyjskiej wódki i dwie kromki chleba ze smalcem. Kelner zdębiał, a ja zrozumiałem, że Rosja jest kawałkiem jej skóry. Przypomniałem sobie wydarzenia sprzed lat, kiedy razem graliśmy koncerty pod szyldem "Dyskoteka pana Jacka". A nocami śpiewałem z gitarą po rosyjsku Okudżawę i Wysocldego. Ale czy to właśnie jest jej rosyjskie źródło? Nie wiem - wyznaje. 

Nowa czy dojrzewająca od dzieciństwa fascynacja Gruszki Rosją jest tak szczera, że aż zaraźliwa. 

- W Rosji wszystko jest bardziej abstrakcyjne. Biznesmeni, którzy interesują się sztuką, gdy im się spodoba scenariusz, są w stanie zainwestować wielkie pieniądze. Bo w Rosji w ogóle są większe pieniądze. No i ci ludzie... Gdy siada się z człowiekiem do rozmowy, po prostu wiadomo, że jest szczery. Nie twierdzę, że w Polsce wszyscy jedno mówią a drugie myślą, ale Rosjanie maja wyjątkową odwagę w sposobie bycia i myślenia, która sprawia, że ja też staję się odważniejsza - tłumaczy. I nie da się ukryć, ze nabrała animuszu. 

Gdy pytam, co myśli o projekcie, o którym zaraz po ich pierwszym spotkaniu opowiadał Wyrypajew (pornosie o androidach, w którym miałaby zagrać), odpowiada bez chwili zastanowienia: - Pomysł jest genialny. 

- Zagrałabyś? 

- Jasne! Jeśli kiedyś znajdą się pieniądze, pewnie to zrobimy - dodaje. 

Aktorka nie boi się też znamiennej ciszy, która od jakiegoś czasu zapanowała na jej temat w kolorowej prasie. Dawniej, gdy była jeszcze w związku z kolegą ze szkoły Łukaszem Garlickim (obecnie gwiazdor "Brzyduli"), napływały do niej propozycje sesji zdjęciowych: romantycznych, pod palmą, choćby w Tunezji. Cóż, Rosja to nie Hollywood, Wyrypajew - buntownik, w przeszłości karany za napad - również nie trafia do zbiorowej wyobraźni tak jak Lynch. Nie mówiąc już o tym, jak trzeba byłoby się napracować, zęby sprzedać w ciepłym wstępie do artykułu tak odważne przedsięwzięcia jak "Tlen" czy "Lipiec". 

- Kiedyś pozwoliłam sobie wmówić, że ten zawód jest nierozerwalnie związany z życiem medialnym - tłumaczy. - Długo wierzyłam, że nikt nie przyjdzie na film, jeśli nie miał promocji, wywiadów w kolorowym piśmie. Teraz wiem, że to bez znaczenia - dodaje. 

"Euforia" Wyrypajewa, mimo że zupełnie niekomercyjna, zarobiła w Rosji milion dwieście tysięcy dolarów. Biletów na grany w moskiewskich teatrach "Tlen", mimo że były piekielnie drogie (po sto dolarów sztuka), nie można było dostać długo przed spektaklem. Sytuacja powtórzyła się przy polskiej inscenizacji "Lipca". Jednak prawdziwa apokalipsa czekała chętnych do zobaczenia wersji filmowej "Tlenu" na festiwalu Era Nowe Horyzonty. Na godzinę przed seansem tłum uformował kolejkę wychodzącą daleko poza kino. 

Z dzieleniem się z Gruszką wrażeniami z filmów oraz spektakli drogą internetową widzowie niebawem nie powinni już mieć problemów. Ją i Wyrypajewa powinno być wkrótce stać na coś więcej niż tylko regularne płacenie rachunków.

Karolina Pasternak
Przekrój
23 października 2009
Portrety
Karolina Gruszka

Książka tygodnia

Jak przejąć kontrolę nad światem nie wychodząc z domu
Wydawnictwo Literackie
Dorota Masłowska

Trailer tygodnia