Helver i Karla

"Noc Helvera" - reż. Małgorzata Bogajewska - Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi

To dosłownie ostatni moment, aby ta stosunkowo często grywana, jedna z pierwszych napisanych przez Ingmara Villqista sztuk, brała udział w naszym Konkursie. Jesienią, 13 listopada, minie dwadzieścia lat od jej prapremiery, którą pewnie mało kto widział.

Jak wspominał po latach autor w jednym z wywiadów, pokazano ją zaledwie raz, w jego reżyserii, pod firmą Teatru Kriket w Królewskiej Hucie, w malarni Teatru Śląskiego w Katowicach. Z Robertem Stefaniakiem i Izabelą Walczybok jako Helverem i Karlą. "Jeden jedyny raz pokazaliśmy Noc Helvera. I to był przełom, wkroczyłem do profesjonalnego teatru. Po dwóch miesiącach pracowałem nad Nocą Helvera z Markiem Kalitą i Magdą Kutą w Teatrze Studio w Warszawie, a potem przenieśliśmy się do Rozmaitości. To był moment przejścia na drugą stronę, wejścia w teatr. A kto raz wejdzie do teatru, już nie ma wyjścia." - mówił wtedy autor.

W trzy miesiące po tej czerwcowej premierze w Teatrze Studio, we wrześniu w Teatrze Powszechnym w Warszawie Zbigniew Brzoza dał swoją premierę "Nocy Helvera" z Krystyną Jandą i Sławomirem Packiem. Miesiąc później Paweł Łysak pokazał swoją w Teatrze Polskim w Poznaniu z Katarzyną Węglicką i Michałem Jarmickim. A przed świętami Bożego Narodzenia 2000 roku w Teatrze im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie Wojciech Zeidler wypuścił własną wersję przedstawienia z Barbarą Napieraj i Robertem Chodurem, jako część spektaklu granego wspólnie z "Oscarem i Ruth". Po bez mała dwudziestu latach od tamtych premier, po przedstawieniach między innymi w Teatrze Słowackiego w Krakowie w 2001 w reżyserii Barbary Sass, po autorskiej realizacji Ingmara Villqista w krakowskiej Bagateli (2011), po premierze w Teatrze im. Stefana Jaracza w Olsztynie w reżyserii Giovanniego Castellanosa w 2017 także łódzki Teatr im. Stefana Jaracza włączył dramat do swojego repertuaru. Spektakl przygotowany przez Małgorzatę Bogajewską, który od ubiegłej jesieni grany był w formie "pokazów otwartych", miał swoją premierę w styczniu 2019 roku.

Przez dwadzieścia lat wystawiania "Nocy Helvera" okazało się, że utwór mówiący o wielorakim zagrożeniu jest nie tylko ciągle bardzo żywy i aktualny, ale jednocześnie staje się także coraz bardziej uniwersalny. Skonstruowany nader solidnie w oparciu o klasyczną zasadę "trzech jedności" jest przy tym na tyle otwarty, że pozwala realizatorom na rozmaite traktowanie zarówno dwójki bohaterów, jak i otaczającej ich rzeczywistości. A jednocześnie, na przekór klasycznej solidności, w tej kameralnej, krótkiej sztuce Villqista, istnieje wiele znaków zapytania. Wiele niejasności i pułapek. Wiele miejsc na dopowiedzenia, albo na wzbudzanie kolejnych wątpliwości. Zaczynając od pułapek zastawionych na bohaterów. Trzydziestolatków jak czytamy w didaskaliach. Co ich łączy poza wspólnym mieszkaniem, skoro jednocześnie tak wiele ich dzieli. W jakich okolicznościach zaistnieli razem w życiu? Jakie są relacje miedzy nimi? Czy Karla to bardziej przybrana matka Helvera, czy partnerka życiowa. A może jedno i drugie. Oczywiście o wielu sprawach, relacjach, wspólnych historiach jest mowa w dialogach. Stamtąd wiemy skąd w życiu Karli wziął się Helver. Dlaczego wcześniej Karla oddała swoją niepełnosprawną córeczkę. W jakich okolicznościach odszedł od niej mąż. Jakich rad udzielał miejscowy pastor. Ale czy wymuszone przez Helvera na Karli kuchenne musztry wojskowe to jakieś desperackie przygotowanie na wypadek nie zdefiniowanego przecież zagrożenia, czy zakamuflowany obrzęd erotyczny. A może jedno i drugie. Wiele rzeczy w tym utworze jest na pograniczu niedopowiedzenia i nierozwiązywalności.

O ile w wieloletniej tradycji wystawień dominował raczej dramat matki i przybranego (w zastępstwie za utraconą córkę) syna, o tyle w najnowszej, łódzkiej wersji, mamy do czynienia z parą równolatków. Milena Lisiecka i Mariusz Słupiński, czyli Karla i Helver mogliby pewnie chodzić do tej samej klasy. Jest to zatem tragedia ludzi, którzy dość przypadkowo znaleźli się we wspólnym życiu. Choć - jak to często u Villqista bywa, a za nim i u Bogajewskiej - w skrzętnie skrywanych szczegółach coś jednak się wyjaśnia. Choćby to, że znaleziony przez bohaterkę na ławce samotnie siedzący Helver przypomina męża Karli. Bowiem "on ma taką brodę" jak mąż Karli ze wspólnego zdjęcia, o czym w pewnym, dramatycznym zresztą dla przedstawienia momencie, mówi Helver. Łódzcy aktorzy pokazali wiele cech granych postaci, Karli i Helvera, ale także dużo tym postaciom dali. W ich scenicznych bohaterach sporo, czy nawet większość z tego co ich na scenie wypełnia, co determinuje, co nimi kieruje, rozgrywa się na poziomie emocji. Emocji, które z jednej strony są silną emanacją świata zewnętrznego, ale jednocześnie próbują ten świat po swojemu przetworzyć. Dlatego w emocjonalnym dialogu tylko niektóre słowa są ważne. Ważniejsze od nich wydają się: dynamika, rytm, ekspresja. Może właśnie ekspresja najwięcej mówi. Ci bohaterowie zachowują się często tak, że im bardziej na siebie jako postacie krzyczą, tym bardziej wydają się sobie bliscy.

Reżyserka tego przedstawienia Małgorzata Bogajewska usytuowała pokój bohaterów na wyspie otoczonej z trzech stron fosą, rowem wypełnionym wodą. Widzowie muszą uważać podczas wchodzenia na salę, aby tam nie wpaść. Zajmowany przez bohaterów pokój wydaje się tymczasowy, przejściowy. Jakby pływający na tratwie. Dom zawieszony między brudami i odpadami płynącymi fosą, a narastającym hałasem ulicy. Helvera jak wiadomo początkowo wciągał ten dawny faszyzujący porządek czy ten dzisiejszy radykalny koszmar ulicy. Karlę przerażał, ale jeszcze bardziej przerażała ją wizja, że nie będzie potrafiła uratować Helvera, który jako słabszy, psychicznie niepełnosprawny, będzie jedną z pierwszych ofiar systemu. Doświadczeni Milena Lisiecka i Mariusz Słupiński potrafili ze swych postaci wydobyć wszystkie szepty i krzyki. Myślę, że są na tyle otwartymi aktorami, że ich postacie nasycone są tajemnicami, pytaniami i takimi emocjami, za którymi kryje się więcej, niż widać i słychać. Łódzkie przedstawienie nie pozostawia złudzeń, że publiczność wraz z aktorami, słowem, że wszyscy żyjemy w czasach zagrożenia. Ale jest w tym przedstawieniu coś więcej, niż taka oczywista refleksja. Wydaje się, że najtrudniejsze jest nie to, co może przynieść świat zewnętrzny, bo znacznie trudniejsze jest to, co rodzi się w nas samych. Co nas degraduje, niszczy, unicestwia. Co nas prowadzi do autentycznych dramatów.

Andrzej Lis
e-teatr.pl
23 marca 2019

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...