Hedda albo tęsknota za pięknem

"Hedda Gabler" - reż. Kuba Kowalski - Teatr Narodowy w Warszawie

Hedda Gabler jest stęskniona wzniosłości. Kiedy jej przyjaciel z lat minionych Eilert Lovborg (Mateusz Rusin) zamierza się zabić, Hedda dba tylko o to, aby ta śmierć była piękna. Gdy się okaże, że stało się inaczej, jej nadzieja, że w świecie można odnaleźć chwile wspaniałe, ostatecznie umiera. Dlatego sama wybiera śmierć.

Wśród dramatów Ibsena "Hedda Gabler" odznacza się pewną tajemniczością. W przeciwieństwie do większości jego sztuk ukazuje starcie indywidualności, a nie zderzenie problemów. Nic tu nie jest z góry przesądzone i od reżysera oraz aktorów zależy, w którą stronę potoczy się akcja.

Spektakl Kuby Kowalskiego unika łatwych kategoryzacji, kto jest kim. Ucieka też od jednoznacznego ujęcia akcji w konwencji realistycznej. Od samego początku pojawia się wiele sygnałów charakterystycznych dla symbolizmu czy postmodernizmu, paleta znaków, którymi malowana jest rzeczywistość teatralna, przekracza ramy realizmu psychologicznego. Wiktoria Gorodeckaja jako Hedda wydobywa z roli wiele tonów, nie pozwala widzowi nawet na chwilę nieuwagi. Czasem bywa katem, ale częściej ofiarą sytuacji, konwenansu, nawet własnych uprzedzeń.

Centralne miejsce na scenie zajmuje lekko przechylony fortepian, przy którym od początku do końca siedzi pianista. Rezyduje przy nim Hedda, która wiele scen rozgrywać będzie w swoistym partnerstwie z fortepianem i pianistą. Fortepian staje się dla niej schronieniem, sofą, sekretarzykiem. Wokół fortepianu krąży jak ćma, wabiona światłem, aby zginąć - to świetna rola, na wpół baletowa, a na wpół dramatyczna.

Tomasz Miłkowski
Przegląd
11 czerwca 2019
Portrety
Kuba Kowalski

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia

Artyści w spocie przec...
Andrzej Seweryn, Magdalena Boczarska,...