Hukiem i skomleniem

"Silence/Cisza w Troi"; "Świniopolis" – reż. Paweł Szkotak – Teatr Biuro Podróży

Spustoszenie pandemii pozostawiło wielu z nas szczęśliwie uprzywilejowanych ze przyjemnie burżuazyjnym problemem braku dostępu do sztuki live. Warszawskie teatry (Nowy, TR, Studio) częstowały nas co prawda transmisjami na Facebooku i Vimeo, jednak wielu zimnokrwistym teatrofilom sprzykrzyło się dusznych widowni, upierdliwych widzów, kolejek do ubikacji i bufetu, gorączkowych rozmów we foyer, czekania na brak wejściówek, kosmicznych niekiedy cen, a przede wszystkim uczestnictwa w pięknym rytuale gasnących świateł i głosów, dziania się sztuki tu i teraz.

Warszawa wiele mogłaby nauczyć się od Poznania, który mimo trudnej dla artystów sytuacji zorganizował 3. Festiwal na Wolnym Powietrzu. Szkoda, że trzeba jechać po teatr aż do Poznania (bez urazy dla Poznanian!), kiedy w zeszłym roku teatr Studio i Och-Teatr prężnie lansowały swoje sztuki na placach i skwerach, a tego lata ani trochę, choć byłby to dobry sposób na przyciągnięcie z powrotem widzów przyległych do ekranów.

Tymczasem poznański teatr w klimatycznej scenerii Starej Rzeźni, i nie tak już klimatycznym boisku Szkoły Podstawowej w Kozichgłowach, zaproponował nam sanitarną podróż do miejsc do miejsc zabrudzonych człowieczeństwem.

Gniew bezsilny jak morze

Spektakl „Silence/Cisza w Troi" opatrzony został mottem pożyczonym z „Refugee Blues" W.H. Audena „To miasto ma dziesięć milionów dusz". Swoim rozpoznawalnym i ugruntowanym głosem Biuro Podróży swobodnie czerpiąc z Homera opowiedziało collage'ową historię oblężonego miasta.
Choć to co słyszymy z offu jest początkiem bajki, w opowieść wprowadza nas Śmierć. A bajka jest o ludziach z nadmorskiego miasta, których radosne niebo przykryły ołowiane chmury.

Ukazywane sceny są w gruncie rzeczy typowymi obrazami wojny – obserwujemy zwykłych ludzi, cywilów, walczących z brutalną rzeczywistością o dobro swoich dzieci (w spektaklu są nimi lalki). Odpierają ataki wojska, mozolnie budują namiastkę normalności. W teatrze ulicznym paradoksalnie nad formą przeważa przekaz. Sama forma jest szorstka, ostro posegmentowana. Idzie za tym brak precyzyjności choreograficznej, odejście od szczegółowości na rzecz ogólnego dynamizmu i efektowności scen. Wykorzystywane środki muszą być zatem sugestywne. Nie jest to teatr subtelny, gdzie sceny są skonstruowane w ramach „parametrów" muzyki, światła, rozstawienia scenicznego, scenografii, kostiumów. Nie jest wyważony na miarę przestrzeni w której się znajduje. Zamiast tego mamy kilka agresywnych środków (ogień, szczudła, jednoznaczna emocjonalnie muzyka). Wszystko dość prowizoryczne, odwołujące się do bardzo konkretnych silnych emocji, wspomnień, zakorzenionych kulturowo obrazów. Po przeintelektualizowanych, opartych na słowie, zrównoważonych, statycznych spektaklach 'stacjonarnych' takie przeżycie wyrzuca człowieka z estetycznych zawiasów, ponieważ opieraja się w gruncie rzeczy na założeniu „wiesz, o co chodzi", a nie „nie wiesz o chodzi". Takie są prawa i przywileje teatru ulicznego.

Dla widzów, według których duszą teatru jest forma, „Silence..." nie będzie w pełni satysfakcjonujące, znajdą jednak kilka zabiegów niezwykle poruszających. Świetnym rozegraniem był prowizoryczny, trochę surrealistyczny metalowy rydwan furkoczący wściekle w tumanach kurzu na placu Starej Rzeźni, rodem z „Mad Maxa". Ponadto metaforyka spektaklu, szczególnie w scenach kulminacyjnych. Wtedy też najciekawsze jest rozegranie scenograficzne akcji. Oprawcy wprowadzają metalowe walce, które stawiają otaczając ludność cywilną po czym wprowadzają konia trojańskiego – konika na biegunach. Mieszkańcy radują się i w tej radości przyjdzie im umrzeć, kiedy z walców kolejno zaczyna wydobywać się dym, a oni błogo kładą się ze swymi dziećmi-lalkami na ziemi. Po wzruszającym odwołaniu do pieców krematoryjnych i Holocaustu, następny obraz jest niemniej przejmujący. Po opuszczeniu sceny aktorzy wchodzą ponownie „puszczając" papierowe łódki zrobione z gazet. Piękna scena została jednak „przedobrzona" głosem z offu tłumaczącym jej przesłanie. Osobiście najbardziej ujęło mnie zakończenie, kiedy wchodzi robotnik i szlauchem zmywa łódki ze sceny, obrazując odpowiedź europejskiego statusu quo reprezentowanego przez szarego człowieka na "nieeuropejskie" kryzysy.

Spektakl był z pewnością udany. Udany nie znaczy genialny, czy katarktyczny. Udany znaczy taki, w którym wyznaczone przez twórców cele zostały osiągnięte. Udany znaczy spełniające wewnętrzne założenia. W Silence. Cisza Troi poruszony został ważny, uniwersalny i aktualny zarazem temat, a strefy komfortu widzów niewątpliwie zadrżały od basów i emocji. I na tym poziomie nic twórcom zarzucić nie można.

Żebyśmy tylko wolni byli...

Dzień kolejny, finisaż festiwalu, przyniósł niestety niemałe rozczarowanie. Gdyby tylko spektakl oparty na Folwarku Zwierzęcym, był otwarcie zaadresowany do najmłodszych, wtedy – satysfakcja gwarantowana. Ale nie był. Na widowni więc średnia wieku, powiedzmy 30 lat, a na scenie przesłanie wypowiedziane wersalikami. Widzom pełnoletnim na spektaklu czegoś zabraknie. Na przykład jakiegoś przełamania, zaskoczenia. Innego niż szybki i przewidywalny koniec. Mamy tu do czynienia z bolesnym ogołoceniem dzieła Orwella – fabuła została przez twórców uproszczona do tego stopnia, że można by opisać ją planem wydarzeniem, jak na lekcjach polskiego w podstawówce:

1. W Świniopolis żyją świnie Małe i Duże (nomenklatura na potrzeby tekstu).
2. Duże Świnie uczą i tuczą Małe Świnie żeby było im dobrze.
3.Uczą, którego dnia Człowiek oddzielił światło od ciemności, a którego stworzył Świnie.
4. Tuczą po to, by zarżnąć. Małe Świnie tego nie wiedzą.
5. Gdy tylko Małe Świnie się o tym dowiadują, buntują się.
6. Bunt zostaje krwawo stłamszony przez Duże Świnie, które (uwaga spoiler!) wcale nie są dużymi Świniami, ale Ludźmi.
7. Koniec

Podobny opis czytamy zresztą na stronie i może stąd też jakaś część rozczarowania: na scenie powinno być coś czego nie przeczytaliśmy. A takich rzeczy nie było prawie wcale. Dodać też trzeba, że nie sama treść, ale wykonanie były największym mankamentem przedstawienia. Przy tak prostej i „minimalistycznej" produkcji nie ma żadnej wymówki dla prowizoryczności. Na przykład kostiumów. Uszy na opasce i nosy na gumce. Tak, wiemy, że to ludzie grający świnie, ale warto byłoby zadbać o rekwizyty, które nie spadają aktorom z głów. Chociażby po to, by było im wygodnie. Jeśli scen jest niewiele, a jedną z najważniejszych jest ważenie świnek i niedowaga jednej z nich, należy zadbać o to by waga nie przypominała elementu reklamy suplementu diety dla dzieci i faktycznie działała. Bo tak, domyślamy się po dźwięku, że ta świnka waży tyle ile powinna, a tamta mniej, ale też nie o to chodzi, by widz wypełniał luki. I jeśli już odwołujemy się do obrazu, który tkwi w świadomości zbiorowej, na przykład takiego jak polewanie protestujących wodą ze szlauchu, to wypadałoby, by działał on należycie. A nie, jak to się mówi w teatralnym żargonie, markował swoją obecność.

Dużo tu krytycyzmu. Być może byłoby go mnie gdyby Świniopolis poprzedzało Silence. Być może, gdyby do opisu spektaklu dodano notkę o kategorii wiekowej, być może gdyby o tej kategorii pomyślano. Być może... Przy ...Ciszy w Troi parafraza Folwarku wypada mało efektownie. Można oczywiście docenić paraszajnowską scenografię (bardzo para) i końcowy plot twist (Duże Świnie to nie świnie). Doceniam. I tyle docenić mogę. Praktycznie bez echa zostawiono kwestię dehumanizacji, potencjalne odniesienie do obozów śmierci zrozumiane zostało przez się, nijak natomiast nie wystąpiło scenograficznie czy reżyserko. Zbyt szybko nastąpiło przejście od nieświadomości do buntu, zabrakło gradacji, suspensu, świadomego operowania czasem i dramaturgią. Gdyby zaistniał choć jeden z tych elementów, wszystko nabrałoby głębi. Przecież o nią właśnie chodzi. A do czynienia mamy, nota bene, z dwoma zbiorowymi bohaterami, dobrym i złym, poprowadzonymi nudno i linearnie, od punktu A do B, bez żadnej wariacji na temat. W Silence była pewna repetycja, „rozegrania". Natomiast Świniopolis jest zwyczajnie ubogie, dziury po pomysłach pozszywane są nazbyt długimi i nudnymi scenami. Biedny Folwark oskubano z piór i kłaków.

Człowiek zwierzęciem politycznym

Z perspektywy widza który, szuka awangardowej formy uzupełniającej narrację, łatwiej jest dokonać estetycznej deskrypcji niż jednoznacznej oceny – teatr uliczny jest osobnym gatunkiem teatrealnym, choć niewątliwie tak samo odpowiedzialnym wobec widza. Można by dogłębnie rozmontować stronę wizualną, można by wyksztucić trochę rozgoryczenia prostotą. Z drugiej strony trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie: czego tak naprawdę oczekiwaliśmy? Czy widowiska głośnego, gorącego, politycznego, aktualnego, poruszającego struny człowieczeństwa przywyczajone do widoków wojny i przemocy? Jeśli tak: spektakle Szkotaka trafiają w sedno.

Jeśli nastomiast oczekujemy misternej konstrukcji plastycznej i dramaturgicznej – te dwa spektakle na pewno nie zachwycą – będą jednak doświadczeniem odmiennym, ciekawym I z pewnością wartościowym.

Matylda Elson
Dziennik Teatralny Poznań
26 stycznia 2021
Portrety
Paweł Szkotak

Książka tygodnia

Nice, cosie i duchy. Eseje o sztuce
Pewne Wydawnictwo
Michał Krawczyk

Trailer tygodnia

"Powrót" - reż. Michał...
Michał Zdunik
Bywa tak, że odwiedzamy dom rodzinny ...