Historia pewnego zera

"Woyzeck" - reż. Mariusz Grzegorzek - Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie

Przed premierą "Woyzecka" Büchnera reżyser Grzegorzek zagadnięty o film Herzoga był bezkompromisowy. "Uważam jego "Woyzecka" za absolutnie beznadziejny film. "Woyzeck" Herzoga to "Woyzeck" Büchnera, gdyby Büchner miał kamerę. Miażdżąc film, Grzegorzek w istocie miażdży literacki oryginał

Ludzie są różni, natura tego chce. Ludzie są różni, różne mają ciała. Truizm? Rzecz jasna, lecz dobrze jest o nim nie zapominać, mądrze jest się z nim pogodzić i nie cudować. Czy zdrowy na umyśle projektant mody, mając do dyspozycji 120-kilogramową damę o wzroście metr czterdzieści, wciśnie ją w stringi, w biustonosz wielkości dwóch naparstków - i bosą na wybieg pośle? Czy normalny trener koszykówki puści w bój ważące 45 kilo, dygoczące metr pięć w kapeluszu i okularach minus 5 dioptrii? Podobnie z literaturą. Słyszał kto, by przeciętnie rozgarnięty porucznik zagrzewał żołnierzy do boju recytacją "W malinowych chruśniaku" Leśmiana? Widział kto list miłosny, w którym przytomny Romeo uczucie swe Julii wyznaje fragmentami "Końcówki" Becketta? Ze słów, intonacji i rytmów ulepionym "ciałom" opowieści należy pozwolić być sobą. Nie wolno cudować. Wypada po prostu być w zgodzie z ich naturą. Przed premierą "Woyzecka" Büchnera reżyser Grzegorzek wyznał nadzieję, iż dzieło jego okaże się "szatańskim cyrkiem". Przepraszam - czym?!

Zagadnięty o film Herzoga, Grzegorzek był bezkompromisowy. "Uważam jego "Woyzecka" za absolutnie beznadziejny film. (...) To jakiś wybrak. Ja tego filmu kompletnie nie rozumiem". Oczywiście - ma prawo, jak każdy, by mu się coś podobało lub nie. Zostawmy więc dysputę o smakach, zwłaszcza że przecież to nie Grzegorzek, a sam Bóg ponosi winę za sparciałe podniebienie Grzegorzka. Co decyzją Niebios na amen strupieszałe, tego na Ziemi ożywić nie sposób. Porzućmy więc jałowy trud, jest inna ciekawostka. Jest pytanie: Co tak naprawdę rzekł Grzegorzek, gdy miażdżył Herzoga?

Związek pomiędzy Büchnerem a Herzogiem jest związkiem idącym daleko, bardzo daleko, do spodu, do wnętrza żył. Tej prawdy nie da się ominąć. Jest tak, jakby, w różnych czasach żyjąc, ciemności świata jednym okiem widzieli tego samego dnia lub nocy, jakby, na samotność ludzkich strzępów patrząc, ta sama melodia w ich gardłach, co są jednym, powstawała - ta sama melodia cierpka, w tej samej czystej intonacji, unosząca te same, w takim samym twardym rytmie ułożone słowa. Identyczne podniebienia, identyczne surowe czułości, identyczna dyskrecja opowieści. Ta paradoksalnie nieludzko doskonała symbioza, lustrzane odbicie - wciąż zadziwia. Znów obejrzałem dzieło Herzoga, kolejny raz przeczytałem sztukę Büchnera. I co? Mam do powiedzenia tylko to, co kiedyś napisał Emmanuel Carrere.

"Woyzeck Herzoga należy uznać nie za jeszcze jeden wzorzec literackiej adaptacji, lecz za dowód reinkarnacji, za przykład awataru wielkiego dzieła literackiego. Do tego, co stworzył Büchner Herzog niczego nie dodaje, ponieważ jego wrażliwość jest identyczna z wrażliwością Büchnera. Opowiada on dokładnie tę samą historię i w taki sam sposób, ponieważ do tej historii nie można niczego dodać, ponieważ ta tragedia wydaje się jedyną jaka warta i godna jest tego, aby ją opowiadać".

Tak, "Woyzeck" Herzoga to "Woyzeck" Büchnera, gdyby Büchner miał kamerę. Miażdżąc film, Grzegorzek w istocie miażdży literacki oryginał. W istocie wrzeszczy: "Uważam tę sztukę za absolutnie beznadziejny tekst!". To miażdży, to wrzeszczy, tylko nie wie o tym. Nie dziwota - sparciałe podniebienia rodzą ciemnotę. Poza tym, artyście o sparciałym podniebieniu "cyrk" i "szatańskość" łatwo przychodzą. I bez znaczenia dla artysty tego jest, że z serwowaną przezeń w Starym Teatrze tandetną szatańskością i cyrkowym burdelem, z tym litym scenicznym wybrakiem - "Woyzecka" nie łączy nic. Zero.

Paweł Głowacki
Dziennik Polski
17 lutego 2014

Książka tygodnia

Trojanki Jana Klaty
Wydawnictwo Universitas
Olga Śmiechowicz

Trailer tygodnia