Hamlet w bunkrze

"Hamlet. Tragiczna historia księcia Danii" - reż. Steve Livermore - Teatr Siemaszkowej Rzeszów

W spektaklu Steve\'a Livermore\'a na scenie dzieje się dużo, ale w refleksji widzów z "Hamleta. Tragicznej historii księcia Danii" pozostaje niewiele. Niemniej jest on jakąś próbą gorzkiego podsumowania świata, w którym nie ma już miejsca i czasu na poważny monolog szekspirowskiego burzyciela skostniałego porządku zastanej rzeczywistości

Zamiary Steve’a Livermore’a trochę wyjaśnia scenografia Krzysztofa Szczęsnego i kostiumy Zofii Mazurczak: górna część sceny zostaje skrócona kilkoma udającymi żelbet powałami podpartymi takimiż słupami tworząc postindustrialny bunkier. Aktorzy poza drobnymi rekwizytami z epoki elżbietańskiej odziani są i zachowują się jak ludzie nam współcześni. Mówią również takim językiem, używając współczesnej intonacji, w której słychać jednak szekspirowski rytm i zaśpiew ocalone przez Stanisława Brejdyganta, który współpracując ze Steve’em Livermore’m jako konsultant mowy scenicznej staranie zadbał o jakość słowa.

Pierwszy akt jest rozwlekły i manieryczny – jakby Steve Livermore zapomniał albo nie wiedział, że jeśli widza nie porwą już pierwsze słowa lub chwyty inscenizacyjne, z jego percepcją całego przedstawienia może potem być krucho. Akt drugi jest już o wiele bardziej dynamiczny, a akt trzeci - porywający. To dzięki dwóm znakomitym scenom: z grabarzem, poprzedzającej pochówek Julii i pojedynku Hamleta z Laertesem.

Robert Chodur w roli Grabarza już kiedy odsuwa płytę z usytuowanej na proscenium krypty królewskiego błazna Yorika, wskakuje w jej czeluść, i podśpiewując zaczyna wyrzucać z niej kawałki szmat i obrośniętych jeszcze tkankami kości, którymi bawią się Hamlet i Horatio, sprawia, że publiczność choć świadoma, że wszystko dzieje się w teatrze doznaje estetycznego szoku i śmieje się trochę nerwowo. Ten stan sięga apogeum, kiedy aktor umorusaną ręką wypija z brudnej butelki płyn udający wódkę i próbuje częstować nim widzów w pierwszym rzędzie, mistrzowsko balansując na granicy teatralnej fikcji. Cała ta świetna scena i rola nie mają grama farsy, aktor bynajmniej nie bawi publiczności. Nie próbuje też być filozofem, nawet jak każe teatralna tradycja wtedy, kiedy podaje Hamletowi czaszkę Yorika. Jest zwykłym grabarzem, który sprośnymi piosneczkami i odrobiną czarnego humoru próbuje okrasić swoje najzwyczajniejsze czynności, których nikt za niego nie zrobi, które on zrobić musi. Ta fenomenalnie udana zwyczajność sprawia, że Robert Chodur subtelnie i jednocześnie bardzo mocno sięga prawdy tej sceny, którą Szekspir dość brutalnie mówi o naszym przemijaniu: wszystkim nam i każdemu z osobna.

Świetna jest scena pojedynku, w której u Szekspira niepotrzebnie giną dwaj szlachetni: Hamlet i Laertes. Wiele zawdzięcza mistrzowskiemu układowi fechtunku, doskonałemu technicznie. Steve Livermore z dobrym skutkiem prowokuje widzów do emocjonalnego udziału w tej krwawej, niepotrzebnej zabawie. Mają oni wybór: stanąć po stronie rozbawionych i żądnych krwi uczestniczących w niej szekspirowskich postaci, czy zdobyć się – o co znacznie trudniej – na refleksję wobec całego zdarzenia.

Motywem działania Hamleta – w tej roli Józef Hamkało – jest zemsta za śmierć ojca. Jakby w konsekwencji tego – próba rozwikłania mechanizmu przemocy na elsynorskim dworze. Aktorsko – jest nie do końca udaną chęcią wczytanie się, co jest tak naprawdę w tej tragedii napisane i w nią wpisane. Józef Hamkało gra młodego człowieka, który po śmierci ojca, wzburzony postępowaniem matki, wpada w skrajne nastroje: od ekstremalnej kontestacji, po prowokowaną agresję. Taka nieprzewidywalność zachowań Hamleta nieco ratuje dynamikę przedstawienia. Choć szkoda, że wiele kwestii powszechnie znanych wypowiada bez szczególnej motywacji uzasadniającej ich treść. W tak rozumianym Hamlecie nie ma siły umysłu graniczącej z szaleństwem i porażającej przenikliwości – w zamian dostajemy chłopaczka, w zasadzie bez pomysłu na życie.

Zupełnie inaczej można odebrać postać króla Claudiusa: wcielającego się w niego Marka Urbańskiego przede wszystkim dobrze się słucha, czasami z wielką uwagą. Ofelia Małgorzaty Pruchnik jedna sobie oglądających spektakl naturalnością, jest krucha i delikatna. Scena jej szaleństwa jedną z ciekawszych w przedstawieniu – zagrana subtelnie, bez nadmiernego znerwicowania, odrobinę zmysłowo, celnie skupia uwagę widzów. Dojrzale barwy swoich aktorskich możliwości roztacza Małgorzata Machowska, jako królowa Gertruda: jest występna i władcza, ale też trochę zagubiona, jeszcze pobudzona erotycznie, przeczuwa jednak nadchodzącą starość. W scenie z Hamletem, rozdarta pomiędzy miłością do niego, a strachem o własną przyszłość, prawdziwie przejmująca.

Przekonywująco funkcjonują na scenie Marek Kępiński – jako Polonius, Aleksander Janiszewski w roli Laertesa i Robert Żurek – Horatio. Wyraziście zaznaczają się w epizodach: Adam Mężyk – kapłan na pogrzebie Ofelii, Piotr Napieraj – kapitan i ambasador angielski, a także Grzegorz Pawłowski – Marcellus, Andrzej Siedlecki – Cornelius, Kornel Pieńko – Fortinbras, Paweł Gładyś – Guilderstern i Stanisław Brejdygant – Aktor.

Szekspirowski „Hamlet. Tragiczna historia księcia Danii” w realizacji Steve’a Livermore’a trwa na scenie bite 4 godziny i 15 minut. Być może ta jego wierność każdemu słowu w przekładzie Macieja Słomczyńskiego sprawia, że ogólne przesłanie jest tak mało klarowne.

Andrzej Piątek
Dziennik Teatralny Rzeszów
31 stycznia 2012

Książka tygodnia

W trzech zdaniach. Notatki z lat 2018-2019
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski

Trailer tygodnia

„Viva La Mamma" - reż....
Roberto Skolmowski