Hymn ku czci prawdziwego aktorstwa

"Ja, Feuerbach" - reż. Piotr Fronczewski - Teatr Ateneum im. Stefana Jaracza w Warszawie

Zawsze uważałem, że to dość karkołomne zadanie - łączyć funkcję i reżysera i odtwórcy głównej roli, nawet w spektaklu skonstruowanym niemalże jak monodram. Nielicznym udaje się rozłożyć umiejętnie akcenty i z równą atencją wypełniać obydwa zadania. Tym razem podobną próbę podejmuje Piotr Fronczewski w spektaklu "Ja, Feuerbach", wchodzącym właśnie na afisz Teatru Ateneum w Warszawie.

"Ja, Feuerbach" to sztuka i rola napisane dla tych aktorów, którzy swoim kunsztem aktorskim nie raz  rzucili widzów na kolana, którzy wreszcie na tyle sami czują się pewnie w swoim zawodzie, że są w stanie podjąć się tego wyzwania czyli podsumować swoją karierę  postacią z dramatu Dorsta. Piotr Fronczewski bezsprzecznie zalicza się do tego grona artystów i chwała mu za odwagę artystyczną;   pójście w ślady Tadeusza Łomnickiego z pewnością wystawia go na nieuchronne porównania i krytykę. Aktorsko jednak rola stworzona przez Fronczewskiego to jakość sama w sobie: każde słowo, każda kwestia wypowiadana przez aktora brzmi ze sceny jak melodia w hymnie ku czci prawdziwego aktorstwa. Tworzy on postać tak precyzyjne skonstruowaną, wiarygodną i tak wymuskaną w detalach, iż widz niejednokrotnie łapie się na empatycznym smutku i współczuciu dla aktora podejmującego kolejną, być może już ostatnią próbę powrotu na deski sceniczne. Postać to na tyle złożona i ciekawa, że na chwilę nawet nie traci się uwagi w śledzeniu jej losów, tym bardziej, że każde zdanie wypowiadane w lawinowych monologach zdaje się charakteryzować Feuerbacha coraz silniej i coraz bardziej sugestywnie. Bohater sztuki personifikuje wcale nie tak odosobnione i niecodzienne przecież zjawisko desperackiej konieczności poczucia się ponownie potrzebnym, powrotu do punktu wyjścia w momencie, kiedy zawikłane koleje losu przerywają wartki strumień sukcesów i posyłają nas na jakiś czas w cień. Jak trudny bywa powrót z takiego cienia i jak czas może działać na naszą niekorzyść, kiedy nagle stajemy się postaciami z przeszłości, gdy nadchodzi "nowe", z definicji pewne swego i brnące naprzód jak spychacz; do czego wreszcie doprowadzić może ta usilna potrzeba poczucia ponownej kontroli nad własnym życiem, której odzyskać wcale nie jest tak prosto - na te pytania znajdujemy odpowiedź w spektaklu "Ja, Feuerbach" z perspektywy pracownika teatru, choć nie tak trudno jest doszukać się paraleli między światem teatralnym a codziennym życiem.

Niestety, tak wymagająca rola, ewidentnie absorbuje na tyle, że strona reżyserska spektaklu na tym cierpi, a obecność i wpływ Fronczewskiego - reżysera dostrzegalna jest niestety sporadycznie, tylko w kilku scenach. Co ciekawe, to właśnie najmocniejsze sceny w tym przedstawieniu; należałoby zatem przypuszczać, że w tym spektaklu drzemie jeszcze niewykorzystany potencjał, który być może objawi się w miarę kolejnych odsłon kurtyny. Na zawsze już chyba zapadnie mi w pamięć scena z ptakami, jako punkt kulminacyjny i dowód na to, jak wielkim aktorem Fronczewski jest i jak dobrym reżyserem być może.

Niezaprzeczalny talent aktorski Piotra Fronczewskiego i całkowicie zasłużona sympatia widzów, wróży bez wątpienia powodzenie temu spektaklu. Również i moim zdaniem, nawet jeśli Feuerbach opuszcza scenę boso, to odtwarzający go Fronczewski schodzi ze sceny boso lecz w ostrogach.

Marek Kubiak
Teatr dla Was
4 lutego 2013

Książka tygodnia

Kto ukradł jutro?
Wydawnictwo ALBUS
Olga Ptak

Trailer tygodnia