Grzebanie w Witkacym

rozmowa ze Zbigniewem Wodeckim

"Sonata Belzebuba" w Teatrze STU.

Małgorzata Lech: Czy długo Krzysztof Jasiński musiał Pana namawiać do roli Belzebuba? 

Zbigniew Wodecki: Ja im dłużej siedzę w tym materiale, czyli w Witkacym, tym bardziej sobie zdaję sprawę, że mój udział w tym projekcie to jest historia z tego scenariusza. Mianowicie Belzebub Jasiński wziął sobie mnie jak u Istvana, żeby zrealizować coś, co go męczy od lat. Najpierw była "Szalona Lokomotywa", a teraz zmagamy się z tym znów jako z "Sonatą Belzebuba" Więc czuję się przez niego wykorzystywany i to bezwzględnie, jako że chcę się z tym zmierzyć, poddaję się temu. A już parę nocy mam nieprzespanych. 

Czyli wciągnął się Pan w tę pracę na całego? 

- Tak, tym bardziej, że jeśli jest już termin premiery, to nie da się nie wciągnąć. Człowiek jest już na haczyku, jak ryba. Inie da się spać, bo Witkacy jest dosyć ciężkim materiałem, również do pisania muzyki, a uważam, że muzyka wcale nie powinna być zwariowana. Choć Witkacy był mocno "zakręcony". A tutaj trzeba pokazać piękno jego niespokojnej duszy w muzyce, więc przenieść wszystko to, co jest w jego słowie. W tym tekście jest bardzo dużo spraw, które każde pokolenie na nowo odkrywa w sobie w pewnym wieku. Muszę powiedzieć, że nie zastanawiałem się ani chwili nad decyzją, ponieważ lubię Jasińskiego. Pomógł mi kiedyś w dość niespodziewanym momencie. Szukałem możliwości żeby coś nagrać i on mi pomógł. Mówił: "chcesz? No to proszę bardzo. Tutaj jest studio, robimy. Załatwione" To był splot przypadków. Później wygrałem Opole. Czuję do niego wdzięczność za pewien okres w moim życiu. 

Krzysztof Jasiński Pana wykorzystuje, ale dzięki temu Pan może w pełni wykorzystać swój wszechstronny talent. Mówiąc dosłowniej może się Pan wyżyć twórczo... 

- Tak się okazało, ale ja nie mówiłem o talentach. To jest chyba, jak to się mówi, czyjś palec. Ponieważ otwierają się przede mną nowe możliwości. Wcześniej bardzo rzadko pisałem do teatrów. Zawsze najpierw pisałem melodie: "Z Tobą chcę oglądać świat" najpierw powstała muzyka, polem Kofta napisał słowa, z "Lubię wracać" i z "Izoldą" też tak było. Więc głównie pisano teksty do mojej muzyki. A tutaj trzeba naprawdę pogłówkować, ponieważ dostałem zadanie, aby dostosować dźwięk do tekstów, które otrzymałem od Jasińskiego. Ja mam przecież bardzo dużo tej muzyki poukładanej w głowie, takiej bliskiej klasyce, po wielu latach grania w różnych orkiestrach kameralnych. I na początku było to dla mnie nie do przejścia, strasznie byłem wkurzony, że muszę walczyć ze swoją wyobraźnią muzyczną. Ale okazało się, że otwierają się drzwi, których się nie spodziewałem, że się pootwierają i to jest inspirujące. Dałem się złamać temu procesowi, i to mnie już niesie, czuję, że efekt jest. Jest parę rzeczy, które, muszę przyznać, choć to źle zabrzmi, że mi się podobają. Skoro gram Belzebuba, to mogę to powiedzieć, niech będzie! 

Bazą czy jedynie punktem odniesienia jest muzyka z "Szalonej lokomotywy"? 

- Bardzo mało zostało. Tam było widowisko, tu mamy teatr, zamknięty, blisko ludzi, jest bardzo dużo witkacowskich treści do przekazania. Zostają rzeczy, które wtedy w lalach 70. były i nadal są znakiem czasów. To jest "Motorek" i "Hop! Szklanka piwa!". To były piosenki, dzięki którym ludzie wtedy słyszeli o tym przedstawieniu, i które zostały. "Hop! Szklanka piwa" zaistniała potem zupełnie poza kontekstem macierzystym, choć poza nim była niezrozumiała. 

Ale pewnie przetrwała dlatego, że to bardzo ciekawy i nośny szlagwort. 

To będzie musical? 

- Hm, to jest właśnie sztuka napisać musical, który będzie grany w małym teatrze, bez wielkich schodów, piór, laserów i bez wielkiej orkiestry. Ale my mamy muzyków i aktorów w jednym. Konrad Mastyło gra na fortepianie, Karol Śmiałek na akordeonie. Będziemy robić wszystko, żeby znaleźć się w innym świecie, odrealnionym. I te nasze lata ćwiczeń wielogodzinnych mogą się w końcu na coś przydać. Żeby jeszcze poza sfera dźwiękową stworzyć coś większego, coś, do czego każdy artysta dąży. Stworzyć to marzenie o spełnieniu. Które jest nie do spełnienia, ponieważ żadna nagroda, żaden Oskar nie dadzą artyście poczucia spełnienia. Ja im głębiej siedzę w muzyce, im więcej grzebię, tym bardziej ten horyzont się oddala. A równocześnie otwiera się coraz więcej możliwości. A trzeba wybrać tak, żeby to co przedstawiamy było czytelne dla ludzi. Żeby było efektowne, ale nie efekciarskie. Żeby było eleganckie. 

Czy będzie to Pana zdaniem spektakl o współczesnych artystach? 

- Padają w "Sonacie Belzebuba" takie zdania, ze trzeba coś zadziałać w dzisiejszych czasach, w epoce artystycznej perwersji. Trzeba coś przedsięwziąć w czasach, kiedy komercji na tak wielką skalę nigdy wcześniej nie było. To właśnie wypowiedział Witkacy, sto lat temu. I dziś nam to "wchodzi jak w masło". To jest właśnie o tym, że tak wielu jest dziś upadłych artystów. Upadłych też w tym sensie, że nie ma z nich co zbierać, ponieważ oni nie mają publiczności. Publiczność przestała dopisywać, bo po prostu nie umie. Nie dorasta do takiego poziomu. Oduczyła się słuchać czegoś, co ma sens. Wszystko się dziś robi szybko, byle jak. Zrobić, byle łatwo sprzedać. Witkacy mówi, że to wszystko to jest takie podłe piekiełko. 

Czyli dla Pana Witkacy jest nadal aktualny? 

- Tak. On miał te same problemy, co my dzisiaj. Dla niego wszystko to, co się działo wokół było takie niesmaczne. Takie kabaretowo - dancingowo - beznadziejne. Ale z drugiej strony to tło musi być, żeby było od czego się odbić. Trzeba mieć na co narzekać. W narzekaniu jesteśmy dobrzy, więc może nam wyjdzie ta sztuka. 

Jest ta przewrotność u Witkacego, że "trzeba zaprzedać duszę diabłu" żeby być artystą... Czy to prawda? 

- W pewnym sensie tak. Zaprzedaje się duszę dla sztuki albo właśnie sztuce. Bo to sztuka jest właśnie tym strasznym diabłem, który człowieka wynosi, a potem go niszczy. Im większy sukces, tym bardziej człowiek się staje niewolnikiem tego sukcesu, popularności i samego siebie. Z drugiej strony, jeżeli ktoś przekroczy to, co odbiorcy są w stanie zrozumieć, to jest też koniec artysty. Żeby mówić jaśniej, powiem na przykładzie. "Donna" Lee" Parkera. Parker to muzyk, który odjechał. Uciekł ludziom, ponieważ jego sztuka go tak daleko porwała, i zaczął grać tak niezrozumiałe rzeczy, że ludzie przesiali go słuchać. I wielu było takich: Hankock, Frank Zappa to rewelacyjni muzycy, którzy odjechali w swój świat. Teraz też jest wielu znakomitych pianistów współczesnych, którzy nie mają kontaktu z publicznością lub jest bardzo wąskie grono, które potrafi ich odbierać. Więc wielcy twórcy zostają sami ze swoją muzyką. U nas prawie wcale nie ma takiej elity, która mogłaby słuchać muzyki na takim poziomie. Muzyk przychodzi, a ludzie mówią: "niech Pan zagra coś ładnego", albo "Panie, do tego się w ogóle nie da tańczyć". A muzyk czasem gra takie rzeczy, że trzeba się co najmniej trzy razy urodzić, żeby usłyszeć to, co on gra. Więc niektórzy artyści tego nie wytrzymują, Parker sam się wykończył, bo nikt nie rozumiał jego geniuszu. Geniusz może zniszczyć człowieka. Ja się bardzo dobrze czuję, więc geniusz, na szczęście, jeszcze ode mnie daleko. 

Krzysztof Jasiński żartuje, że jego teatr jest teraz najbardziej awangardowy przez to że jest najbardziej tradycyjny. W latach 60. i 70. Teatr STU burzył konwencje od podstaw. "Szalona lokomotywa" była dużym wydarzeniem dla polskiej kultury rozrywkowej. Czymś, czego wcześniej w Polsce nie było, więc wzbudzało kontrowersje. Czy musical "Sonata Belzebuba" może spełniać podobną rolę dzisiaj? 

- "Szalona lokomotywa" na pewno wzbudziła zainteresowanie szerokich mas Witkacym. Była rzeczywiście czymś nowym. Natomiast dzisiaj my, ja i Jasiński już dorośliśmy. Przerobiliśmy już to, co inni dopiero chcą przerobić. Mamy za sobą takie parcie do przodu, żeby zaistnieć. Możemy sobie siedzieć i spokojnie grzebać w tym Witkacym. Chcemy żeby było pięknie. A żeby było pięknie trzeba się bardzo dużo uczyć. Myślę, że najtrudniejsze dzisiaj to jest zrobić dobrą komedię na wysokim poziomie. Widziałem ostatnio kilka dramatów, nawet naszych narodowych, od których wiało nudą i tandetą z wielkimi nazwiskami. Natomiast widziałem piękne przedstawienia komediowe, niestety wciąż głównie za granicą. Żeby zrobić dobrą komedię, nie można się zasłonić pseudointelektualizmem, co jest teraz w polskim teatrze bardzo częste. Najśmieszniejsze jest to, że nawet krytycy po obejrzeniu tych pseudointelektualnych dramatów, wychodzą i sami nie wiedzą czy im się to podobało czy nie. Sztuką jest zrobić coś, co będzie czytelne dla ludzi i zrobić to dobrze. To wymaga najwięcej pracy. Ludzie są dziś tak "skołowani", że można im wcisnąć prawie każdy "kit". Nie wiedzą co jest dobre. Więc sztuką jest robić teatr, w którym się pracuje rzetelnie, po ludzku i normalnie. Jest dzisiaj bardzo cienka linia pomiędzy hohsztaplerką, a wartością w sztuce. Współczesne technologie dają sztuce ogromne możliwości, ale też możliwość oszukiwania. 

Dlaczego, Pana zdaniem, w Polsce jest mało teatru rozrywkowego na dobrym poziomie i z poczuciem smaku? 

- Bo to jest za trudne, wymaga dystansu. To najlepiej widać w polityce. U nas żaden polityk nie rozumie, że im więcej będzie się produkował na temat przeciwnika, tym bardziej obróci się to przeciwko niemu. A wystarczy powiedzieć jedno dowcipne, inteligentne zdanie. Nie umiemy w sposób inteligentny obśmiać przeciwnika. Refleks i poczucie humoru zawsze będzie górą. 

PS. Moim zdaniem...

Małgorzata Lech
Dziennik
2 czerwca 2009
Portrety
Zbigniew Wodecki

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...