Hamlecik

"Hamlet" Teatr im. Wilama Horzycy w Toruniu

"Hamleta" grano w Teatrze im. Wilama Horzycy w Toruniu ostatnio trzydzieści osiem lat temu. Tamto przedstawienie w reżyserii Jana Maciejowskiego - ze scenografią Zofii Wierchowicz, tą słynną "maszyną do grania Shakespeare\'a", oraz z Markiem Bargiełowskim w roli tytułowej - przeszło do historii nie tylko toruńskiego, ale i polskiego teatru.

Było współczesne i buntownicze, erotyczne i drapieżne. Zapewne mało kto z widzów najnowszej inscenizacji „Hamleta” w reżyserii Małgorzaty Bogajewskiej oglądał tamten spektakl. Bardziej żywa jest w Toruniu pamięć przepełnionego metafizyką przedstawienia Eimuntasa Nekrošiusa, które pokazano na festiwalu Kontakt jedenaście lat temu. Trudno mierzyć się z legendami, ale teatr żyje przecież teraźniejszością, a każda epoka zasługuje na swojego Hamleta. Z tej perspektywy można było oczekiwać nowej premiery z dużą nadzieją. Tym większe jest rozczarowanie.

Właściwie spektakl Małgorzaty Bogajewskiej ogląda się z przyjemnością. Reżyserka przeniosła akcję tragedii Shakespeare’a w epokę dwudziestolecia międzywojennego, inspirując się „Kabaretem” Boba Fosse’a. Spektakl zaczyna się od wejścia Mistrza Ceremonii (Michał Marek Ubysz) z pomalowaną na biało twarzą i czerwonymi ustami. Z czaszką Yoricka w ręku, wypowiada on kwestie o marności ludzkiego życia. To bodaj jedyny moment, kiedy problem marności świata wybrzmi w tym spektaklu z większą ostrością – później bowiem dominuje swobodna atmosfera zabawy, dworskich konwersacji, grzecznych ukłonów.

Dania nie jest więzieniem, jest scenką kabaretową, salą redutową, jadalnią. Klaudiusz i Gertruda oraz towarzyszący im dworacy – wszyscy oni statystują na scenie, prawdziwym rozgrywającym jest Mistrz Ceremonii. „Bawmy się” – woła – i wszyscy posłusznie za nim ciągną, nawet zniesmaczony Hamlet (Grzegorz Woś). To Mistrz Ceremonii dyryguje wydarzeniami na dworze, naśladuje głos Ducha ojca Hamleta, którego podsuwa młodemu księciu, ciesząc się z konfuzji, jaką wywołał w jego duszy. Wszystkie postaci poddane są reżyserskiej władzy Mistrza Ceremonii – w planie konstrukcji przedstawienia zawdzięczamy mu sprawny montaż całości, błyskawiczne przejścia od sceny do sceny. Jeśli jednak to on rozdaje tu karty, to mamy prawo zapytać, kim jest.

Na pewno nie jest Bogiem, choć decyduje o życiu i śmierci bohaterów. Nie jest Demiurgiem, ani Ironią Losu, choć krzywo się uśmiecha, pchając postaci w tarapaty. Zdaje się być Wielkim Szydercą, co widać szczególnie mocno w najbardziej patetycznych scenach tragedii Shakespeare’a: kiedy ansambl towarzyszących Mistrzowi kabaretowych tancerek w bieliźnie kpi ze zmarłej Ofelii („Gnij, Ofelio, gnij, / Kij ci w oko, kij”) i gdy finałowa scena pojedynku Hamleta z Laertesem zostaje zamieniona w zestaw magicznych „migawek”. Mistrz Ceremonii jednym ruchem swojej eleganckiej laseczki ukatrupia postać za postacią, łaskawie dając im przed śmiercią coś powiedzieć. Każdy z umarłych dostaje także swojego dublera, tzn. tancerkę-dublerkę, która jak papuga wypowiada strzępek jego kwestii. Nad śmiercią nie ma się co rozczulać – zdaje się mówić reżyserka spektaklu – trzeba czym prędzej gonić do puenty, którą w ukłonach wypowiada Mistrz Ceremonii: „Reszta jest milczeniem”.

Otóż reszta nie jest milczeniem. Nie można bezkarnie nałożyć na wielkie dzieło, czyli królewski zamek, metafory, która wpycha je w ciasne ramy kawalerki w wieżowcu. Nie można bez konsekwencji dla przesłania spektaklu, dla wizji świata, na której zapewne najbardziej zależałoby inteligentnym widzom, wcisnąć świata przedstawionego w „Hamlecie” w ramy metafory „Świat jest kabaretem”. Ta metafora z jednej strony sprawia, że bawimy się dobrze przez prawie trzy godziny, że oglądamy dość udane kreacje Mistrza Ceremonii i tancerek (Maria Kierzkowska, Małgorzata Abramowicz, Anna Magalska-Milczarczyk i Aleksandra Lis), chłopięcego Hamleta i dziewczęcej Ofelii (Matylda Podfilipska) oraz komicznej „pary mieszanej” w fryzurach afro – Rosencrantza i Guildensterna (Paweł Kowalski i Mirosława Sobik).

Z drugiej strony ta sama metafora czyni z arcydzieła literatury i teatru rupieciarnię zużytych rekwizytów i kostiumów, ról i gestów na każdą okazję, magazyn złotych myśli i bon motów, które w lansadach serwuje się uradowanej publiczności. Mogę zrozumieć, że Hamlet jest zwyczajnym młodym chłopakiem, który nic nie czyta (podczas rozmowy z Poloniuszem z wdziękiem odwraca książkę, którą trzymał do góry nogami), nie zajmuje się ani władzą, ani filozofią (choć monologi wypowiada w udany sposób, tak jakby publiczność była jego najlepszym przyjacielem), szarpie się w grobie z Laertesem o ciało Ofelii (pół biedy, że wbrew tekstowi Shakespeare’a – gorzej, że wbrew szlachetności charakteru), bardziej złości go to, że się wszyscy bawią, kiedy on smutny, niż przejmuje zagadka śmierci ojca i cała ta staromodna metafizyka. Dość interesująca wydaje mi się Ofelia Matyldy Podfilipskiej – dziewczynka, a nie kobieta – jak lalka przestawiana przez ojca i króla, leczona biczami wodnymi z wariactwa i utopiona podczas takiej „terapii”, bijąca własne ciało w akcie rozpaczy i bezsilności.

Ale dlaczego wyraziste kreacje „młodych” tak rażąco kontrastują ze statycznymi, pozbawionymi wyrazu postaciami „starych”? Cała namiętność Klaudiusza (Marek Milczarczyk) to slalom na czworakach między krzesłami w pogoni za Gertrudą (Jolanta Teska). Dlaczego na dworze nie rządzi strach? Rosencrantz i Guildenstern, wyluzowani konsumenci marihuany i królewskich drinków, nie czują żadnego respektu przed władzą. Kiedy zginą, pies z kulawą nogą ich nie pożałuje – tak giną postaci z kreskówek i kabaretowych skeczów. Dlaczego nie pojawia się Fortynbras – czyżby tyle zmieniło się od czasów Shakespeare’a, który wiedział, że w polityce nie ma pustki, że kiedy kompromituje się lub upada jedna władza, na jej miejsce musi przyjść inna?

Te wszystkie słabości myślowe toruńskiego „Hamleta”, który – powtórzę raz jeszcze – jest spektaklem miłym do oglądania, wynikają z przyjęcia tezy, że świat jest kabaretem i nic w nim nie dzieje się na poważnie. O „Hamlecie” Jana Maciejowskiego jedna z recenzentek pisała: „Dla tego Hamleta wraz ze śmiercią ojca i zdradą matki skończyło się wszystko, runęła cała dotychczasowa hierarchia wartości. Zobaczył małość człowieka – zło leżące u podstaw świata – i wyciągnął z tego konsekwencje ostateczne [...]”. W przedstawieniu Bogajewskiej mali są nie tylko ludzie wokół Hamleta, ale i on sam jest mały – ani buntownik, ani intelektualista. Małe jest zło, całkiem niemetafizyczne. I śmierć mała – ciach, ciach, ciach i góra trupów, która nikogo nie obchodzi. Najmniejszy w tym wszystkim jest Shakespeare, gdzieniegdzie tylko w wypowiadanych słowach przebija się jego myślowa wielkość. Poza tym na scenie panuje, niestety, Szekspirek, autor „Hamlecika”. Świat jest kabaretem – mówi nam reżyserka toruńskiego „Hamleta”. Ale kabaret nie jest (całym) światem – odpowiada sobie pod nosem niejeden widz, wychodząc z teatru.

Artur Duda – teatrolog, adiunkt w Zakładzie Dramatu, Teatru i Filmu Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu.

Artur Duda
Teatr 2/09
13 lutego 2009

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia