Grzeszny świat

"Dzieje grzechu" - reż. /choreografia: Karol Urbański - Opera na Zamku w Szczecinie

"Dzieje grzechu" Stefana Żeromskiego w formie baletu? Przedsięwzięcie ryzykowne. Owszem, na podstawie tej skandalizującej powieści z początku ubiegłego wieku nakręcono trzy filmy, pojawiała się też na scenie, bo jej pikantna do dziś fabuła stanowi bogaty materiał dramaturgiczny, a balet fabularny to forma sprawdzona przy niejednym dziele literackim, ale pomysł, by wytańczyć akurat Żeromskiego? Pisarza, którego wielkość mocno przebrzmiała, a jego śmiałość społeczna i obyczajowa nikogo dziś nie szokuje. No i ten styl, bujny język, przez entuzjastów jego prozy uwielbiany, ale przez jej przeciwników zwany kpiąco żeromszczyzną. Co z tym zrobić na baletowej scenie?

Wszystkie te wątpliwości wzmagały moje zainteresowanie spektaklem Karola Urbańskiego - kierownika szczecińskiego baletu, który rzecz wymyślił i wyreżyserował - choć przeważała obawa, że będzie trudno. Okazało się, że część z tych wątpliwości obróciła się - paradoksalnie - na korzyść spektaklu. Językowy kicz, który u Żeromskiego tak dzisiaj razi - patetyczną liryką i słowną egzaltacją - w balecie przestał być problemem. Ekwiwalentem słowa stał się ruch, a choreografia zastąpiła bujną frazę powieści.

Pozostał jednak problem, na ile uda się Ubrańskiemu oddać emocje i ekspresję tej prozy. I czy trącąca dziś myszką opowieść o upadku Ewy Pobratyńskiej - panienki z dobrego domu, którą miłość i namiętność przywiodły do tytułowego "grzechu", a w końcu do śmierci - sprowadzona do czystej baletowej narracji nie zmieni się w ckliwy i anachroniczny romans?

Zacznijmy od tego, że przedstawienie Opery na Zamku jest niewątpliwie atrakcyjnym widowiskiem, świetnie opowiedzianym i efektownie pokazanym kawałkiem dobrego muzycznego teatru.

Urbański postawił na balet klasyczny i realistyczny na ogół kostium, nawiązując do epoki, w której osadzona jest akcja powieści - dbając przy tym, by fabuła spektaklu była czytelna, zrozumiała. Rysuje swych bohaterów wyrazistą, rozpoznawalną kreską - każdy z nich ma swój własny ruch, gest, krok - co ułatwia śledzenie wydarzeń.

Ukazujące się w tle multimedialne wizualizacje (autorstwa Krystiana Drywy) - wnętrza kościoła, mieszczańskiego salonu z widokiem na ulicę, łąkowego pejzażu i innych przestrzeni - imponujące rozmachem i plastyczną urodą - stanowią nie tylko dodatkową podpowiedź w tej mierze, ale i nadają scenom płynności narracyjnej. Historia grzesznej Ewy przewija się przed naszymi oczami jak na filmowej taśmie.

Na szczęście nie jest to tylko historia z romantyczną z ducha muzyką (Mieczysław Karłowicz brzmi tu malowniczo, choć chwilami... trochę obok) i efektownymi obrazkami. Już scenografia Wacława Ostrowskiego, której wizualizacje stanowią element ważny, ale nie najważniejszy, kryje w swej prostocie coś więcej. Niepokojącą dynamikę, która jest tu głównym motorem napędowym. Mobilne ściany i lustra, obrotowe drzwi, a zwłaszcza zajmujący centralne miejsce sceny stół - ogromne, ruchome koło - stające się łożem kochanków, kołem tortur, ofiarnym ołtarzem, katafalkiem - tworzą nie tylko nowoczesne machinę dla tradycyjnej narracji, ale i stanowią o jej sensach. Może gdyby w ogóle zrezygnować z ładnych obrazów w tle na rzecz tego rodzaju umowności sensy te wybrzmiałyby mocniej?

Urbański uniwersalizuje bowiem opowieść o Ewie (Ksenilla Neumets-Snarska) - stawiając ją w środku wydarzeń - delikatną i samotną pośród gromady mężczyzn (jej ojca, kochanków, stręczycieli, lekarzy) - i czyniąc z niej historię kobiety miażdżonej przez brutalny męski świat. Neumets-Snarska nie tylko pięknie tańczy, ale i wyposaża swą bohaterkę w bogatą osobowość, ukazując dramatyczną przemianę młodej, ufnej dziewczyny w kobietę odrzuconą, poniżoną, złamaną własną zbrodnią, lecz walczącą do końca o swą godność.

Znamienne skądinąd, że jedyna postać kobieca na scenie prócz niej (nie licząc sześciu tancerek, które zmieniając kostium statystują w różnej roli, m.in. jako zakonnice, pielęgniarki, prostytutki) - Matka (sugestywna Monika Marszałek) - nie tylko nie wspiera jej, ale i odtrąca najboleśniej. Można to odczytać jako dodatkowy znak opresji ze strony męskiego świata, który narzuca swe normy kulturowe kobietom, czyniąc z nich - alternatywnie - albo swoje ofiary, albo wspólniczki.

Niezbyt to wyszukany feminizm, ale też i nie o feminizm zdaje się twórcom spektaklu chodzić. To raczej "dzieje grzechu" współczesnego świata w ogóle: okrutnego dla uczuć, opartego na fałszu i brutalnej sile, obnażającego naszą prywatność, bezwzględnego dla jednostki.

Czy udało się przekazać tę myśl w pełni? O ile trudno coś zarzucić teatralnej urodzie spektaklu, o tyle jego idea nie znajduje dla siebie kształtu na swą miarę. Początek obiecuje więcej: wyłaniające się z ciemności w głębi sceny mansiony - witryny - w których ukazują się z wolna postaci czekającego nas dramatu - to efektowne memento, zapowiedź groźna, poruszająca. I później jest sporo scen, których dramaturgia - napięcie, mroczne piękno - robi wrażenie. Że wymienię choćby scenę miłosną z Pawłem Wdówką w roli Łukasza Niepołomskiego.

Niestety, wysiłek, jaki wkładają realizatorzy w pilnowanie, by opowiedzieć rzecz całą niejako "słowo po słowie" - niesie ze sobą dosłowność właśnie (Ewa "pokazuje", że jest w ciąży, kreśląc rękami linię rosnącego brzucha; a wizualizacja embriona na wielkim ekranie ociera się o kicz) i sprawia, że przedstawienie - zwłaszcza w drugiej części - skupia się na narracji. Zostawiając sobie mniej miejsca na inscenizacyjną swobodę i ekspresję poszczególnych scen.

W sumie więc otrzymujemy spektakl dość konwencjonalny jak na ostatnie dokonania Karola Urbańskiego. Zrobiony starannie, z wyczuciem klasycznej formy baletu oraz klimatów powieści, która posłużyła mu za libretto, mrugający też okiem do wracających w polskiej rzeczywistości problemów społecznych (rozumiana szeroko przemoc wobec kobiet), a przy tym przyjazny wobec widza, który lubi dobrze opowiedziane historie. Ale zatrzymany jakby w pół drogi do celu, jakim mógłby być - drzemiący przecież w inscenizacji - ostry wizerunek naszej współczesności, której, wbrew pozorom, nie tak daleko do tej ukazanej przez Żeromskiego sto lat temu z okładem.

Artur D. Liskowacki
Kurier Szczecinski
8 kwietnia 2015

Książka tygodnia

Teatr lalek w dawnej Polsce
Fundacja Akademii Teatralnej i Akademia Teatralna
Marek Waszkiel

Trailer tygodnia