Gwiazdy w Operze Krakowskiej

"Don Pasquale" - reż. Jerzy Stuhr - Opera Krakowska w Krakowie

Już ponad dwa lata minęły od premiery Don Pasquale Gaetano Donizettiego w reżyserii Jerzego Stuhra w Operze Krakowskiej. Dokładnie 02.12.2016 r. jeden z najlepszy polskich aktorów zadebiutował jako reżyser operowy. Spektakl został przyjęty bardzo pozytywnie przez krakowską publiczność, a recenzje wychwalały pomysły inscenizacyjne reżysera, przede wszystkim nieuwspółcześnienie akcji.

Swoją drogą, często zadaję sobie pytanie, z jakiego powodu krakowska operowa publiczność tak bardzo nie lubi przeniesienia akcji dramatu na grunt współczesny? Czasem warto „odświeżyć" libretto, pokazać ponadczasowość sztuki, a nie wciąż ukazywać na scenie to samo „muzeum przeszłości" zaklęte w bufiastych rękawach kostiumów i zakurzonych perukach.

Historia opery ma miejsce w starej, rzymskiej willi leciwego już Don Pasquale. Wcielający się w jego rolę Dariusz Machej był genialny szczególnie od strony aktorskiej. Stał się tym Don Pasquale, którego sobie wyobrażałam od wielu lat: na początku opery przygarbiony, zniedołężniały starzec, który na wieść doktora Malatesty o kandydatce na przyszłą żonę, nagle się ożywia, stawia pewne kroki, zwołuje służbę, aby przygotować się na spotkanie z wybranką. Mariusz Kwiecień, jako doktor Malatesta - pomysłodawca całej intrygi rozgrywającej się w tej operze - przyjął charakter kawalarza, a nie sprytnego i przebiegłego intryganta. Jego gra aktorska również była zadowalająca, nie wspominając już o warstwie wokalnej. Pod tym względem maestro Kwietnia nie mam śmiałości oceniać. Chylę czoła przed tak wspaniałym śpiewakiem, który w swoim napiętym planie występów obejmującym największe teatry świata, znajduje czas, aby przyjechać do Krakowa i „zaczarować" widownie swoim nieziemskim głosem.

W tej operze pojawiają się dwie najbardziej rozczulające postacie: Norina i Ernesto - kochankowie, na których związek nie godzi się Don Pasquale - wuj Ernesto. W rolę zakochanego młodzieńca wcielił się, uwielbiany przez krakowską publiczność, Andrzej Lampert. Niestety głos tego śpiewaka ginie wśród mocnego głosu orkiestry. Z łatwością można było to zauważyć podczas serenady Com'è gentil w trzecim akcie. Ten fragment Donizetti napisał jedynie na głos z towarzyszeniem dwóch gitar, tamburyna oraz chóru śpiewającego zza kulisy. Prawdę mówiąc dopiero podczas tej serenady usłyszałam głos Andrzeja Lamperta w pełnej krasie. Jego miękki, liryczny tenor wzruszył mnie bardzo głęboko. Niestety nie trwało to długo. Nagle na widowni rozległ się, znany niemalże na każdym kontynencie, dzwonek telefonu NOKIA, powstały ok. 1994 roku. Cały czar prysł. Wszyscy zostali wytrąceni z równowagi. Wszyscy, oprócz Ernesto, który kontynuował swoją romantyczną serenadę przy akompaniamencie instrumentu telekomunikacyjnego, o którego istnieniu Donizetti nawet nie marzył.

Anna Wolfinger jako Norina - osóbka zadziorna, ale udająca niewiniątko - niestety nie podołała zadaniu. Norina w jej interpretacji miała cały czas ten sam charakter, nawet kiedy udawała niewinne dziewczę, które przed chwilą opuściło mury zakonne. Pierwsza, bardzo znana aria Noriny, Quel guardo il cavaliere, moim zdaniem została zniszczona przez nierozśpiewany, lekko zachrypnięty, pozbawiony brzmienia głos Anny Wolfinger. Możliwe, że śpiewaczka bardziej skupiła się na ukazaniu swojego prawie nagiego ciała w wannie, przykryta jedynie mydlaną pianą. Później, w trakcie rozwoju akcji śpiewaczka wybroniła się głosowo, prezentując niesamowitą biegłość głosu i perfekcyjne wykonanie kadencji.

Jerzy Stuhr, jako reżyser operowy na pewno wzbudził sensację w Krakowie - jednym z najbardziej „teatralnych miast" Polski. Mnie zaszokował fakt, że Stuhr występuje również w roli Notariusza. Jest to wprawdzie drugoplanowa postać, ale bardzo istotna dla rozwoju akcji opery, ponieważ spisuje kontrakt ślubny Don Pasquale z Sofronią. Co więcej, Notariusz jest rolą śpiewaną. Jerzy Stuhr musiał więc opanować sztukę operowej emisji głosu odrobinę różniącej się od teatralnej. Muszę przyznać, że zadziwiła mnie tak dobra projekcja jego głosu. Jednak śpiewem operowym tego bym nie nazwała. Fragment sceny z jego udziałem nazwałabym raczej „chwilą dla gwiazdy". W ten sposób określam moment, kiedy na scenę wchodzi znany i lubiany aktor - ikona, następnie wykonuje jakąś drobną czynność, a nawet może trwać w bezruchu. Najważniejszy w tym wszystkim jest fakt, iż większość widowni uwielbia tego człowieka, zna go z jego wcześniejszych, wspaniałych ról i tak naprawdę to jest najistotniejsze.

Stuhr wcale nie zagrał Notariusza. Owszem, wykonał jego partię w miarę swoich możliwości głosowych, ale przede wszystkim był Jerzym Stuhrem. Nie było w tym nic niewłaściwego. Zwyczajnie siedział on przy stole i notował, co inni bohaterowie mu dyktowali. Widziałam w nim bardzo mało z Notariusza, a najwięcej z Jerzego Stuhra. Widownia była zachwycona, a ja razem z nią. Kiedy „chwila dla gwiazdy" dobiegła końca i Notariusz zszedł ze sceny, niektórzy widzowie, pełni zachwytu zaczęli bić brawo.

Ten spektakl z udziałem wielkich polskich artystów - maestro Mariusza Kwietnia oraz mistrza Jerzego Stuhra - mogę podsumować jedynie taką refleksją: do zadowolenia publiczności wystarczy nawet niewielki błysk wielkich gwiazd.

K. D.
Dziennik Teatralny Kraków
24 marca 2018
Portrety
Jerzy Stuhr

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia