Ich czworo, czyli klasyka polskiego mieszczaństwa

o braku kontroli nad opolską sceną

Brak kontroli nad opolską sceną i celowy drenaż jej finansów połączony z nietrafionymi decyzjami dyrektora, to obraz klęski naszej wspólnej, niestety: społeczeństwa, artystów, ale nade wszystko władz województwa - pisze Mateusz Rossa w Tekturze Opolskiej.

Jak miło, że na najbliższych i jubileuszowych - czterdziestych, a kto wie, czy w ogóle nie ostatnich Opolskich Konfrontacjach Teatralnych, po raz kolejny zobaczymy komedię obyczajową pt. "Ich czworo" Gabrieli Zapolskiej. Zapolska wykpiwała moralną obłudę mieszczaństwa i chociaż jej komedyjka trąci dzisiaj myszką, to jednak mieszczaństwo wciąż ma się dobrze, a i przygód tutaj niemało. Weźmy takie miasto Opole, gdzie od trzech lat trwa z większym bądź mniejszym natężeniem awantura o kulturę.

Wiadomo, pracownicy kultury, dobrze wychowani, raczej nie przyjdą spalić kilku opon pod urzędem marszałkowskim pozostającym we władzy Platformy Obywatelskiej, ale kto wie, do czego zdolny jest desperat. Może jednak warto brać przykład z górników? I chociaż górnicy nie mają za wiele racji w swoim podejściu do sprawy - naród grzecznie płaci za ich wszystkie przywileje, a politycy partii zowiącej się "obywatelską", z reform wycofali się rakiem.

Zapolska o swojej komedyjce pisze jako o tragedii ludzi głupich. Najwidoczniej też się do nich zaliczam, ale mądry Polak po szkodzie. Bo czy ktokolwiek uważający się za w miarę normalnego obywatela, wpadłby na pomysł złudnej "liberalizacji" wszystkiego, co tylko się da? To, co zazwyczaj było publiczne, gwarantowane z podatków, jakoś wzięło się i schowało, a co najmniej oddala się z dnia na dzień od szarego obywatela. Trzeba mieć zdrowie do leczenia i czekania w kolejce do specjalisty. Transport publiczny, zwłaszcza lokalny, to właściwie przeszłość. Umowa o pracę, jeśli się ją znajdzie - śmieciowa, za minimalną krajową. Emigracja za chlebem stała się normą, co szczególnie boleśnie widać na Opolszczyźnie. Oświata traktowana jest przez władze jak gorący i kosztowny kartofel, który najlepiej oddać do prowadzenia stowarzyszeniom wszelkiej maści. Unijne fundusze przejadane na bieżąco. Często w ramach licznych projektów z tak zwanego kapitału ludzkiego, gdzie normą jest jedno wielkie nic okraszone poczęstunkiem, kawusią z ciasteczkiem, nudnym prelegentem i prezentacją podaną z rzutnika.

Właściwie coraz częściej daje się zauważyć, że to, co powinno być normalną i bieżącą funkcją państwa, finansowaną z jego budżetu, staje się projektem unijnym. Patrzę w przyszłość i widzę Portugalię... Coraz częściej zadaję sobie pytania typu: ile Polski w Polsce, ile władzy we władzy, ile Opolszczyzny w Opolszczyźnie? Coraz dłużej przychodzi mi studiowanie etykiet otaczającej mnie rzeczywistości, która zdaje się być czymś na kształt produktu spożywczego, gdzie producent małą czcionką podaje faktyczny skład produktu, zupełnie różny od tego, co duże i czytelne, a okraszone obrazkiem reklamowym na wierzchu opakowania. Najczęściej, są to dwa różne światy. Takiż to dysonans dotyczy coraz mocniej tego, co ma do zaoferowania swojemu obywatelowi państwo polskie.

Czyż może zatem dziwić, że opolski urząd marszałkowski buszuje w podległej mu kulturze jak słoń w składzie porcelany? Ostatnio wydany spot reklamowy twierdzący, że województwo opolskie jest kwitnące, to jakiś ponury żart. Spot sfinansowała Unia Europejska, która chyba nie wie, że budżet wyremontowanej z jej funduszy Filharmonii Opolskiej jest w rozsypce, a w jedynym w województwie teatrze dramatycznym panuje istna granda i skandal.

Ostatnia premiera teatralna "Alicji po drugiej stronie", i planowana kolejna pod szyldem klasyka Wyspiańskiego (Wesele na podstawie Wesela), zostają pokazane w ramach unijnego projektu. Zadziwiające! Tym bardziej, że opolanie dowiedziawszy się o darmowym spektaklu, rzucili się na kasę i w kilka godzin wszystko zostało rozdrapane. Z trudem i po "żebrach" dostałem się na widownię. Naród głodny kultury, którego nie stać na wyjście do teatru, czy odruch jak z czasów PRL-u, że "mięso na sklep rzucili"? Pewnie ów syndrom rozkłada się jakoś po połowie, ale kto wie, kto wie...

Co na to wszystko miejscowe władze? Ano nic konkretniejszego ponad to, że jednak trzeba ciąć, zamykać, zwalniać i dalej demolować region. Teatr ma wystawiać "dochodowy repertuar", więc same farsy, jakby co innego robił już od dwóch sezonów. Brak kontroli nad opolską sceną i celowy drenaż jej finansów połączony z nietrafionymi decyzjami dyrektora, to obraz klęski naszej wspólnej, niestety: społeczeństwa, artystów, ale nade wszystko władz województwa.

Bon mot wicemarszałka województwa opolskiego odpowiedzialnego za kulturę o "dochodowym repertuarze" w odniesieniu do teatru dramatycznego, przejdzie z pewnością do klasyki polskiego teatru. Największy wortal teatralny w kontekście dzisiejszego komunikatu Polskiej Agencji Prasowej na temat sytuacji finansowej opolskiego teatru, retorycznie tylko zadał pytanie: Nowa rola teatru publicznego?

Panu wicemarszałkowi pozostawiam zatem zadanie domowe do odrobienia. Proszę spróbować zamówić dla opolskiej młodzieży w Teatrze Kochanowskiego wybitny spektakl "A ja, Hanna" [na zdjęciu] na podstawie Trenów Kochanowskiego. Może i jest deficytowy, ale czy niepotrzebny w realizacji szkolnej podstawy programowej? Próbując taki spektakl zamówić - poległem.

A może pan wicemarszałek zapyta we wrocławskim Teatrze Polskim, czy teatrowi zwraca się z biletów wystawianie fascynujących "Dziadów" Mickiewicza? Tych bez skrótów, po których podległa mi młodzież wyszła w uniesieniu i z wypiekami na twarzy, chcąc więcej.

A może dalej będę musiał odpowiadać młodzieży na pytania, dlaczego tak jest, że jedni kandydaci wygrywają wybory, a drudzy, pomimo przegranej oraz wbrew woli wyborców, i tak lądują na ciepłej posadzie doradcy do spraw kultury, z perspektywą na dyrektorskie stanowisko w teatrze? Milczę wówczas, bo nie wiem, co na takie pytania mam odpowiadać.

Idąc tropem fascynującej propozycji wicemarszałka odpowiedzialnego za kulturę w województwie, być może powinienem już siedzieć cicho. Być może trzeba mi zwyczajnie prowadzać opolską młodzież do teatru dramatycznego na to, co jest. Na owe komedyjki i pomyje wyzute z treści, idei, myślenia, a prowadzące do jej ogłupienia. Ów "dochodowy repertuar", czyż taką pan planuje następnym pokoleniom KLASYKĘ POLSKĄ?

Mateusz Rossa
www.tekturaopolska.pl
20 marca 2015

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia