Hej, to ja, Zając Poziomka!

Tej persony nie trzeba przedstawiać

Zabawna i tryskająca optymizmem pacynka to postać, na której przygodach wychowały się pokolenia młodych widzów. W latach 80. i 90. ubiegłego stulecia Zając Poziomka był jednym z bohaterów programu telewizyjnego dla dzieci Tik-Tak oraz tytułową postacią w audycji Przygody Zająca Poziomki. Nagrano również radiową bajkę muzyczną Zając Poziomka wśród piratów, a piosenki, które wykonywał wspólnie z zespołem Fasolki, zostały uwiecznione na płycie.

Dziś jego sława może nieco przygasła, wciąż jednak trwa legenda. Imię Zająca Poziomki noszą między innymi przedszkola w Warszawie, Dąbrowie Górniczej i Chodzieży oraz kluby malucha w całej Polsce. Po scenariusze dawnych programów telewizyjnych nadal chętnie sięgają teatry amatorskie, utrwalając tym samym mit zająca – w Małopolskim Przeglądzie Teatrów Lalkowych rywalizacja toczy się o Wielką Nagrodę Zająca Poziomki. W 2013 roku ukazała się książka Ewy Chotomskiej i Andrzeja Marka Grabowskiego Zając Poziomka z nowymi przygodami znanego zwierzaka.

Kim zatem jest Zając Poziomka? Kto kryje się za tą postacią?

Ruch i głos niezapomnianemu Poziomce nadał niesłusznie zapomniany dziś aktor lalkarz Stefan Pułtorak. Artysta mieszka obecnie w Stanach Zjednoczonych i nie pracuje już w zawodzie, chętnie jednak wraca pamięcią do dawnej działalności.

Urodził się w 1943 roku w Łucku na Wołyniu. Po wojnie wraz z rodzicami repatriantami przybył na Ziemie Odzyskane i zamieszkał w Opolu, mieście, w którym polska tradycja lalkarska sięgała jeszcze międzywojnia. Dawny Teatr Kukiełkowy I Dzielnicy Związku Polaków w Niemczech reaktywował po wojnie jako scenę lalkową Teatru Ziemi Opolskiej Alojzy Smolka. Dziś to Opolski Teatr Lalki i Aktora im. Alojzego Smolki. Przyszły artysta jako dziecko oglądał w Opolu spektakle lalkowe. – Do dziś pamiętam „Szewczyka Dratewkę" z lalkami i dekoracjami Tadeusza Kantora. Wtedy również sam podjął pierwsze próby teatralne – obejrzane przedstawienia relacjonował i odgrywał w domu przed młodszym bratem, zbyt małym, by móc je zobaczyć na żywo. – Lalki wycinałem z papieru, z rozstawionych krzeseł i rozwieszonego na nich koca robiłem parawan. Nieraz reinterpretowałem obejrzane bajki, by nadać im więcej dramatyzmu. Chyba skutecznie, bo mój braciszek zalewał się łzami.

Po maturze Pułtorak stanął do egzaminów wstępnych na wydział aktorski warszawskiej PWST. Choć do Opola wrócił bez indeksu, nie dał za wygraną i zgłosił się do Teatru Ziemi Opolskiej, chcąc zostać adeptem sceny dramatycznej. Dyrektor Artur Gadziński skierował go jednak na scenę lalkową. Niedoszły wówczas aktor był niepocieszony. – Za to moja mama cieszyła się, że będę grał dla dzieci, a nie dla dorosłych. Mówiła: lekarz je leczy, a ty będziesz je bawił. Pod opieką Alojzego Smolki stawiał pierwsze sceniczne kroki, uczył się warsztatu oraz teatralnej hierarchii i obyczaju. Grał dużo i głównie w objeździe. Szybko doczekał się pierwszej głównej roli, tytułowego Pietrka w Tygrysie spod ciemnej gwiazdy Hanny Januszewskiej. W 1964 roku Pułtorak wziął udział w II Śląskim Festiwalu Teatrów Lalkowych w Opolu. Przy tej okazji poznał środowisko lalkarskie z całego kraju. Nawiązał kontakt między innymi z Henrykiem Rylem, który wkrótce zaangażował go do Teatru Arlekin w Łodzi.

W wielkim mieście wielkich przemysłów – włókienniczego i filmowego – młody lalkarz zachłysnął się blichtrem rozrywkowego życia. – W mieście dudniło od artystów. Cała bohema siedziała w Honoratce i w SPATiF-ie. Bez egzaminu można się było poczuć artystą. Teatr Arlekin wystawiał spektakle nie tylko dla dzieci, ale i dla dorosłych. Henryk Ryl dbał o utrzymanie ambitnego repertuaru i rozwój zespołu aktorskiego. Zapraszał do współpracy najlepszych kompozytorów i scenografów, a profesorów z Filmówki na konsultacje dla aktorów. – Ryl otaczał ojcowską opieką adeptów sztuki lalkarskiej, dzięki niemu można było naprawdę się czegoś nauczyć – wspomina Pułtorak, który za swoją najważniejszą rolę w tamtym okresie uważa Ślaza w Lilli Wenedzie Słowackiego w reżyserii Ryla.

W 1966 roku Stefan Pułtorak zdał egzamin eksternistyczny i stał się pełnoprawnym aktorem lalkarzem, a w 1970 roku przeniósł się do Teatru Lalka w Warszawie. Tu poznał scenografa Adama Kiliana. – Ta zna­jomość zaważyła na całym moim życiu artystycznym! W Lalce Pułtorak po raz pierwszy wystąpił w żywym planie. I to w tamtym czasie obudziła się w nim ambicja, by wyjść poza mury rodzimej instytucji. Wziął udział w pierwszej edycji organizowanego w Białymstoku Ogólnopolskiego Konkursu Solistów Teatru Lalek. – Mój przyjaciel z czasów łódzkich, późniejszy kustosz warszawskiego Muzeum Książki Dziecięcej, Alfred Mieczkowski napisał specjalnie dla mnie tekst. Turniej, bo taki tytuł miała sztuka, to dialogi kilku postaci: Rębajły, typowego sarmaty, jego antagonisty, smętnego gaduły don Pedra, Króla i Księżniczki oraz komentarze Narratora. Koncepcję inscenizacyjną monodramu opracował Adam Kilian. Na konkursie nie przyznano głównych nagród; pierwsze wyróżnienie przypadło Pułtorakowi. Bożena Frankowska, przewodnicząca jury, tak relacjonowała jego występ na łamach „Literatury": (...) spośród wszystkich uczestników Konkursu wyraźnie wybił się Stefan Pułtorak. (...) Pokazał niepomiernie zdumionym lalkarzom i zachwyconej publiczności, że w teatrze lalek aktor nie musi przesłaniać lalki, a lalka nie musi przesłaniać aktorskiej osobowości, jeśli wykształcony zawodowo i utalentowany aktor swą autentyczną aktorską osobowość manifestuje na scenie poprzez lalkę, a nie w rywalizacji z nią.

Turniej jako zwycięski spektakl festiwalu został nagrany dla telewizji i zaprezentowany w programie Jana Wilkowskiego. Wkrótce potem soliście zaproponowano udział w popularnym już wówczas programie Pora na Telesfora. Do głównego bohatera, dużego smoka Telesfora, dołączył oddany mu pod opiekę mały smoczek Teodor, animowany i dubbingowany przez Stefana Pułtoraka. W 1973 roku aktor przeniósł się do Teatru Guliwer. Zagrał tam między innymi w spektaklach Moniki Snarskiej– tytułową rolę w balecie Ludomira Różyckiego Pan Twardowski, Narratora w Słowie o wyprawie Igora, Króla Baryłkę w Porwaniu w Tiutiurlistanie, a także w przedstawieniu Jana Wilkowskiego Niełatwo być psem. – Janek po kilku próbach podziękował zespołowi i zaczął pisać wszystko od nowa. W obsadzie zostałem tylko ja w kilku rolach, w żywym planie z lalkami, przeistaczając się na oczach widza z jednej postaci w drugą. Wilkowski bardzo mnie wtedy skomplementował. Powiedział: ty jesteś na scenie jak ciasto – można z ciebie ulepić wszystko.

Równolegle rozwijała się kariera estradowa Pułtoraka. W sezonie letnim grał w całej Polsce kolejne wersje wciąż udoskonalanego Turnieju, później zrealizował – znów z Mieczkowskim i Kilianem – Papkinadę, kolejny monodram lalkowy, tym razem inspirowany komedią Fredry. Występował też w jednej z warszawskich kawiarni przy ulicy Marszałkowskiej w kabarecie dla dzieci i rodziców. Te lata wspomina jako swój złoty okres.

Coraz większą rolę w jego życiu zawodowym odgrywała telewizja. Postać Teodora rozwijała się i stała się pełnoprawnym partnerem tytułowego Telesfora. Praca w programie wiązała się z nowymi wyzwaniami zawodowymi. Trzeba było nauczyć się grania lalką przed kamerą – wymagała ona innej animacji niż scena: mniejszych ruchów z jednej i więcej szczegółów z drugiej strony. Nowością dla aktora była także praca z mikrofonem: – Trzeba było mówić, a nie krzyczeć, jak to nieraz robiło się w teatrze za parawanem. Leżeliśmy, często w bardzo niewygodnych pozycjach, na materacach. Z początku programy emitowano na żywo i na przygotowanie było niewiele czasu, później zaczęto je nagrywać. – Nagrywało się po kawałku i montowało, co też stało się uciążliwe, bo nagrania ­przeciągały się często w nieskończoność.

Początki pracy w telewizji to dla aktora także spotkanie z Hubertem Antoszewskim. – Telesfor był jego popisową rolą. „Kuba", jak go nazywano, był pionierem w łączeniu animacji i dubbingu w warunkach telewizyjnych. Był wymagającym partnerem i wytrawnym animatorem. W 1976 roku twórców Pory na Telesfora nagrodzono Złotym Ekranem, a w 1978 roku zmarła nagle Wanda Szerewicz, autorka Pory... – Rodzina i spadkobiercy nie wyrazili zgody na dalszą produkcję. To oznaczało koniec programu.
W 1979 roku Stefan Pułtorak odszedł z Teatru Guliwer i już nie zaangażował się do żadnego innego. Odnowił współpracę z telewizją, biorąc udział w programie Tik-Tak, w którym stworzył postać Zająca Poziomki. – Dostałem dobry tekst, świetną lalkę, mogłem popisać się animacją, wymyślić głos postaci. Myślę, że to była moja najlepsza postać w telewizji. Zając zdobył ogromną popularność, wykraczającą poza sławę samego Tik-Taka. Otrzymał na antenie własny program: Przygody Zająca Poziomki. Gościnnie pojawiał się w wieczorynkach. Aktor wystąpił również w słuchowisku Zając Poziomka wśród piratów i na płycie z piosenkami Fasolek. Głos Poziomki stał się bardziej znany niż sama lalka zająca.

Wraz z popularnością Poziomki przyszła propozycja z innego programu dla dzieci, Domowego przedszkola, w którym Pułtorak stworzył postać Krasnala Hałabały. Wiązało się to z licznymi nagraniami terenowymi, krasnal bowiem opowiadał o różnych ciekawych miejscach w Polsce. Aktor polubił tę postać głównie dlatego, że nie miała ustalonego wcześniej tekstu. Producenci narzucali pewne ramy, w których można było improwizować.

W karierze Stefana Pułtoraka, który zawodu uczył się w zespołach teatralnych, najważniejsza jednak stała się telewizja i działalność solowa na estradzie. Oprócz satysfakcji telewizja zapewniała aktorowi dobre zarobki. Dzięki niej mógł realizować wiele własnych pomysłów w teatrze lalkarza solisty. – Wszystkie moje samodzielne produkcje artystyczne finansowałem z własnej kieszeni. Muszę jednak przyznać, że to, co najcenniejsze, wsparcie artystyczne – teksty Alka Mieczkowskiego i scenografię Adasia Kiliana – otrzymałem za darmo.

Do końca lat 90., kiedy Stefan Pułtorak zakończył karierę artystyczną, oprócz telewizji wciąż występował na estradzie. Dziś na lata pracy spogląda z dystansu czasu i odległości – mieszka bowiem za oceanem.

Niewielu Polaków pamięta aktora, choć na hasło „Krasnal Hałabała" lub „Zając Poziomka" wiele osób przypomina sobie jego głos. To poruszające świadec­two losu lalkarza, który nieraz pozostaje w cieniu postaci, jaką wykreował.

– Nie koziołek, nie biedronka,/ Lecz to ja, Zając Poziomka!/ Oczy, uszy, zęby dwa./ Hej, Poziomka! Hej, to ja!

Edyta Januszewska
Teatr Lalek
18 kwietnia 2017

Książka tygodnia

Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie
Wydawnictwo Marginesy
Joanna Kuciel-Frydryszak

Trailer tygodnia