Gwałty i krzyki według Szekspira

"Titus Andronicus" - reż. J. Klata - Teatr Polski we Wrocławiu - 33. WST

Szkoda, że tak mało niemieckich przedstawień Klaty pojawia się gościnnie w Polsce. Ostatnio tylko "Zbójcy" byli prezentowani na łódzkim festiwalu Nowa Klasyka Europy. Parafrazując znane powiedzenie - jak się nie ma, co by się chciało mieć (może wcale byśmy tych spektakli nie polubili), to się lubi, co się ma. "Titus Andronikus" jest koprodukcją wrocławskiego Polskiego z drezdeńskim Staatsschauspiel. Taka współpraca rodzi oczywiście trudności. Wiadomo na przykładzie TPB ("Truskawkowa niedziela") czy stołecznego Powszechnego ("Ziemia niczyja"), jak ciężko wtedy jest znaleźć dogodny termin na w miarę regularne pokazy danego przedstawienia. Wrocławskie widowisko z racji swego rozmachu i nazwiska reżysera pojawia się w repertuarze sceny przy ulicy Zapolskiej stosunkowo często. I pewnie szybko z niego nie zejdzie.

Spektakl Klaty jest bowiem jedną z jego najbardziej spektakularnych produkcji. Widać, że wyrasta z obowiązujących trendów współczesnego teatru niemieckiego. Nie ma w nim scenografii stanowiącej określoną z góry przestrzeń. W "Witaj/Żegnaj" mieliśmy obrotówkę z trzema prospektami. "Trylogia" pokazała z kolei sienkiewiczowską Rzeczpospolitą jako dom wariatów. Można zaobserwować pewną zmianę poetyki twórcy Szewców u bram. We wrocławskim przedstawieniu przestrzeń jest ,,ruchoma". Dekoracjami są bowiem rekwizyty. Sposób wypełniania scenicznej powierzchni jest kluczowy dla interpretacji widowiska.

Na samym początku scena jest całkowicie pusta. Saturninus (Stefko Hanushevsky) i Basjanus (Matthias Luckey) obserwują wijącego się na ziemi Markusa (Torsten Ranft). Ten ostatni wykonuje specyficzny gest. Splata dłonie z tyłu, jakby były one związane niewidzialnym rzemieniem. Obwieszcza powrót Tytusa (Wolfgang Michalek). Jego słowa przeplatają się jednak z niezrozumiałym bełkotem. Trybun powtarza potem swoją wiadomość w innych językach. Te tłumaczenia są jednak przerywane głośnym nuceniem przez aktora marsza żałobnego. Markus wykonuje kilka poleceń jednocześnie. Wydaje odezwy, ogłasza nastanie żałoby. Można powiedzieć, że jest odpowiednikiem mediów na służbie Właśnie, kogo? Sztuka Szekspira zaczyna się w momencie bezkrólewia po śmierci poprzedniego cesarza. Według Klaty zawsze ktoś musi jednak pociągać za sznurki. Nie wiadomo przecież, JAK zmarł władca. Śmiercią naturalną? Został otruty? Pewne jest jedno: jego następca musi zbudować nowy porządek.

Twórcą nowego ładu zdaje się być Titus. W oszałamiającej sekwencji znosi na scenę czarne skrzynie. Markus namaszcza je własnym potem i znakiem krzyża. Stary wódz przynosi coraz to nowe kufry. Na rozwieszonej z tyłu sceny olbrzymiej płachcie pojawiają się kolejne rzymskie cyfry, potem liczby. Rosną one razem z pojawieniem się każdego kolejnego pudła. Mogą być one numerami legionów, jakie brały udział w bitwach ku chwale Romy. Ale zarazem oznaczają poległych we wszystkich wojnach prowadzonych przez Andronikusa. Czarne skrzynie to sarkofagi, w których leżą polegli wojownicy. Pokazywane na plandece liczby sięgają w końcu astronomicznych sum. Paradoksalnie (?) hekatomba wojny służy państwu. Skrzynie zostają ustawione przez synów Titusa w określonym porządku. Roma zyskuje utracony fundament.

Ta symbolika przenosi się w przedstawieniu na wyższe poziomy. Stary Andronikus dokonuje zemsty za okaleczenie córki. Przebiera się w strój kucharza i przedstawia jako ,,mistrz anatomii". Przerabia ciała Chirona i Demetriusza na torty. Ci dwaj cierpią, gdy są konsumowani. Widać w tym analogie z "Funny games", gdzie obserwowanie ludzkiego bólu staje się elementem estetyki. Klata dopisuje Titusowi monolog. Rzymianin opowiada o tym, że człowiek jedzący drugiego przejmuje jego przymioty, niejako jednoczy się z nim. Reżyser nawiązuje tu do wierzeń charakterystycznych dla Azteków. Jeśli połączyć to z wymową sceny ze skrzyniami, można dojść do ciekawego wniosku. Wojna jest u Klaty równoznaczna z żywieniem się ludzkimi ciałami. Nie w sensie dosłownym - ofiara ludzka pomaga budować ład państwowy. Danina krwi stwarza potęgę wodzów. Lucjusz namaszcza siebie ,,potrawą" z ciał Chirona i Demetriusza. Klata stwarza do tego kontrast. W scenie uczty obok stołu stoi w charakterystycznej antycznej pozycji ,,pomnik". Ciało, które jest niszczone w ramach wojny, jest zarazem obiektem estetycznego zachwytu. Pokazanie tego dysonansu jest silnym punktem przedstawienia. Może jedynie budzić sprzeciw sposób pokazania tej tezy. Twórcy nieco bezmyślnie wplatają tutaj bowiem wątek ofiary Chrystusowej. Uczta z ciał ma być chyba makabryczną odmianą eucharystii. Tymczasem ,,krew i ciało moje" to pojęcie metaforyczne, tyczące się sfery ducha, a nie ciała. Co więcej, służy określonej eschatologii. Jak ma się do tego wymowa Titusa?

Poza historiozofią mamy tutaj do czynienia ze spostrzeżeniami na temat relacji różnych nacji i ras. Rzymianie są grani przez niemieckich aktorów, w role Gotów wcielają się Polacy. Wyjątek stanowi Paulina Chapko jako Lawinia, ale to już raczej skutek doboru aktorki charakterystycznej. Różnice widać nie tylko na poziomie języka. Uwidaczniają się one także w kostiumach. Rzymianie noszą białe koszulki, na których można zobaczyć znaczące nadruki: symbol orła, legion, ale także messerschmitta i zamek krzyżacki. Polscy wykonawcy są natomiast ubrani w krzykliwe kolorowe koszule a la Cejrowski. Michał Mrozek jako Alarbus nosi nawet (oczywiście?) dresowe spodnie. Niesnaski między sąsiadami z dwóch stron Odry objawiają się nie tylko w domyślnym podobieństwie do wojny Rzym-Goci. Choć wszyscy mówią zmodyfikowanym nieco tekstem Szekspira, to nierzadko jedni nie rozumieją drugich. Klata zdaje się nieco upraszczać problem. Przykładem jest scena, w której młody Lucjusz tłumaczy Chironowi i Demetriuszowi treść listu od Andronikusa. Dwaj bracia nie wiedzą, o co chodzi Rzymianinowi. Kwitują jego starania kpiącymi domysłami i obelgami. Warto zaznaczyć, że rzeczony list otrzymują wraz z dwoma sztyletami, które u Klaty są dwoma nagimi mieczami przyniesionymi przez rycerza w średniowiecznym hełmie Nie wspominając o wykorzystaniu motywu z Polskich dróg przy okazji opowiadania o cierpieniach Gotów. Jeśli jednak pominąć komiczne aspekty takich rozwiązań, to co pozostaje? Porozumienie jest możliwe dopiero, gdy jest osiągane przez oszustwo. Pytanie tylko, czy można je wtedy nazwać ,,porozumieniem". Gdy przebrana Tamora (Ewa Skibińska) próbuje wpłynąć na Titusa, mówi do niego po niemiecku. On zwraca się do niej po polsku. Relacje polsko-niemieckie są w "Tytusie Andronikusie" pokazane stereotypowo. Ten wątek zostaje w dodatku nagle urwany. Reżyser chyba nie wiedział, jak go w ogóle zakończyć.

Zapewne wynika to z tego, że zostaje wprowadzony także wątek postkolonialny. Jak nietrudno się domyślić, jest on podjęty ze względu na postać Aarona (Wojciech Ziemiański). Murzyn jest przedstawiony w swoim najbardziej banalnym ujęciu. Czekoladowo czarna skóra czy trofeum z rogów zwierzęcych to tylko łagodne strony tej ekspozycji. Aktorowi doczepiono bowiem ogromny fallus. Czemu ma to służyć? Pokazaniu lęku europejskiego człowieka przed ,,czarnym ludem"? Strachu przed zapłodnieniem białej kobiety przez obcego przybysza? Co więcej, kontakt z Aaronem powoduje ,,zabrudzenie", które można określić jako poczucie splugawienia. Poszczególne postacie siłują się z czarnym, przez co farba z ciała aktora barwi skórę scenicznych partnerów.

Aaron rzeczywiście zostaje wyposażony w cechy demoniczne, gdy na końcu przemawia jako Szatan z wnętrza jednej ze skrzyń. Wzmocniony przez mikrofon głos stwarza wrażenie, że wydobywa się z piekielnej czeluści. ,,Kolonizowany" (Markus brzęczy łańcuchem w skrzyni obok) ma się mścić za wszystkie upokorzenia. Taka wymowa może uderzać szczególnie w dobre samopoczucie Niemców, którzy tak szczycą się (czy może - do niedawna szczycili się) swoją ideą społeczeństwa ,,multi-kulti". Problem w tym, że Klata podchodzi do zagadnienia, opierając się na nowomodnych trendach myślowych. Jeśli dziś tworzy się społeczną niechęć białych do czarnych, to nie wynika ona z bezmyślnej niechęci. Murzyni łatwiej dostają socjalne niż pozornie pełnoprawni obywatele. Czy ten rzekomy lęk nie jest zatem słusznym gniewem? Można tu dostrzec także inną sprzeczność. W jakim celu reżyser obsadza Polaków w roli Gotów, skoro na końcu i tak okazuje się, że ,,Got jest Murzynem, jest Żydem"? Skąd się nagle wziął w ogóle temat Żydów? Z czego ma to niby wynikać? Klata wciska na siłę kwestię "wykluczonych", przedstawiając ją w ograny sposób, niemający wiele wspólnego z rzeczywistością.

Inna sprawa, to aspekty audiowizualne przedstawienia. Tempo jest tutaj szybkie, zaś sceny są konstruowane z chęcią wywołania silnego wrażenia. Zmienił się nieco charakter muzyki w poetyce Klaty. W "Titusie Andronikusie" ma ona charakter bardziej ilustracyjny niż w poprzednich realizacjach. "Slice me nice" grane jest naprzemiennie z niemieckim disco, a sekwencji ze znoszeniem skrzyń towarzyszy zapętlony dźwięk gitarowego riffu. Za każdym razem oprawa muzyczna jest podkręcona i brzmi na najwyższych decybelach.

Nieprzypadkowy jest sposób komponowania scen. Agresywne melodie idą w parze ze świadomym przekraczaniem granic dobrego smaku. Niektórych rozwiązań nie powstydziliby się brutaliści. Sukienka Lawinii po napaści synów Tamory jest cała we krwi. Dziewczyna ma ręce zaklejone stretchem jako znak odciętych członków. Taśma jest w tym przedstawieniu w ogóle symbolem zniewolenia. Aktorzy zakleją sobie nią twarze, ryzykując uduszeniem. Przeciągły pisk towarzyszy scenom, w którym napięcie emocjonalne postaci sięga zenitu. Tamora ciągnie za sobą duży kloc lodu. Dojrzała uwodzicielka studzi nim rozbudzone wojną instynkty Saturninusa, co pozwala jej manipulować cesarzem. Pozbawiony charakteru władca ma wygląd całkowicie odmienny od wzorca, z jakim zwykło się kojarzyć panów Rzymu. Jest niskim mężczyzną z cieniutkim głosikiem. Z trudem wdrapuje się na swój tron. Markus z kolei przypomina błazna. Odziera władzę z jej powagi, choć nie potrafi przeciwko niej otwarcie wystąpić. Parodiuje salut rzymski, jakby bawił się w DJ'a. Tym niemniej Ranft za bardzo szarżuje w tej roli.

Dopełnienie całości stanowi gra świateł. Scena jest przeważnie pogrążona w półmroku. Pomaga to wzmagać późniejszy efekt. Reflektory migają, rozbłyskają i gasną nagle niczym oświetlenie na koncercie bądź dyskotece. Z jednej strony służy to zmianom w ruchu scenicznym, kiedy aktorzy pod osłoną ciemności przemykają na pozycje. Z drugiej jednak ma to wpływ na estetykę spektaklu, która jest tworzona przez silne oddziaływanie na zmysły widza. Przesłania to oczywiście merytoryczne słabości przedstawienia

Chaotyczna jest także dramaturgia spektaklu. Każda z odsłon podejmuje właściwie tylko jeden motyw, przez co poszczególne wątki są nagle urywane i podejmowane dopiero po kilkunastu minutach. Cóż z tego, że dobrze w tej poetyce odnajdują się aktorzy (notabene łatwiej to przychodzi niemieckim wykonawcom niż ich polskim odpowiednikom)? Spektakl wywołuje wrażenie przemęczenia. Ataki mocnymi obrazami mocniej niż na rozum oddziałują na emocje odbiorcy. Mam z tym przedstawieniem pewien problem. Klata próbuje postawić odważne tezy, dlaczego jednak robi to za pomocą szablonów? Nadmiar bodźców audiowizualnych stanowi zarazem zaletę, jak i wadę spektaklu. Zapytam nieco ironicznie: a może składa się to wszystko na jakiś nowy rodzaj estetyki, ,,poetykę nierówności"?

Szymon Spichalski
Teatr dla Was
4 maja 2013

Książka tygodnia

Biała jak mleko, czerwona jak krew
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Alessandro D'Avenia

Trailer tygodnia

Romans wschodni
Victoria Vatutina i Olga Bilas
Koncert spina w harmonijną całość kla...