Gry pozorów

1. Międzynarodowy Festiwal Pro Vinci

Drugiego dnia Festiwalu Pro Vinci mogliśmy obejrzeć trzy zupełnie odmienne zarówno pod względem problematyki jak i formy spektakle. Chociaż - po dłuższym zastanowieniu się - można znaleźć dla nich jeden, wspólny mianownik: każde z tych przedstawień na swój sposób burzyło mur pozorów, który stawiamy sobie codziennie: jako pojedynczy ludzie ("Kolacja na cztery ręce" Teatru im. Norwida w Jeleniej Górze), społeczeństwo ("SPOT" Lubuskiego Teatru w Zielonej Górze), wreszcie - jako naród ("III Furie" Teatru im. Modrzejewskiej w Legnicy)

Reklama to jest to

„SPOT” – pierwsza z festiwalowych prezentacji to luźne pod względem treści, pozbawione fabuły widowisko muzyczne w reżyserii Szymona Turkiewicza, który również jest autorem scenariusza. Spektakl, zaprezentowany na luzie i bez zadęcia, pokazuje absurdy naszego współczesnego świata opętanego przez wszechobecną reklamę i zdominowanego pęd człowieka ku lepszemu życiu. Czwórka aktorów (Anna Haba, Magdalena Engelmajer, Piotr Charczuk, Ernest Nida) zgrabnie i w atrakcyjny sposób przedstawia scenariusz będący właściwie konglomeratem haseł reklamowych, utartych sloganów i udanych recept na życie. Scenografią są tutaj cztery biurowe krzesła, białe regały i podłoga, statyw i mikrofon oraz projektor, który wprowadza nas w „akcję” i atakuje różnymi obrazami, a każdy oczywiście coś reklamuje. Po bokach sceny znajdują się dwie pionowe tablice, na które naniesiono najbardziej logotypy najbardziej rozpoznawalnych marek świata, tyle że każda z nich podpisana jest tym samym hasłem: SPOT.

„SPOT” to sposób odreagowania i wyśmiania konwencji w jaką na co dzień jesteśmy wciągani. Zewsząd atakują nas przecież hasła reklamowe. Podobnie dzieje się w spektaklu, ale – oczywiście – wszystko podawane nam jest z przymrużeniem oczka. Przedstawienie jest parodią środowiska zarówno twórców jak i odbiorców reklamy – słownej, wizualnej, podprogowej itp. Perełką wśród parodii reklam jest reklama łazienki: najlepiej odwołać się do tego co sprawia nam przyjemność – w tym wypadku chodzi o seks. Oprócz „reklamowej kanonady” spektakl zahacza również o tematykę emigracji młodych Polaków, pyta o ich tożsamości, o samopoczucia, każe zastanowić się młodemu człowiekowi nad jego miejscem w świecie. Jest również „SPOT” po części satyrą na człowieka i jego miłość do markowych ciuchów czy też wreszcie wyśmianiem trendu na rozmiar 0, z powodu którego kobiety nieprzerwanie, przez całe życie dążą do zgrabnej sylwetki przed drakońskie diety (wstrząsający przykład „diety afrykańskiej” jednej z bohaterek spektaklu).

To żywiołowe widowisko, z energetycznymi songami, interesującą choreografią i sprawnymi, atrakcyjnymi aktorami adresowane jest przede wszystkim dla młodej publiczności, która z przyjemnością będzie obserwowała sceniczne show dając się mu porwać na kilkadziesiąt minut. „SPOT” to dobra zabawa z nutką goryczy i ta nutka – miejmy nadzieję – sprawi, że po wyjściu z teatru każdy z nas chwilkę pomyśli o tym szalonym świecie i czy też chce być, za wszelką cenę, „w lepszej formie” i „bardziej cool”...

Maski wielkich mistrzów

Goszcząca na festiwalu „Kolacja na cztery ręce” z Jeleniej Góry przeniosła widza do innego wymiaru. Spotkaliśmy się na fikcyjnej wieczerzy dwóch mistrzów muzyki barokowej: Georga Haendla i Jana Sebastiana Bacha. Wędrujemy zatem do Lipska XVIII wieku – nie tylko mentalnie. Spektakl bowiem został zaprezentowany w Piwnicy Muzeum Ziemi Lubuskiej – w miejscu, które idealnie nadawało się na potrzeby przedstawienia: zaciemniona sala, kamienna podłoga, ściany z cegły i pewien ożywczy chłód doskonale korespondowały z palącymi się świecami, które dawały złocisty poblask, lśniącymi sztućcami oraz stylowymi elementami scenografii: stolikiem, krzesłami i kostiumami aktorów. Grzech byłoby grać ten spektakl na zwyczajnej, pudełkowej scenie w czarnym, beznamiętnym anturażu!

Sztuka, napisana przez Paula Barza, muzykologa parającego się pisaniem dla teatru zakłada spotkanie tych dwu wybitnych osobowości, a tak naprawdę, obaj geniusze muzyki, choć urodzeni w tym samym czasie i pochodzący z tego samego regionu, nigdy się nie spotkali. Choć Bach, skromny przykościelny kantor z dość liczną rodziną wiele lat prosił Haendla o audiencję – ten nigdy nie wysłał zaproszenia. Obu mistrzów łączyła muzyka, ale poza tym – dzieliło wszystko. I o tym właśnie traktuje spektakl – o różnicach w zachowaniu, poglądach na muzykę (Haendel komponował utwory głośne, Bach – ciche), w życiu. Spotkanie odbywa się w bogatej komnacie wynajmowanej przez Haendla przybyłego do Lipska. Z wyniosłą pobłażliwością traktuje swojego gościa, racząc go wykwintnymi daniami – są ślimaki, ostrygi, jest powiew wielkiego świata. Obaj panowie udają przed sobą, że nie znają twórczości kolegi. Z czasem jednak – po górze wyssanych ostryg i po wypiciu litrów wina i szampana – okazuje się, że obaj muzycy bardzo dobrze znają twórczość, i że zawsze, po cichu ze sobą rywalizowali. Choć Haendel może nieco głośniej, Bach ciszej…

Przedstawienie jest interesujące głównie ze względu na dialog oraz kreacje aktorskie, które są zasługą Bogdana Kocy w roli Bacha oraz Marka Prażanowskiego jako Haendla. Koca stworzył bardzo sugestywny obraz zubożałego, wiecznie zmartwionego kompozytora, który – jednak świadomy swego talentu – mozolnie pnie się w górę. Prażanowski zaś tworzy przysłowiowego fircyka, pięknisia, artystę spełnionego zarówno pod względem muzycznym jak i finansowym. Przewaga Haendla jest widoczna do samego końca spotkania – wszak wiadomo od dawna, że ten, kto ma, ten rządzi…

Polski grajdołek

Ostania prezentacja drugiego dnia również odbyła się w przestrzeni nieteatralnej. Na „III Furie” powędrowaliśmy do hali Zefamu – fabryki mebli. Skądinąd to oczywiste, że spektakle z Legnicy lubią „wędrować” po mieście, zatrzymywać się w opuszczonych fabrykach, halach, piwnicach i adaptować ich przestrzeń na potrzeby spektaklu. Nie inaczej było w tym wypadku. Hala Zefamu zmieniła się w przestrzeń teatru – po lewej stronie zawisł biało-czerwony mural przedstawiający pewne wydarzenia z historii Polski. Na środku sceny i po jej bokach ustawiono po dwa rzędy czerwonych, plastikowych krzesełek, które sugerowały kilka miejsc: dworcową poczekalnię, salę przesłuchań, studio telewizyjne. Spektakl raz ma konwencję telewizyjnego show typu „rozmowy w toku” i dzieje się tu i teraz, raz przenosi się w przeszłość i przestrzeń przestaje znaczyć cokolwiek.

Spektakl powstał na podstawie tekstu trzech kobiet-pisarek: Sylwii Hutnik, Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk i Magdy Fertacz. Nie jest to jednak tekst spójny, koherentny. Wyraźnie dzieli się na dwie części, nieprzystające do siebie, a połączone jedynie figurą matki-furii.

Aktorzy siedząc na krzesłach lub przechadzając się opowiadają swoje historie. Jest ich wiele, ale dwie z nich są najważniejsze, bo łączą wszystkie pozostałe. Pierwsza z nich to opowieść o rodzinie Mutterów – babka Mutterowa za czasów wojny wydała w hitlerowskie ręce Panią Markiewiczową dlatego, że ta bogata warszawianka nie chciała oddać jej swojego płaszcza. Historia mści się na Mutterach, a dokładniej na życiu wnuczki Stefanii, która wpierw (chyba raczej z głupoty, na pewno nie z wyrafinowania) zabija trójkę swoich dzieci, a potem rodzi jej się Dzidzia – „upośledzony kadłub, nie człowiek”. Trzeba przyznać, że owa pierwsza historia bardzo przykuwa uwagę widza i powoduje, że targają nim liczne emocje. Gdyby tylko reżyser na tym zakończył swój spektakl! Ale nie – przed nami jeszcze kilkadziesiąt minut drugiej części opowieści o drugiej matce: właśnie o Markiewiczowej, która wydała na świat syna, niby patriotę, ale takiego co to strzelał do zdrajców narodu z polecenia AK, torturował: komunistów, prostytutki, nawet księży. Ta druga część spektaklu ciężka jest od wiszącego w powietrzu pytania: „czy takie zachowanie było moralne?”. Cóż – warto się nad tym zastanowić, ale może nie podczas tego samego wieczoru. Ta druga część sprawiła, że zatarły się dość mocne i pozytywne emocje towarzyszące pierwszej części, w efekcie czego spektakl opuszczało się z pewną ciężkością i znużeniem.

Oprócz dwóch, skrajnie różnych matek (jedna, inteligentka, miastowa, uwikłana jest w polski patriotyzm, druga – w polskie „chłopstwo”, głupotę, biedę) na scenie pojawia się plejada postaci, mniej lub bardziej potrzebnych i interesujących niemniej jednak rewelacyjnie odegranych przez legnickich aktorów. Spektakl-show prowadzi MC Apollo (Rafał Cieluch w wybitnej roli, chyba najlepszej w tym spektaklu) stylizowany na batmanowskiego Jokera, z tym że w kolorach baiło-czerwonych. Zresztą, większość tego, co znaczy, jest czarno-białe. Jest też para warszawskich gejów, nawiązująca do bohaterów filmu „Brokeback Mountain” choć zastanawia mnie, dlaczego akurat oni stali się inspiracją dla reżysera. Jest też na przykład Matka Boska Częstochowska, jest polski chłop i polski bezdomny, jest polska dziwka i jest polski ksiądz. Wszystko po to, by pokazać Polskę i Polaków, zastanowić się nad rolą historii, Boga, drugiego cżłowieka w naszym życiu - również w szerszym kontekście (po to zostają wykorzystane toposy z mitologi). Szkoda tylko, że spektakl zrobiony został podług pewnej formuły, już nam dobrze znanej…

Bo „III Furie” to – niestety – przedstawienie „modne”, powstałe według pewnej formuły, która dominuje obecnie na kilku polskich scenach. Pisząc to, mam na myśli przede wszystkim wałbrzyskie realizacje Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego, spektakle Jana Klaty (Wrocław, Kraków), Lecha Raczaka oraz teatralne próby Radosława Rychcika (również Wałbrzych). Marcin Liber, reżyser „III Furii” zebrał to, co w polskim teatrze dobrze się sprzedaje – „Paszporty Polityki” dla duetu Strzępka i Demirski swoje, jak widać, zrobiły. Spektakl sprawił niestety, że legnicki zespół będzie mi się od teraz mylił z wałbrzyskim. Tyle tu podobieństw i w samej konstrukcji utworu i w formie przedstawieniowej do spektakli innych reżyserów.

Nie mogę zgodzić się również na sposób formułowania myśli w tym spektaklu – wiele mądrych spostrzeżeń zaprojektowanych jest jako kpina, podanych przez aktorów w formie żartu, dowcipu, dobrego kawału. A nawet, jeśli pojawią się jakieś nie ironizujące refleksje, to od razu zostają przykryte jakimś gagiem czy to słownym, czy sytuacyjnym. Czy w obecnych czasach wszystko musi być polane sosem ironii? Czy poważna refleksja jest naprawdę niestrawna i nie do wytrzymania? Czy my, odbiorcy, naprawdę jesteśmy tacy nieznośni, że trzeba wszystko dla nas upraszczać, banalizować i serwować jako dobry żart? Nie sądzę…

Marta Odziomek
Dziennik Teatralny
18 czerwca 2011

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia