Ideologia przesłoniła miłość

"Romeo i Julia" - reż. / choreografia: Krzysztof Pastor - Teatr Wielki - Opera Narodowa w Warszawie

Powstało już wiele rozmaitych baletów na podstawie "Romea i Julii" Szekspira, z muzyką też bardzo zróżnicowaną. Do najbardziej znanych wersji należy balet Siergieja Prokofiewa. Najnowsza baletowa inscenizacja "Romea i Julii" w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej w Warszawie jest dziełem świetnego polskiego choreografa Krzysztofa Pastora, który uwspółcześnił dramat, przenosząc akcję sztuki w XX wiek. Jawi się zatem pytanie o zasadność owego uwspółcześnienia.

Na przestrzeni lat w baletowej wersji "Romea i Julii" nie brakowało tzw. oryginalnych pomysłów unowocześnienia dramatu. Najnowszą wersję, w choreografii Krzysztofa Pastora, zdominowała polityka. Najsłynniejsza miłosna historia przeniesiona w dwudziesty wiek została tu silnie wpisana w kontekst społeczny i polityczny z wyraźnie zaznaczoną tożsamością dwóch przeciwstawnych, wrogich sobie nie tylko rodów, ale całych ugrupowań, obozów politycznych. Zamiast renesansowej Werony opowieść rozpoczyna się w latach trzydziestych XX wieku w jakimś mieście we Włoszech. Potem wojna i czas odbudowy, lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte. I na koniec lata dziewięćdziesiąte. Zmienia się historia, zmienia się rzeczywistość, a problem Julii i Romea trwa - chce nam w ten sposób powiedzieć Pastor.

Retusz Szekspira

Pierwszy akt to okres rządów Mussoliniego, rodzina Capulettich zalicza się do jego zwolenników. Ojciec Julii, pan Capuletti (Wojciech Ślęzak), i należący do rodziny Tybalt (Paweł Koncewoj), ubrani w czarne mundury, są pokazani jako przywódcy sympatyków ruchu faszystowskiego. Ich oponenci to rodzina Montecchich, w jasnych kostiumach - co ma budzić sympatię widza, utożsamieni zostali z "opcją lewicową". Mocno dziwi takie ideologiczne rozłożenie akcentów.

Na głównej ulicy miasta, po której Włosi odbywają częste spacery, Romeo Montecchi i jego przyjaciele raz po raz napotykają Tybalta z ojcem Julii, co doprowadza za każdym razem do zaczepek, wzajemnej agresji, a nawet bójki. Ostatnie takie spotkanie zakończyło się tragicznie śmiercią Merkutia (Carlos Martin Pérez), przyjaciela Romea, i śmiercią Tybalta. Dramatyczna scena znakomicie warsztatowo rozegrana tańcem z elementami aktorstwa. Ten polityczny rozdział dwóch rodów należących do wrogich sobie, przeciwstawnych ugrupowań uniemożliwia zwieńczenie legalnym ślubem wielkiej wzajemnej miłości Julii i Romea. Młodzi biorą ślub w ukryciu, ale - jak wiadomo - nie nacieszą się sobą, bo wkrótce dosięgnie ich śmierć.

Tak wygląda warstwa fabularna wynikająca z libretta, które ma jednak spore odstępstwa od dramatu Szekspira. Nie tylko w przesłaniu, ale na przykład w zakończeniu spektaklu. W tekście oryginalnym finał pokazuje, iż śmierć Romea i Julii nie poszła na marne, doprowadziła do wzajemnego przebaczenia i pogodzenia się zwaśnionych rodów. Spektakl Pastora pozbawiony jest tej szekspirowskiej puenty. Kończy się śmiercią głównych bohaterów. Twórca spektaklu, spoglądając na ów szekspirowski dramat poprzez pryzmat toczących się dzisiaj wojen, agresji, zacietrzewień i ideologii, wyraźnie nie uwierzył w możliwość pozytywnego zakończenia wieloletniej waśni.

Reżyser, umieszczając historię miłości Romea i Julii w kontekście konfliktu, walki, odniósł się wyraźnie do realiów współczesnego świata i zagrożeń wojną, jakie niesie współczesna rzeczywistość. Idąc tym tropem, można by dywagować, biorąc za przykład obecny konflikt zbrojny na Ukrainie. Dwoje młodych, zakochanych w sobie ludzi, Rosjanka i Ukrainiec, chciałoby się pobrać, założyć rodzinę. Czy byłoby to dziś możliwe? Taka dowolnie szeroka interpretacja na pewno poszerza zakres znaczeniowy dramatu Szekspira, ale zarazem oddala nas od źródła, czyli litery tekstu. Wyznam szczerze, iż nie jestem zwolenniczką uwspółcześniania i dopisywania znaczeń utworom, zwłaszcza wybitnym dziełom klasyki. Nie przekonuje mnie naginanie interpretacji dzieła klasycznego do współczesnej poprawnościowej ideologii. Dzieło, które w swej źródłowej wersji przedstawia przecież całkowicie inne realia wynikające z epoki i dostarczające nam, współczesnym, wiedzy o tamtej epoce, ludzkich zachowaniach, relacjach, obyczajowości, sytuacjach społecznych itd. To przecież zupełnie inny utwór.

Propaganda w teatrze

W warstwie artystyczno-wykonawczej dynamiczna, z dużą dozą ekspresji choreografia Krzysztofa Pastora łączy technikę tańca klasycznego (artyści tańczą na pointach) z tańcem modern. Od strony technicznej, warsztatowej rzecz nie podlega krytyce. Każdy detal jest tu profesjonalnie opracowany i zaprezentowany, a niektóre sceny zbiorowe urzekają wykonaniem, co nie jest łatwym zabiegiem choreograficznym właśnie w scenach zbiorowych. Wspaniały duet Aleksandry Liashenko i Maksima Wojtiula w scenie miłosnego tańca Romea i Julii, sceny balu u Capulettich, taniec rodziców Julii (Marta Fiedler i Wojciech Ślęzak), żartobliwe zaczepki Merkutia (Carlos Martin Perez) i także pozostali tancerze - wszyscy pokazali profesjonalne przygotowanie i umiejętność szybkiego przechodzenia z techniki klasycznej do współczesnej. Do tego wielka, urzekająca muzyka Prokofiewa pod dyrekcją Łukasza Borowicza wybrzmiewa w korelacji z tym, co widzimy na scenie.

Puszczone zaś z projektora dekoracje i fragmenty filmów dokumentalnych pokazują czas historyczny: Mussolini, bojówki, wojna, zbombardowane miasta, czas pokoju. A pod koniec spektaklu jawi się twarz Berlusconiego w czytelnym kontekście. Można powiedzieć: od Mussoliniego do Berlusconiego. No, to już gruba przesada. Od pewnego czasu środowiska nowej lewicy (czyli lewica skrzyżowana z liberałami), zawłaszczające coraz więcej przestrzeni - co najbardziej wyraźnie widać właśnie w sztuce, w teatrze - szermują pojęciem "faszyzm" w odniesieniu do ludzi prawicy kultywujących patriotyzm, wyznających chrześcijański system wartości, odrzucających dewiacyjne związki homoseksualne i przeciwstawiających się ideologii gender. Nowa lewica, używając słowa "faszyzm", próbuje ich skompromitować.

Ucieczka choreografa od romantycznej wersji inscenizacji "Romea i Julii" (a przecież chodzi tu o miłość) na rzecz politycznego i ideologicznego zaangażowania przypomina dzisiejszą lewicową publicystykę, a to nie pomaga spektaklowi. Ochłodziło go z emocji. Bo, prócz niewątpliwych zalet warsztatowych, które przedstawienie posiada, ta historia tragicznej miłości dwojga młodych ludzi nie wzbudziła we mnie żadnych uczuć, nie poruszyła mnie, uczyniła mnie obojętną na los bohaterów.

Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik online
17 marca 2014

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...