I tak mi nikt nie uwierzy. (Nie) ostatnia spalona. Szkic recenzencki

„I tak nikt mi nie uwierzy” - reż. Wiktor Rubin Teatr im. Fredry w Gnieźnie

Trudny temat. Tak słyszeliśmy jeszcze przed premierą. Zapewne trudniej było w epoce przed SIKSĄ. W dziedzinie mówienia na „te” tematy wyznaczyła kanony prawdy i emocji. Tu jednak nie chodzi o porównania. Ciekawa teza, połączenie posądzeń o czary z ofiarą notorycznych gwałtów. Zbiorowe wyparcie, poprzez oskarżenie o rzeczy w mniemaniu ludu gorsze niż gwałt - czary. Oskarżenie o podpalenie - jako wymazanie win gwałcicieli. Reszel staje się symbolem. Przypominają się ordynarne wypowiedzi niektórych politycznych mesjaszy: o winie ofiary, kuszeniu i innych pseudo-teoriach samczo-zbawiennych.

Okoliczności premiery być może wyostrzyły odbiór; widzowie w maseczkach, co trzeci fotel zajęty, reszta krzeseł aresztowana biało czerwoną taśmą. Te maseczki covid 19, już na starcie spowolniły oddech, jakby powietrze stało się gęste jeszcze przed trzecim dzwonkiem.

Gęstość i lepkość powietrza zagrała z treścią i koncepcją spektaklu.

Problem czarownicy i gwałtów, czyli treści ciężkiej do grania, szukając konsekwentnie teatru w teatrze i żadnych zbędnych rzeczy, moglibyśmy pominąć jak zwykle - gdyby, to nie był ten właśnie problem.

Spektakl o historii Barbary Zdunk, czy raczej jak powtarzają w Reszlu Sdunk, tak naprawdę nie jest opowieścią o ostatniej straconej za czary. Nie jest przede wszystkim historią, w swoim trzymaniu się opowieści o dziewczynce, którą wygnano z domu, gdy miała 9 lat, która potem przeżywała kolejne fizycznie bolesne również niemiłości. W jej życiu pojawiają się kolejni "kochankowie gwałciciele". Jest też Jakub Auser 16 lat młodszy ukochany. Z historii wiemy, że w Reszlu wydarza się pożar z 16 na 17 września 1807 - niweczy 6 domostw, ginie 2 ludzi. Jak mówią reszelskie ulice, podpaliła za pomocą czarów dom, w którym nocował Jakub. Zatem zginęła za czary. Osierociła kilkoro nieślubnych dzieci. Ostatnie urodzone w więzieniu zmarło, ogień pod stos podłożono w 1811, do tego czasu była gwałcona regularnie w więzieniu i oślepiona. Jak mawiano miała oczy Meduzy. Wszak gwałt na czarownicy to dobry uczynek i walka z szatanem. Legenda miejska mówi, że kat z litości - być może też wcześniejszy gwałciciel udusił, przed spaleniem by Barbara, nie cierpiała okrutnie. Nie jest spektaklem o ostatnim stosie zatwierdzonym przez Fryderyka Wilhelma III. To opowieść o kobiecie, gwałtach, przemocy, poszukiwaniu miłości i płonących do dziś stosach. O podpalaniu wszystkich którzy są inni, a zwłaszcza inne. Treść zostawmy, Jolanta Janiczak zgrabnie rozwija i obraca legendę. Zobaczy jak to robi - ten, który przyjdzie.

Multimedia i aparatura dźwiękowa:

Pewnie już czas pogodzić się z samookaleczaniem się przez teatr. Jest w tym jednak coś z kontynuacji idei WRT przetworzonej przez Skwarczyńską. Skoro więc dramat w ujęciu teatralnym to sztuka autonomiczna, której służą pozostałe sztuki, to i zabawy kamerą, mniej lub bardziej udane, też inscenizator ma prawo sobie podporządkować. Niewiele wniosło, niczego nie zepsuło. Chyba że to zabieg związany z Covidowymi utrudnieniami, w widzeniu części widowni.

Mikroporty mogą zabić dźwięk i emocjonalność i zazwyczaj to robią, czynią z teatru musical, tu jednak przełożyły się na brzmienia. Ten spektakl i ten temat wymagały "bliskiego pola". By emocje były prawdziwe, nie trzeba drzeć się z trzewi, bo kiedy są prawdziwe, to czasem krzyk więdnie w gardle. Zabieg uzasadniony, ale w sobotniej premierze Karolina Staniec, na której barkach ciążyła rola główna, co chwilę poprawiała mikrofon. To rozbijało napięcie, jej wewnętrzne - tak ważne napięcie.

Zostawmy technikę, raczej warto o "technicznych" na scenie powiedzieć, bo dali radę - sceny z żołnierzami, z wujem - w prostocie i pewnej nieporadności to Poezja Teatru. Bogdan Stachowiak i jego asceza na wózku mistrz 3 planu. Ciarki na plecach.

Zacznijmy od konwencji reżyserskiej.
Wiktor Rubin, nie miota się. To jest spójne widowisko, środki wyrazu dobrane bez krzyku, kiczu i bez przypadku. Wspomniane multimedia budują choćby scenę samotnego ojca na krześle. Niby w tle trochę „CSI kryminalne zagadki Nowego Jorku", ale ujęcia, kolorystyka i detale na ekranie bliżej Detektywa Murdoch'a. I dobrze.

Oszczędne prowadzenie postaci. Ewidentnie w tym ujęciu trudnego tematu nie chodzi inscenizatorowi o kontrowersje, a o głębię uczuć. Ta wizja jest o emocjach, zagubieniu i bólu, i nie jest tu sarkazmem określenie "ból istnienia". Ma on tu ciężar i zapach gwałtu na cmentarnym śmietniku, „kolejarza" wojaków...

Nakreślenie postaci z sobą przystających, wszyscy zanurzeni w dramacie: córki, ojciec i brat Barbary. Podobnie zresztą pasterz Jakub. Dynamika budowana bez bebechów to raczej ten rodzaj bólu, który dzieje się za ścianą u sąsiadów, a my rzecz jasna nic nie widzimy. Podbiciem jest śpiew córek, czysty, niemal rapsodyczny. Smutek bywa piękny, w tym jest jego siła. Wydaje się słuszna też decyzja o nie-zarzuceniu aktorów rekwizytami, obsada nie potrzebuje się podpierać. Nie ma przyruchów, kiwania z nóżki na nóżkę. Czytelna sprawa: albo gram, albo się nie miotam. Czysto.

Roland Nowak jako ojciec?
Mógłby być jeszcze bardziej matowy, intelektualny, a emocjonalnie zupełnie cold wave. Kiedy wygrywa tekst spokojnym głosem z namysłem, to chce się go słuchać,wysłyszeć jego emocje. To jest dobrze zagrany ojciec. Trochę niedookreślony, pewnie taki być musiał by córkę, los tak poturbował, lub dlatego właśnie, że poturbował. Czysto i równo, bez fikołków. Aktor wychodzi na scenę i robi swoją robotę. Może trochę ten jeden moment, gdy idzie w krzyk bólu, trąci teatralną nieprawdą. Krzyk nie idzie na maskę, gdzieś zostaje na gardle. To jednak jeden krótki moment. Zasadniczo Nowak unosi to, co ma unieść.Jest to dobrze zagrane, nie ma tutaj kreskówki, jeśli momentami płasko to tak miało być.

Barbara — są momenty Piękne i momenty „nie zawsze"

Karolina Staniec kreuje postać mroczną i nieco neurotyczną, jest jednak to pełnokrwista kobieta. Neurotyczność jest konsekwencją życia, choć tak naprawdę poznajemy bohaterkę po jej śmierci, w pełnym retrospektywy eksperymencie, który ma ukazać prawdę.

Twarz Karoliny Staniec widz rozpoznaje z Miasta 44. Nie twarz jednak jest w bohaterce najważniejsza.

Emocjonalność w mowie i ruchu przede wszystkim i to, co idzie z łona.

Ciężkie te emocje, ogólnie rzecz biorąc, postać nie miała łatwo i to trzeba zagrać. Relacje z bratem - piękna scena wspólnej masturbacji, nie epatuje ani seksem, ani niczym innym — jest czytelna, a jednak zbudowana z ogromną wrażliwością. Reżysera i dwójki aktorów. Paradoksalnie niezwykle niewinna scena. Mocno, głęboko zagrana scena z żołnierzami. Konsekwentna gra może się wydać płaska, to jednak kompletnie nie spłaszcza postaci. Jedna ze scen z Jakubem, trochę karykaturalna, Barbara zdaje się nieco przerysowana w stronę dziko-głupiej, być może zabieg ma pomóc odetchnąć i aktorce i widowni. Tu jednak wiele ratuje wirująca spódnica i podglądanie przez Jakuba (Paweł Dobek). 30 lat to dobry czas dla aktorki, by grać role ważne i mocno obciążające. Kolejny raz krakowska szkoła po prostu się sprawdza. Kilka momentów rzeczywiście pięknych, zagrała tu Staniec bez wątpienia. Zdarzały się tez takie nie zawsze trafione. Trudno mieć jednak jakieś pretensje, to jest rzetelne aktorstwo przy kreowaniu trudnej kobiety i trudnej roli. To, co się udaje, to widz jest zatroskany, o los Barbary i jej córek. Nie ma jednak jakiegoś wymuszania taniej litości, która w kontekście gwałtu byłaby tandetą na miarę plastikowych kwiatów na grobie. Staniec nie gra na najniższych emocjach, nie obraża swojej bohaterki, nie odziera jej godności, między innymi dlatego, że nie wybiela, że czasem z bioder i lędźwi w odpowiednich momentach wibruje coś, co pozwala poczuć zapach pożądania. Tu wcale nie chodzi o nagość, której jest niewiele i jest raczej poruszająca niż goła. No i te piękne czerwone buciki. Warto pewnie zobaczyć Barbarę w Staniec jeszcze raz, gdy sztuka już będzie ograna, pewnie też, gdy mikrofon, nie będzie się odklejał od twarzy. Minimalny niedosyt

Brat „czarownicy" - bez fałszu, w punkt jak emocjonalny metronom

To była najlepsza gra tego spektaklu. Michał Karczewski jest tu wyśrodkowaniem. Ruchowo jak przystało na lalkarza po Białymstoku dokładnie, z namysłem bez rozmemłania. Tekst podany zawodowo i dobrze, choć nienachalnie zrytmizowany. Paradoksalnie „brat gwałciciel" nas nie napawa odrazą, nie budzi też taniego współczucia. Jest taki, bo taka jest społeczna, być może rodzinna kalka. Tak właśnie gra go Karczewski. Rzetelnie z momentami wręcz bardzo dobrze zarysowana postać.

Jakub. Dobek, czyli dobrze

Postać, którą gra, Paweł Dobek to trampolina, aktor nie ma opcji wybić się w tej roli wysoko, ale dla partnerujące Staniec jest dobrym wybiciem. Dobek od kilku spektakli gra po prostu dobrze. Nie zalicza słabych kreacji. Podobnie i tu. Jak mawiają aktorzy - „wiele się nie nagrał, ale halabardy nie nosił". W tym „wiele się nie nagrał" praktycznie wszystko siedzi tak, jak trzeba i gdzie trzeba. Mała rozpiętość emocjonalna, w tym przypadku chroni przed histerycznością.

Trzy siostry — z piętnem matki

Na afiszu: Kamila Banasik, Martyna Rozwadowska i Joanna Żurawska. Wszystkie grają to co im, dał reżyser do zagrania. Bez żadnych zbędnych ruchów, przyruchów i dreptania. Unoszą całkowicie swoją kobiecość córek. Pięknie budują relacje sceniczne z matką, kontrastują z ojcem. W dniu premiery chyba najpełniej zagrała Kamila Bansik. To jest jednak spójne trio. Wokalnie odprawiają czary.

O Technicznych już pisaliśmy. Dobre rozwiązanie — zadziałało.

Krajobraz światła
To jest to, co robi w spektaklu Jacqueline Sobiszewski. Nie mogło być lepiej wyświecone. Pani wie, co robi, choć przyznajmy od kilku spektakli, u Fredry wiedzą, co i jak rysuje w teatrze światło. Co najmniej od Piaskownicy nie ma z tym lipy. Tym razem było „prześwietlnie".

Scenografia
Prosta, funkcjonalna. Dobry zabieg z napisem z drutów. Scenograf po krakowskiej ASP poza napisem pokazał, że scenografia może spajać, ale nie musi przy tym dopowiadać sensów. Łukasz Surowiec po rzeźnie co widać w tym dużym elemencie na kształt chmury i krzaków jest też fachowcem w video.

Kostiumy
Hanna Maciąg nie pierwszy raz bawi się kostiumem do realizacji Wiktora Rubina. Ponownie zresztą robi te kostiumy sugestywnie, prosto i tak jak to się w teatrze robić powinno. Nie ma przypadku, nie ma ciucha kupionego w lumpeksie. Teatr to teatr, bo kostium to kostium.

Muzyka.

No właśnie, czy poza śpiewem coś jeszcze pamiętamy z muzyki? Pozostało jakieś wrażenie, że ta muzyka była dobra, że współgrała, nie dopowiadała jak młotkiem. Zatem było jak zawsze, życzy sobie teatrolog z Gniezna profesor Krzysztof Kurek. Mawia wszak, że "jeśli po spektaklu pamiętamy głównie muzykę, to była kiepska, kiedy zostaje jako wrażenie troche jak mgła, to tak się to robi. Tak zrobił Krzysztof Kaliski.

Czy to był dobry spektakl?
To akurat nie ma znaczenia, choć służył dobru — odczarowaniu demonów, „bliźnieniu" stygmatów. Siłą jest pewnie wrażliwość społeczna, która od czasów Marii Spiss jako artystycznej Teatr Fredry bardziej akcentuje niż wrażliwość polityczną. Spektakl był dobry, może nawet lepiej niż dobry, jednak istotne, że był ważny. Teatr Fredry pozostaje wierny mówieniu o czymś, co dotyka człowieka, co bywa przemilczane przez: sąsiadów, funkcjonariuszy, przez gwałcicieli, przez społeczności... Łatwiej metkować i skazywać ofiary i dla własnego usprawiedliwienia uczynić z ofiar demony. Jednak co nie mniej ważne a może bardziej patrząc na teatr w tym spektaklu, nie został przyćmiony, przez wagę przekazu, wrażliwość na człowieka to był spektakl pełen teatru — mimo że to widzowie nosili maseczki.

Po wakacjach konieczny temat pod dyskusję z młodzieżą.

Jarosław Mixer Mikołajczyk
Popcentrala
13 lipca 2020

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia