Hańba, Orestes i Beniowski

5. Festiwal Nowego Teatru w Rzeszowie

Do sobotniego finału czas krótki. Jak dotąd zaznaczyły się szczególnie „Beniowski. Ballada bez bohatera" Małgorzaty Warsickiej oraz „Orestes" Michała Zadary i „Hańba" Marcina Wierzchowskiego. Wszystkie są odczytaniami z pomocą współczesnych środków kreowania rzeczywistości scenicznej wielkiej literatury – Słowackiego, Eurypidesa i Coetzee'go. A udział muzyki i tekstów śpiewanych po części zaciera granicę między formą ściśle sceniczną i koncertem.

Warsicka w swoim spektaklu w Teatrze Nowym w Poznaniu spektakularnie skupia na takim współczesnym uczytelnieniu poematu żeby dzisiejszy szczególnie młody odbiorca nie miał z nim najmniejszych kłopotów. Tekst jest mówiony bez cienia romantycznego patosu. W zamian przekornie, miejscami bezceremonialnie i agresywnie. Zarazem jednak z szacunkiem dla kultury słowa i rytmu wiersza. Pięć młodych aktorek ubranych hardrockowo świetnie mówi Słowackim, porusza się na scenie, tańczy, śpiewa, rapuje, a trzy z nich grają na pianinie, flecie i elektrycznych skrzypcach. Czegóż trzeba chcąc wywołać euforię publiczności? Warsicka zrobiła przekaz „Beniowskiego" jakiego dotąd nie zrobił nikt, absolutnie różny od wizerunków akademickich, ocalając poezję. W spektaklu pozostaje czytelny i wyczuwalny – o dziwo!, nawet podstawowy przekaz Słowackiego o słowiańskiej fantazji, namiętności i wierze, że nie rozumem, ale sercem żyć trzeba. Który dla niego i u niego był wyzwaniem literackim. Gdzieś podskórnie są też duchy, wiedźmy, kurhany, konfederacja barska, pieśni pełne magii, dawne wierzenia, święte dęby i moc słowiańskiej duszy.

Zadara w „Orestesie" w Teatrze Centrala w Warszawie mierzy się sarkastycznie z otaczającym jego i nas światem posługując się dziełem starożytnym mówiącym dosadnie o polityce, zemście i przemocy. Od pierwszych scen widać, że Zadara ma problem z ostatecznym uczytelnieniem zawiłej i trudnej fabuły tego dzieła. By to przełamać skłania aktorów do używania języka potocznie współczesnego i sugerowania widzom, że przecież jest to tylko teatr. Trójka aktorów brawurowo wciela się w komentujący akcję rockowymi piosenkami antyczny chór i bohaterów starożytnej opowieści o zabójstwie matki przez dzieci, w zemście za to, że zabiła ich ojca, który z kolei też kogoś morduje. A żeby widzowie mieli mniej kłopotu z rozwikłaniem krwawej historii rodzinnej – czytaj społecznej, na ścianie jest wyświetlane drzewo genealogiczne rodu z plamami krwi przy imionach. W sukurs widzom przychodzi też lekkie, chwilami zabawne aktorstwo. To jednak sprawia – po części, że całej tej krwawej historii w sumie ktoś może nie potraktować serio. Przypomnieniem jednak, że nie jest to miejsce na żarty jest to, że na drzewie genealogicznym coraz to przybywa krwawych plam. Zderzenie tych dwu zjawisk wywołuje dwie krańcowe emocje. I w tym jest cała przewrotność Zadary. Bo tak naprawdę w jego opowieści nie miejsca na żarty. Chodzi o dopowiedzenie czegoś czego bywamy świadkami, albo sprawcami, mimowolnymi lub z premedytacją – nieważne, w zawiłym i oszalałym świecie, rozpolitykowanym, mściwym, w którym przemoc bywa czymś naturalnym. U Zadary fabuła jest taka, jak u Eurypidesa, ale kluczowe zdarzenia otwarte współcześnie.

W „Hańbie" Wierzchowskiego z Teatru Ludowego w Krakowie można dopatrywać się kwestii na czasie, czy człowiek, który postąpił krańcowo niemoralnie, może odzyskać twarz. Czy zhańbienie się wobec ludzi to to samo co hańba we własnych oczach? Tylko to drugie umożliwia odbudowanie siebie. Większość ludzi unika hańby, a jak już przydarzy im się coś nieodpowiedniego, szybko przepraszają, wydają oświadczenia pełne skruchy, choć jej wcale nie czują. W powieści Coetzee'go i spektaklu Wierzchowskiego taką osobą jest starzejący się profesor literatury, który nie żałuje swoich czynów, bez względu na to, jak były nieetyczne. Posługując się tym przypadkiem Wierzchowski daje nam przykład zhańbienia jako formy czynnika zewnętrznego, nie wewnętrznego, czyli etycznego. Tu czyha w spektaklu pułapka intelektualizowania, ale Wierzchowski zręcznie ją omija. Widzowie z ciekawością obserwują jak i kiedy, z jakich powodów główny bohater intelektualista przechodzi przez samo oczyszczenie. Uczestniczymy z nim w jego rozpaczy i bezradności. Świadomi, że mogą nas też dotyczyć. Może nie dosłownie, ale jednak. Wierzchowski perfekcyjnie gra na ludzkiej uczuciowości. Idealne też wykorzystuje przestrzeń sceniczną. Tak samo jak talent aktorów. Nawet kostiumy oddają ich samopoczucia. Kiedy odkrywamy w postaciach scenicznych ich winę sami musimy w sobie poszukać odpowiedzi o przyczynę.

Gospodarz festiwalu Teatr im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie zaproponował spektakl „Sprawiedliwi. Historia rodziny Ulmów" Beniamina M. Bukowskiego. O ratującej Żydów za niemieckiej okupacji podczas drugiej wojny światowej rodzinie Ulmów z Markowej spod Rzeszowa, niezachwianie moralnej i bezinteresownej. Opowiedziany kameralnie, bez narzucającego się patosu, zgrabnie, delikatnie, z subtelnym wyczuciem. Nie do podobania się i przeżywania estetycznego, raczej uruchamiającego emocje i potrzebę refleksji o tym, na co, na jakie czyny szlachetne potrafi zdobyć się człowiek, jeśli chce. A w podtekście, jaki jest, kim współcześnie bywa często, tak globalnie, jak na długość ręki drugiego człowieka.

Rzeszowski teatr wprowadził do festiwalowego programu też drugi swój spektakl „Lwów nie oddamy" Katarzyny Szyngiery. Wykorzystujący ekspansywnie współczesne polskie relacje z Ukrainą, nabrzmiałe od zaprzeszłych bolączek i nadwrażliwości. Szyngiera stworzyła spektakl wyrazisty, ocierający się o współczesną politykę dopuszczając modny na scenach ekshibicjonizm kiedy to aktorzy przerywają akcję, wyrażają własne poglądy w sprawie i poniekąd stają się stroną w sporze. Spektakl Szyngiery zrealizowany czytelnie, odważnie i świetny aktorsko ma prawo się podobać i być może ma również szansę spełnić istotną rolę w relacjach z Ukrainą.

W końcowej części festiwalu wiele można się spodziewać po przyjętym życzliwie przez recenzentów spektaklu „Kochanie, zabiłam nasze koty" Rafała Dziwisza, z udziałem studentów Akademii Teatralnej w Krakowie. A także po eksperymentalnym performancie Martyny Łyko „Veni Vidi VR", którym rozpoczyna swoją aktywność w rzeszowskim teatrze Scena Nowej Dramaturgii. Wernisaż swojego malarstwa, którego wystawa w teatralnym foyer i Parole Art Bistro w podziemiach teatru potrwa dłużej, zdoła jeszcze otworzyć wybitny ekspresjonista, Andrzej Folfas.

Andrzej Piątek
Dziennik Teatralny Rzeszów
23 listopada 2018

Książka tygodnia

Złoty garnek i inne opowiadania
Wydawnictwo Media Rodzina
E.T.A. Hoffmann

Trailer tygodnia