Homar na rowerze

"Lustra" - reż: Bartłomiej Wyszomirski - Teatr Wytwórnia

"Lustra" w reżyserii Bartłomieja Wyszomirskiego w warszawskiej Wytwórni to niemal podręcznikowy przykład na to, jak nie powinien wyglądać spektakl teatralny. A w rolach głównych zobaczyliśmy: rowerek treningowy i... plastikowego homara.

Rozpocząć należy od tekstu, bo ten jest zdumiewający. Z każdą kolejną minutą trzeba przecierać oczy ze zdumienia, nie wierząc w pomysłowość, nieprzewidywalność, niebanalność sztuki Jarosława Kamińskiego. Swoją drogą, już dawno tak się nie ubawiłam na spektaklu z powodu grafomanii dramaturga. Autor postanowił bowiem sportretować współczesnych młodych karierowiczów. I co najważniejsze, zwrócić uwagę na ich najdotkliwsze wady, tzn. zepsucie, wulgarność, pogoń za pieniędzmi, nieumiejętność kochania i... choroby weneryczne. Powstała jednak sztuka nieprzemyślana, naciągana, a przy tym potwornie nużąca. Autor opatrzył j ą też frapuj ący m tytułem. Pewnie w zamierzeniu odbiorcy mają ujrzeć w sztuce odbicie własnych doświadczeń. 

Bo przecież bohaterów sztuki codziennie mijamy na ulicach i spotykamy w biurach, klubach, szkoleniach, to właściwie my...

Oto dwie pary: prezes dużej firmy (w tej roli napięty jak struna od skrzypiec Marcin Kwaśny), co to na przemian albo rozprawia przez komórkę, albo poniża swoją dziewczynę Natalię (wycofana Milena Suszyńska) - początkującą, głupiutką aktorkę. W drugiej parze dominuje Sylwia (Marta Wardyńska, próbuje być wyrazista, ale nie wychodzi), która pracuje w firmie organizującej szkolenia, a jej chłopak jest właścicielem szkoły językowej (Ksawery Szlenkier), co ma ambicję podbić kraj świetnymi kursami. Jednym słowem - młodzi, zdolni yuppies, którzy jak na ten gatunek przystało, to też intryganci i hipokryci. Jak nietrudno zgadnąć, ktoś tu kogoś zdradza, ktoś przebiera się za kogoś innego, tylko nie wiadomo dlaczego. Ktoś kogoś zaraża chorobą weneryczną, którą w efekcie mają wszyscy bohaterowie. Ktoś nerwowo jeździ na rowerku stacjonarnym - w oczach reżysera najpewniej symbolu dobrobytu, podobnie jak jedzenie homara - ten też pojawia się w spektaklu. A na finał niezrozumiałego i uwłaczającego (widzom) cyrku mamy nietrwałą ślepotę prezesa... Oj, dzieje się na scenie, trudno oczy oderwać od tarczy zegarka.

Bohaterowie Wyszomirskiego, chcąc być "na czasie", raz po raz rzucają angielskimi zapożyczeniami. Nie rozmawiają ze sobą, tylko deklamują swoje mądrości. Ich prymitywne żarty w stylu "Zimno tu jak w dupie renifera" sprawiają, że nie wiadomo, gdzie oczy podziać. Przy okazji nie wiadomo też, gdzie jesteśmy - w teatrze, a może na jednej z pierwszych prób grupki aktorów, którzy "robią sobie jaja" ze wszystkiego i wszystkich? Są bowiem tak bardzo przerysowani i sztuczni, że powstaje kolejne pytanie. Próbują ośmieszyć swoich bohaterów czy siebie? O reżyserii pisać nie warto, bo jej nie ma... W Wytwórni powstał spektakl, który w takim kształcie nie nadaje się na publiczne pokazy.

Agnieszka Michalak
Dziennik Gazeta Prawna
22 marca 2010

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia