Henryk Talar w bielskiej katedrze: Zawarłem pakt z Panem Bogiem

Rozmowa z Henrykiem Talarem

Nie ma aktora, nawet najwybitniejszego, któremu zadając to pytanie, usłyszy Pan - tak, jestem spełniony, moje marzenia się spełniły. Bo albo te marzenia były płytkie, albo to spełnienie jest wątpliwe. Dlatego do końca życia będę niespełniony i czujny na to, co jeszcze przede mną.

Z Henrykiem Talarem, aktorem, reżyserem, dyrektorem teatrów rozmawia Wojciech Małysz.

Wojciech Małysz: Rozmawiamy w nietypowym miejscu, w zakrystii katedry św. Mikołaja, przy okazji pokazu spektaklu "Prymas Hlond", w którym zagrał Pan tytułową rolę. A niedawno widziałem Pana w filmie "Kler", który wielu uznało za atak na Kościół. Nie wahał się Pan przed przyjęciem roli w "Klerze"?

Henryk Talar: - Nie, nie wahałem się. Bardzo cenię reżysera "Kleru" Wojciecha Smarzowskiego. Uważam, że to jeden z najwybitniejszych twórców polskiego kina, więc przystąpiłem do mojego epizodycznego zadania. Natomiast po obejrzeniu filmu mogę powiedzieć: tak też bywa. Ze strony reżysera był to obraz jednoznaczny, w moim patrzeniu na rzeczywistość - obraz możliwy, ale niekoniecznie jednoznaczny. Mnie najbardziej fascynuje postać grana przez Joannę Kulig, jej męki - to wielka rola. A pozostałe obrazki - może tak być, ale znam też inne sytuacje. Zaś wracając do pytania: aktor, który przestaje być aktorem, a zostaje oceniaczem, nie ma szans na wydobycie z siebie czegoś osobistego.

Urodził się Pan w Kozach.

- Dokładnie w Kozach Gajach.

Mieszkał Pan tam?

- Nie, mieszkaliśmy przy Lermontowa w Bielsku-Białej. Wtedy mówiliśmy, że przy Lermontowej, bo bardziej kojarzyliśmy tę nazwę z montowaniem niż z wielkim pisarzem. Powyżej był cmentarz żydowski, obok Rynek Sienny, na którym co tydzień koczowali Cyganie. Przed naszymi oknami ruszała budowa Befy i zaplecza PKS-u. Dwa kroki dalej było boisko KS Włókniarz. A przyjazdy do Kóz, do domu dziadków, zawsze były świętem. Opowiem coś Panu: zjeżdżaliśmy kiedyś z kojegą na sankach ulicą. Za nami jechał czarny samochód - opel. W końcu się wywróciliśmy. Z samochodu wyłoniła się jakaś wielka czarna postać w sukience, zaczęła za mną biec, aż w końcu mnie dorwała. Tłumaczę, że to nie ja, że to kolega, ale patrzę, a mój przyjaciel Staś Bednarczyk już dawno uciekł. A ja dostałem w tyłek. Zbił mnie ksiądz Franciszek Macharski, który był wtedy wikarym w Kozach.

No to już rozumiem, czemu Pan zagrał w antykościelnym filmie. A poważnie - przyjeżdża Pan jeszcze czasami do Kóz?

- Ależ bywam w Kozach regularnie! Gdy tylko jestem w Bielsku-Białej czy w Szczyrku - na co dzień mieszkam w podwarszawskim Komorowie - odwiedzam też rodzinę w Kozach, idę na cmentarz, gdzie spoczywają moi bliscy. A przyjeżdżając tutaj zawsze myślę, że udowodniłem, iż chłopak z Kóz ma te same prawa co warszawianin czy paryżanin. I chcę to wyraźnie powiedzieć młodym ludziom w Kozach, którzy może martwią się o swoją przyszłość, może mówią: mnie się nie uda. Uda ci się! Dlaczego ma się nie udać, jak Talarowi się udało?

Pomogli Panu ludzie, których spotkał Pan na swojej drodze?

- Oczywiście, że tak. Gdyby nie te spotkania, gdyby nie ci ludzie - kto wie, w jakim miejscu byłbym teraz. Od początku: przedszkole przy ulicy Wyzwolenia w Bielsku i pani Roni i k, Szkoła Podstawowa nr 11 przy ulicy PKWN i pani Bronisława Wójcik - zresztą także z Kóz, ksiądz Gi-żyński w kościele w Białej, Technikum Mechaniczno-Elektryczne przy ulicy Słowackiego i profesorowie Henryka Wilczyńska, Tadeusz Lubowski, Henryk Bydliński, Leopold Janik, pan Mazurkiewicz, "Jezusek", i "Golem" - nazwiska niestety się zatarły... Dom Kultury Włókniarz - pani Elżbieta Lach i Asia Kwiatkowska, klub piłkarski Beskid - trener Franek Zygmunt. I Teatr Polski - Mieczysław Górkiewicz, Henryk Giżycki, Rudolf Łuszczak, Robert Mrongowius, Mieczysław Dembowski, Ryszard Paluch, Tadeusz Kochański. Oraz setki innych dusz.

To dlaczego obraził się Pan na Podbeskidzie i 50-Iecie pracy artystycznej z pompą obchodził w Częstochowie?

- Nie obraziłem się. Zresztą to już czas zapomniany.

Nie dla wszystkich. Bielszczanie - sam to od nich słyszałem - chcieli osobiście zobaczyć człowieka, który reprezentuje ich przez 50 lat w teatrze, filmie, telewizji, radiu. A tymczasem ogólnopolskie media to Pana 50-lecie wiązały wyłącznie z Częstochową. O bielskim epizodzie w ogóle nie wspominano. Jeszcze raz pytam - dlaczego Częstochowa, a nie Bielsko-Biała?

- No dobrze, powiem panu. Na rok przed tym moim 50-leciem zasugerowałem, żeby ta uroczystość odbyła się w najmilszym mojemu sercu budynku w Bielsku-Białej. Nawet podałem konkretne propozycje repertuarowe. Pouczono mnie wówczas - może słusznie - że doświadczony dyrektor powinien pamiętać, że repertuar w teatrze planuje się z większym wyprzedzeniem. Ale w prawdziwie bojaźliwe drżenie wprowadził mnie akapit pisma, że dyrekcja nie rozważa podjęcia tej myśli "również z powodu ograniczeń finansowych". Jakie mogły być "inne powody" postanowiłem nie domyślać się. Kompleksy też czasem uwierają. Teatr w Częstochowie "ograniczeń" nie widział i skorzystał na tym i artystycznie, i finansowo.

Nie było delegacji z Bielska-Białej na tej uroczystości?

- Nie. Ale za to przyjechało kilkoro przyjaciół z Podbeskidzia.

Częstochowa godnie uhonorowała swojego byłego szefa teatru. Wydano książkę, nakręcono dokumentalny film.

- Spektakl, który przygotowaliśmy z częstochowskimi artystami, stał się wydarzeniem na ogólnopolską miarę. Naszego Różewicza graliśmy nie tylko pod Jasną Górą.

Ale nie dotarli Państwo z tym przedstawieniem do Bielska-Białej?

- Też żałuję. Byliśmy w Gdańsku, Warszawie, Krakowie... Mieliśmy też zaproszenie z Kóz, ale z powodów organizacyjnych nie udało się tego zrealizować.

Mówi Pan z goryczą o tej swojej bielskiej nieobecności.

- Bo drażni mnie w bielskich decydentach stawianie w roli przeciwników tych, którzy mają inne zdanie. Nie osiągnięcia, nie wartość jest ważna, a służalcza podległość. Jest to dokuczliwe, ale jednocześnie krótkowzroczne, bo zawsze kończy się przegraną tych, którzy stosowali lub stosują zasadę "nikt nie może być lepszy ode mnie".

Można konkretniej?

- Ponad 20 lat temu, kiedy dyrektorowałem w Teatrze Polskim wraz z moją wybitną zastępczynią Sabiną Muras, w miejscu teatralnej stolarni powołaliśmy do życia kameralną scenę - "Stalarnię". Nie jestem dziś pewien, kto wymyślił tę nazwę - albo Michał Pinis albo Cezariusz Chrapkiewicz.

Tam gdzie teraz jest Mała Scena.

- Właśnie tak. Przez lata była to "Stalarnia". Komuś (?) nazwa kojarzyła się zapewne wyłącznie z Talarem i napis na budynku zatarto. Koledzy techniczni mówią, że prowizorycznie zamazali "Stalarnię", bo "prawda czasu, prawda ekranu". Na szczęście coraz więcej jest tych, którzy szukają prawdy, w których odzywa się potrzeba wypowiadania się we własnym imieniu...

W Bielsku-Białej dyrektorował Pan tylko przez dwa lata. Dlaczego tak krótko?

- Też sobie zadawałem to pytanie. Dlaczego właśnie w Bielsku było najpłycej? Byłem samotny pod względem artystycznym, chociaż zrobiliśmy kilka wybitnych przedstawień, chociażby "Mistrza i Małgorzatę". To, że się nie udało, było również moją winą: chciałem ożywić bielski teatr tym samym sposobem, w jaki udało mi się to zrobić w Częstochowie. Pominąłem etap rozmowy z ludźmi, nie porozmawiałem z każdym indywidualnie, nie wytłumaczyłem, jakie musimy ominąć przeszkody. Teatr był wtedy w remoncie, były trudności techniczne, zespół się niecierpliwił i ja też byłem mało cierpliwy. Ale z perspektywy czasu wiem, że nie mogło być inaczej, nie doszlibyśmy do porozumienia. Trochę z goryczą to mówię, ale nie potrafiłem przekonać innych do swoich racji. Nie uważam tych dwóch lat za stracone, ale niekonieczny był ten mój powrót do domu. Po półtora roku już wiedziałem, że się nie uda. Sam zaproponowałem odejście, nikt mnie stąd nie wyrzucał. Zaczęło się deptanie kapusty w tej samej beczce...

Najtrudniej być prorokiem we własnym kraju. Na bielskiej scenie Pan zaczynał, tu się zaczęła Pana miłość do teatru.

- Więcej - ja na tej scenie zawarłem pakt z Panem Bogiem. Byłem wtedy maszynistą sceny i zostałem na noc w teatrze, bo nie chciało mi się wracać na Lermontowa. I powiedziałem wtedy Bogu: spraw, bym został aktorem, jestem gotów grać za darmo. Co prawda tej obietnicy nie dotrzymałem...

Nie poddał się Pan po tym, jak za pierwszym razem nie dostał się do szkoły aktorskiej.

- Nie wiem, skąd miałem siłę. Może z marzenia? A może - skoro wspominamy tę podbeskidzką przeszłość - zdecydowało to, że w moim sercu i głowie pozostał na trwałe ten koziański czas. Szemrzący strumyk koło domu dziadków, pierwsze pstrągi, które łowiliśmy z wujem Tadeuszem, pierwsze bójki z moim przyjacielem Stanisławem. Może to wszystko złożyło się na moją pewność siebie. Rejterada była ostatnim elementem mojego życiorysu i tak jest nadal. Za to jest chęć udowodnienia, że uda się, że mogę. Inna sprawa, że nigdy nie wychodzę na ten życiowy ring nieprzygotowany. I jeszcze muszę mieć intuicyjną pewność, że to jest to, co chcę robić. Ktoś mnie kiedyś pytał, po czyich śladach idę. Nie wiem, zawsze byłem i chyba pozostanę indywidualistą, chcę się wypowiadać we własnym imieniu.

Teatr jest dzisiaj inny niż kiedyś?

- Jest coraz więcej rechotu. Nie wiem gdzie jest jakaś twórcza przyjemność w wypowiadaniu tych niby - podkreślam niby - śmiesznych kwestii. 50 lat temu wchodziłem do zupełnie innego teatru. Dopełnienie między aktorem a widzem następowało poprzez wielką literaturę. A teraz czasami wchodzę na scenę i widzę, że ludzie czekają na dowcip, na rechot właśnie. Cieszę się, że mój czas minął w dobrym towarzystwie, w towarzystwie najwybitniejszych.

Używa Pan czasu przeszłego, a ja chcę zapytać o aktorskie marzenia.

- Nigdy nie miałem marzeń aktorskich. Aktor może sobie marzyć i do końca życia pozostanie z tym marzeniem. Tu trzeba konkretnej propozycji. Kiedy już taką otrzymałem, to marzyłem by zagrać tak, jak nikt inny by nie zagrał. Poprzez własną osobowość, myślenie, odczuwanie. Wie Pan, kiedy byłem początkującym aktorem, zaprosił mnie na wódkę Zbigniew Zapasiewicz, który już wtedy był wielkim artystą. Powiedział mi: "Pamiętaj, że wszyscy^ siusialiśmy w majty". Dzisiaj powtarzam to moim studentom: nie idzie o to, by być drugim Talarem, Englertem albo Radziwiłowiczem. Idzie o to, by każdy był w najlepszy w swojej indywidualności, by zaznaczył swoją osobowość.

Czuje się Pan spełniony?

- Zagrałem tych ról niemało. Jak na chłopaka z Kóz, który dopiero za drugim razem dostał się do szkoły aktorskiej, jak na oczekiwania, jakie miał ten chłopak - to mógłbym powiedzieć, że tak. Ale nie ma aktora, nawet najwybitniejszego, któremu zadając to pytanie, usłyszy Pan - tak, jestem spełniony, moje marzenia się spełniły. Bo albo te marzenia były płytkie, albo to spełnienie jest wątpliwe. Dlatego do końca życia będę niespełniony i czujny na to, co jeszcze przede mną. Cokolwiek robię - robię tak, jakbym był początkującym aktorem, jakbym nic nie wiedział. A nie - jestem najwybitniejszy, uczcie się ode mnie. Powtarzam sobie: jestem aktorem i tylko aktorem.

A jakie perspektywy na Nowy Rok?

- Po staremu karczuję w "Leśniczówce", czyli serialu TVP. Przygotowuję się do "Indyka" Mrożka w telewizji. Myśli krążą wokół "Fausta" z Leszkiem Mądzikiem. Jest propozycja, żebym zagrał i Fausta, i Mefisto. Jest w tym pomyśle coś twórczego i wielkiego, czy uda się to zrealizować - zobaczymy.

A na pierwszy tydzień lutego białostocka "Zemsta" w Pana reżyserii jedzie do Indii na festiwal teatralny. Pan także?

- Może lepiej o tym nie wspominać -jeszcze się nie zaszczepiłem.

___

Henryk Talar – urodził się 25 czerwca 1945 w Kozach. Aktor teatralny, filmowy, telewizyjny, dubbingowy i radiowy, reżyser teatralny, dyrektor teatrów, Aktor teatrów: Dramatycznego w Szczecinie (1969-70), im. W. Bogusławskiego w Kaliszu (1970-73), warszawskich: Ateneum (1976-82; 1985-97), Studio (1982-85). W l. 1994-97 był dyrektorem nacz. i art. Teatru im. A. Mickiewicza w Częstochowie, 1997-99 dyrektorem nacz. i art. Teatru Polskiego w Bielsku-Białej.

Wojciech Małysz
Kronika Beskidzka
27 grudnia 2018
Portrety
Henryk Talar

Książka tygodnia

Niebieska Księga z Nebo
Wydawnictwo Pauza w Warszawie
Manon Steffan Ros

Trailer tygodnia

Napój miłosny
Jitka Stokalska
Opera na Zamku w Szczecinie zaprasza ...