Hiszpańska droga do wolności

„Los Endemoniados/Biesy", reż. Marcin Wierzchowski, Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu

Ideały związane z wolnością i równością przyświecały wielu narodom po II wojnie światowej, które nie zgadzały się na powojenny podział świata i powstałą strefę wpływów. Wśród nich znajdowali się też Hiszpanie, walczący z terrorem frankistów. „Los Endemoniados/Biesy" opowiada o ich zmaganiach i drodze do wolności.

Reżyser Marcin Wierzchowski odwołuje się do historii hiszpańskiej grupy teatralnej z lat 70., która sprzeciwiała się rządom generała Franco. Premiera „Biesów" w ich wykonaniu jest tylko pretekstem do rozmów o wolności i walce o prawa. Wierzchowski próbuje zrekonstruować atmosferę prób do spektaklu i motywację hiszpańskich artystów, którzy zginęli w pożarze w niewyjaśnionych okolicznościach.

„Biesy" w Teatrze im. Jana Kochanowskiego w Opolu mają więc w sobie cechy dokumentu – twórcy starają się zrozumieć emocje bohaterów tego dramatu i stworzyć chronologiczny ciąg zdarzeń. Zgłębianie natury i ludzkich zachowań już wcześniej fascynowały Wierzchowskiego. Podobne próby podejmował on w „Sekretnym życiu Friedmanów" (Teatr Ludowy w Krakowie, 2016), w którym próbował odwzorować emocje członków rodziny oskarżanej o pedofilię. W „Biesach" Wierzchowski również bazuje na prawdziwych wydarzeniach, postaciach i rozbudowuje je o kolejne wątki.

Na scenie pokazywana jest brutalność hiszpańskich faszystów, którzy prześladują i mordują opozycjonistów nawet za niewielkie przejawy buntu. Podczas rządów Franco każda czynność wydaje się być umotywowana politycznie i wykonywana z myślą o państwie. Obrazuje to scena, w której aktorzy jednogłośnie i bezmyślnie recytują definicje-klisze o wielkości Hiszpanii – musieli się ich nauczyć na pamięć w szkole. Wszystko jest przesiąknięte polityką, sztuka także. Z tego powodu Wierzchowski wykorzystuje próby do „Biesów" do snucia szerszej opowieści: nie tylko o hiszpańskich artystach żyjących w erze Franco, ale także o atmosferze społeczno-politycznej tego okresu, tak bliskiej przemianom toczącym się równolegle w PRL. W Hiszpanach, tak samo jak w Polakach, rozwijała się ogromna potrzeba buntu i wolności.

Scenografia (Anna Maria Karczmarska) jest funkcjonalna, podąża za historią opowiadaną na scenie. Na podłodze narysowane są policyjne, białe kontury ciał hiszpańskich artystów, wieszczące ich przyszłe losy. Elementami dekoracji są również fortepian, sofy i kilkanaście białych krzeseł, na których siadają bohaterowie; wykorzystują oni elementy scenografii do swoich celów. Scena jest dwuczęściowa – w drugiej części spektaklu odsłaniana jest dodatkowa przestrzeń, w której odbywają się protesty i ma miejsce zakończenie spektaklu; takie zabieg poszerza zasięg opowieści.

Podczas trwania „Biesów" bliżej poznajemy dwunastu bohaterów – hiszpańskich artystów. Pierwszym narratorem jest Joanna Osyda, która zarysowuje tło i przedstawia inną osobę; następnie, każdy staje się narratorem dla kolejnego bohatera. Po krótkim wprowadzeniu jest już jasne, że postaci są w stanie poświęcić wszystko, żeby przeciwstawić się frankistom. Scena, w której przedstawiani są bohaterowie wprowadza dynamizm i tempo. Potem większość scen wydarza się w ciszy – dźwiękiem są głosy aktorów, ich ruchy czy przesuwane elementy dekoracji. Wśród takich naturalnych odgłosów rozbrzmiewają kolejne historie artystów: jest to działanie wprowadzające intymność, widz staje się częścią opisywanego świata.

W takiej ciszy aktor musi z siebie wydobyć głębię, żeby skontrolować pustą, bezdźwięczną przestrzeń. Młodzi aktorzy (Magda Maścianica, Maria Kuśmierska, Jakub Klimaszewski, Kacper Sasin, Konrad Wosik) są buntowniczy, otwarci na wszelką zmianę, w wyniku czego wprowadzają do opowieści lekkość i bezkompromisowość. Na drugim biegunie znajduje się Judyta Paradzińska, która dojrzałością i doświadczeniem scenicznym dźwiga tę opowieść w sposób emocjonalny. Aktorka wie, jak wykorzystać ciszę, jak nadać jej kolorytu, jak sprawić, żeby słowo zadźwięczało w intencjonalny sposób. Paradzińska jest najlepszą aktorką w „Biesach", jej każdy ruch jest przemyślany. Nawet będąc w cieniu, jej ciało manifestuje słuszność racji. Choć Paradzińska dzieli się opowieścią jeszcze z jedenastoma postaciami, wykorzystuje całkowicie swój potencjał i wibruje na scenie – w zależności od sytuacji jest energiczna, zaskoczona, tęskniąca czy zrozpaczona z powodu zaginięcia syna.

Dramat opowieści rozbijany jest przez akcenty humorystyczne, które wprowadzają Monika Stanek i Radomir Rospondek. W rozbrajający sposób bawią się oni sytuacjami na scenie – Stanek gra dziecinną i kochliwą bohaterkę, natomiast Rospondek mężczyznę porywczego i nadużywającego alkoholu. Te dwie postacie przekomarzają się ze sobą i zmniejszają wagę opowieści.

W „Biesach" jak w soczewce odbijają zarówno trudności związane z walką o wolność, jak i kwestie związane z pracą z aktorem i wzajemnymi powiązaniami emocjonalnymi pomiędzy bohaterami. Uważam, że aktorzy w tym spektaklu są od siebie odłączeni. Może jest to metafora jednostki zdanej tylko na siebie, jednak jedynie Judyta Paradzińska oprócz rozwoju własnej postaci, obudowuje ją w interakcje z innymi bohaterami, współpracuje z nimi. Przy Paradzińskiej tworzy się zespół. Z pewnością ogromne znaczenie ma fakt, że na scenie znajduje się jednocześnie kilkunastu aktorów. Dla niektórych z nich dyskomfortowe może być tworzenie relacji z tak liczną grupą. Zauważyłam, że aktorzy bardziej naturalnie zachowują się w mniejszym gronie. Widać to na przykład w scenie, gdy bohaterowie grani przez Joannę Osydę i Kacpra Sasina rozmawiają tylko we dwoje – można wtedy wczuć się w ich emocje, zrozumieć sytuację, z którą się zmagają.

W tekście dramatu pojawiają się też niespójności, utrudniające zrozumienie tematu. Rzeczywistość przepływa pomiędzy jawą a snem, prawdą a wyobrażeniami bohaterów i znika w niej główny problem dramatu, który jest dość obszerny. Z jednej strony mamy opowieść o hiszpańskich artystach, ale jednocześnie Wierzchowski porusza tematy społeczno-polityczne, stara się pokazać walkę o wolność. Mówiąc o wszystkim, reżyser traci siłę i jasność przekazu. Tym bardziej, że walka opozycyjna w Hiszpanii w latach 70. jest dla Polaków już i tak dość odległa i nieznana (walka o wolność jest uniwersalna, ale motywacje Hiszpanów już nie). Widz potrzebuje większej opieki, zrozumienia okoliczności i dynamizmu, żeby wejść w tę opowieść – próg wejścia ustawiony jest dość wysoko.

W „Biesach" wyjątkowe są momenty, gdy szczątkowe światło oświetla Joannę Osydę, wprowadzającą publiczność w historię grupy teatralnej oraz pomarańczowy dym, w który wchodzi Konrad Wosik ubrany w czerń. Te dwie sceny stwarzają efemeryczne wrażenia świetlne (za reżyserię światła odpowiada Szymon Kluz). Plastyczną sceną jest także moment manifestacji, kiedy aktorzy udają tłum – ściskają się i rozprężają, napierają na siebie i rozluźniają nacisk. Czuje się wtedy ten ścisk, niewygodę oraz grożące niebezpieczeństwo.

Takie chwile nadają „Biesom" unikatowości i artyzmu, i takich scen mogłoby być w spektaklu jeszcze więcej.

Monika Morusiewicz
Dziennik Teatralny Opole
1 lipca 2022

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia