Grzmot Szekspira

Owszem, na przestrzeni lat było kilka spektakli, które można przyjąć.

Po kilkunastu latach oglądania rocznicowych przedstawień prezentowanych w Muzeum Powstania Warszawskiego 1 sierpnia (a widziałam chyba wszystkie spektakle) coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu o silnych "ciągotach" dyrektora MPW Jana Ołdakowskiego w stronę lewactwa.

Dość spojrzeć, kogo pan dyrektor zaprasza do reżyserii i jakie spektakle są tu wystawiane. Nie dość, że wychylone w lewo, to często daleko od tematyki, klimatu, problemu związanego z Powstaniem Warszawskim. A już jak najdalej od ukazania bohaterstwa powstańców. Jeśli nawet temat w jakiś sposób wiązał się z Powstaniem, to ów sposób najczęściej był hańbiący dla nas, Polaków, oglądających, a cóż mówić o powstańcach, ich rodzinach, potomkach, o czczeniu pamięci o bohaterach, którzy oddali życie za Ojczyznę.

Owszem, na przestrzeni lat było kilka spektakli, które można przyjąć. Cała reszta zaś nie znajduje żadnego uzasadnienia, by w tym miejscu, w tej przestrzeni i w tym czasie się pojawić. Można też zauważyć zjawisko, powiedziałabym, swoistego kosmopolityzmu. Bardzo obecne dziś nie tylko w teatrze, ale w ogóle w kulturze. Pojęcie kultura narodowa w dużej części środowiska artystycznego budzi odrazę. W tym roku Muzeum Powstania Warszawskiego wystawiło "Króla Leara" w reżyserii Agnieszki Korytkowskiej. Co to ma wspólnego z Powstaniem Warszawskim? Proszę mnie nie pytać, bo nie wiem. Ze spektaklu to nie wynika. Bardzo skrócony tekst dramatu Williama Szekspira można by określić brykiem z "Króla Leara". Owszem, jeśli chodzi o trzon samej fabuły, jest zachowany (w sporym skrócie). Oto król Lear abdykuje i dzieli królestwo między swoje córki, ale domaga się, aby zapewniły go o miłości do ojca. Dwie starsze, Goneryla (Sylwia Zmitrowicz) i Regana (Dorota Landowska), łase na spadek, zapewniają ojca, iż są oddanymi mu córkami, zaś najmłodsza, Kordelia (Paulina Walendziak), milczy, ona naprawdę kocha ojca i pragnie tego dowieść czynem. Ale Lear, dotknięty w swym ego, wydziedzicza Kordelię i każe jej opuścić kraj, majątek zaś przekazuje dwóm pozostałym córkom itd., itd. Jest też wątek fabularny Gloucestera (Mariusz Bonaszewski) oraz jego synów, Edmunda (Grzegorz Falkowski) i Edgara (Wojciech Brzeziński), a także wątek Kenta (Arkadiusz Buszko). Tylko cóż z tego, że najważniejsze postaci dramatu zostały zachowane, jeśli pozbawiono je przeżyć wewnętrznych i głębi problemu, jakie niosą u Szekspira. Nie ma tu rozwoju postaci stosownie do tego, co bohater przeżywa na zewnątrz. Sama opowieść akcji na skróty (głównie w wersji mówionej, właściwie bez scen sytuacyjnych) to nie tylko za mało, ale to ujma dla litery tekstu oryginalnego. Silnie przesadzona, aż do karykatury, ekspresja środków użytych przez Wojciecha Brzezińskiego w roli Edgara prowadzi do farsy, a nie dramatu postaci. Podobnie oparta głównie na krzyku rola Kornelii w wykonaniu Pauliny Walendziak zubaża tę postać. A tak dramatyczne sytuacje u Szekspira, jak scena z oślepieniem Gloucestera, granego przez Mariusza Bonaszewskiego, śmierć Kornelii czy reakcja Leara, w inscenizacji Agnieszki Korytkowskiej zakrawają na parodię. A prymitywne i nachalne puszczanie oka do publiczności we wstawkach typu: "Do trybunału sędziowskiego wdarło się przekupstwo i kłamstwo" (Lear w scenie sądu nad córkami) czy finałowe słowa spektaklu należące do Edgara: "Rządźcie, niech chory kraj do zdrowia wraca" - nie podnoszą poziomu spektaklu. No i nie wiadomo po co te migające na ekranie projekcje wideo: fragment księżyca, skrzydło ptaka, suche drzewa itd. Słychać nawet grzmot. Można by zażartować, że to reakcja Szekspira z zaświatów.

A już kuriozum wszystkiego jest niczym nieumotywowana zamiana płci, albowiem męską rolę Leara gra tutaj aktorka Iwona Bielska. Dlaczego kobieta? Tym bardziej że córki zwracają się do niej "ojcze". Żadna scena w tym spektaklu nie uzasadnia merytorycznie pomysłu pani reżyser. Jedyne, co przychodzi na myśl, to akcentowanie w ten sposób ideologii feministycznej oraz "tęczowej zarazy", której aktywiści nie uznają podziału płci na męską i żeńską. Obie te ideologie, feministyczna i LGBT, silnie wiążą się ze sobą. A ponieważ środowiska artystyczne (poza nielicznymi, pojedynczymi osobami) idą ramię w ramię z LGBT, na scenach mamy, co mamy. I, jak widać, dyrekcja Muzeum Powstania Warszawskiego w tym chorym marszu uczestniczy.

Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik
12 sierpnia 2019

Książka tygodnia

Wszystkie nasze lalki
Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne w Łodzi
Honorata Sych

Trailer tygodnia