"Idzie wojna, idzie wojna, będzie krwawa rzeź"*, czyli nieplanowane pożegnanie

"Czarna maska" - reż. Marek Weiss - Opera Bałtycka w Gdańsku

"Czarna maska" to jednoaktowa opera oparta na sztuce Gerharta Hauptmanna, mocno zapomnianego, niemieckiego Noblisty (1912), mieszkającego i tworzącego w Jagniątkowie - dziś jednej z dzielnic Jeleniej Góry. Nawet najsłynniejsze sztuki tego przedstawiciela naturalizmu w teatrze, czyli "Tkacze" i "Szczury", są dzisiaj rzadko grane. W Polsce, w ostatnich latach (2014-15) jedynie Maja Kleczewska dwukrotnie sięgnęła po "Szczury".

Teatralna "Czarna maska" została opublikowana w roku 1928 i rok później wystawiona w Burghteater w Wiedniu. Szybko zeszła ze sceny, odeszła w zapomnienie i czekała na... Krzysztofa Pendereckiego, który sięgnął po nią, szukając inspiracji i materiału literackiego do opery zamówionej przez Festiwal w Salzburgu. Prawykonanie w roku 1986 nagrodzone zostało owacjami na stojąco, pierwszy raz na polską scenę "Czarną maskę" przeniósł Ryszard Peryt (1987 Teatr Wielki w Poznaniu). 30 lat po premierze, po dwóch wcześniejszych próbach, które nie zakończyły się premierą, za trzecią operę Pendereckiego zabrał się pisarz i reżyser Marek Weiss, doprowadzając do swej 142 prezentacji scenicznej, która stała się pożegnaniem z Gdańskiem.

Libretto, stworzone przez kompozytora i reżysera salzburskiej prapremiery Harry Kupfera, to zaskakująca, jak na operę, wielopiętrowa opowieść, łącząca w sobie gatunkowo, by wymienić tylko najważniejsze: powieść awanturniczą (wiele spektakularnych wydarzeń, choć najczęściej tylko opowiadanych, bez jakiejkolwiek psychologii postaci i sytuacji), thriller (po może przydługim wprowadzeniu napięcie rośnie niewątpliwie), kryminał (wyjątkowo nieskandynawski, ale zagadka jest jak najbardziej) i melodramat. Traktat polityczno-religijny, którym po trosze jest sztuka, w wersji libretta operowego bardzo osłabiony, bo pomimo obecności katolika, protestanta, hugenota, jansenisty i Żyda, wycięto z wersji Hauptmanna około 25% tekstu, głównie fragmenty dotyczące religii, historii oraz filozofii.

Rzecz rozgrywa się jednego lutowego popołudnia i wieczoru roku 1662, tj. 14 lat po zakończeniu wojny trzydziestoletniej, w domu burmistrza Bolkenhainu (Bolkowa, miasteczka na Dolnym Śląsku) - Silvanusa Schullera. Warto przy tej okazji wspomnieć, że z Bolkowa, które stało się stolicą gotyckiego mroku (słynny w całej Europie festiwal Castle Party) do Jagniątkowa, w którym mieszkał przez wiele lat "trudny", ze względu na niejasny stosunek do nazizmu, Noblista, jest około 25. kilometrów. Najważniejszą postacią jest burmistrzowa Benigna, na cześć której zakompleksiony i zakochany bezkrytycznie mąż wydaje wykwintną kolację, w której biorą udział miejscowi celebryci. Jest mroźno, czas karnawału przykryty jest kirem zarazy, która zapanowała nad miastem. 37-letnia Benigna to femme fatale na smyczy czarnego charakteru, nomen omen Murzyna, Johnsona, który zdeprawował ją, gdy miała 15 lat i uzależnił, niczym ofiarę syndromu sztokholmskiego. Z jej powodu i udziałem, czasami pod dyktando dominatora, lecz nie zawsze, rozgrywają się intrygi z udziałem co najbogatszych mężczyzn w okolicy. Długo by opowiadać, by opowiedzieć wystarczająco szczegółowo, poprzestanę więc na potwornym, wręcz zwulgaryzowanym skrócie. Benigna jest kochanką Johnsona, ma z nim dziecko, które adoptował poprzedni mąż, wściekle bogaty i tak samo naiwny 70-letni Geldern, którego zabił Johnson, a jedynym świadkiem mordu był sługa bogacza. Pojawia się tajemnicza czarna maska, a potem mnóstwo czarnych masek. Zaraza uderza w najczulszy punkt i... Co się potem stało i kto przeżył nie powiem, bo to kryminał i z zaskakującym zakończeniem wymyślonym przez reżysera, więc spoilery zabronione.

Muzycznie "Czarna maska" uchodzi w opiniach krytyków za pierwszą syntezę twórczości Pendereckiego. Dźwięki biegną od średniowiecza, przez barok, ekspresjonizm po sonoryzm. Autocytaty i stylizacje. "Czarna maska" jest świętem dla każdej, ambitnej orkiestry. Do wykonania tego utworu gdański zespół został wzmocniony ponad 20. muzykami i dodatkowymi saksofonami, klarnetami Es, fletami piccolo, dodatkową sekcją trąbek i puzonów. Cały ten zespół wraz z zespołem muzyki dawnej umieszczony był zgodnie z partyturą za sceną (tzw. banda). Ponieważ podstawą tego dzieła jest rytm, sekcja perkusji była niezwykle rozbudowana, wymagała łącznie udziału 10 perkusistów (7 na scenie + 3 w bandzie). Wśród fletów prostych i wiolonczeli zapisana partia basso continuo realizowana była nie przez klawesyn tylko przez harfę, na co zgodę wyraził Maestro Penderecki. Wśród niespotykanych często instrumentów perkusyjnych i dźwiękonaśladowczych wystąpiły m.in: rototomy, flexaton, lotosflote, piła. Z chórem (balkon) oraz bandą (za sceną) dyrygent miał kontakt poprzez system monitorów i kamer. Asystent dyrygenta wspierał śpiewaków, którzy nie widzieli dyrygenta.

Muzyczna operacja specjalna pod kryptonimem "Czarna maska" zakończyła się wielkim sukcesem. W trudnych uwarunkowaniach akustycznych dyrygent Szymon Morus nie tylko wspaniale zapanował nad całością, ale poprowadził swój wielki zespół z energią, błyskotliwie oraz synergicznie. Rzadko można mówić o takiej współpracy muzycznej, jaka nastąpiła tego wieczoru. Potężna orkiestra współgrała ze świetnym chórem (wielkie brawa dla Anny Michalak, odpowiedzialnej za przygotowanie chóru) i śpiewakami. Szczególnie niezwykle brzmiał kwintet męski, nieproporcjonalne zgromadzenie niskich głosów (aż 4 basy) współtworzyło mroczną atmosferę spotkania. Niezapomniana uczta wielodźwiękowa, a jeśli ktoś "ma ucho" w kurantach może rozpoznać gdańskie carilliony.

Budynek Opery Bałtyckiej nie spełnia oczekiwań, jakie stawiane są przed gmachami operowymi. Co zrobić ze zbyt małym wnętrzem? Jeszcze bardziej je zmniejszyć! Na przykład poprzez wystawienie orkiestry na scenie. Co ciekawe, podobny zabieg, i to z powodzeniem, Marek Weiss zastosował w "Salome", do której porównywana jest fragmentarycznie "Czarna maska". Opera Pendereckiego, mimo że krótka, jak na warunki gdańskie jest ogromna: cały chór, cały "balet" (23 tancerzy) i powiększona orkiestra. Plus 17 postaci scenicznych na pasku sceny przed orkiestrą, która zajmuje większość powierzchni.

"Czarna maska" to rozkosz dla poszukiwaczy i rozbieraczy sensów oraz kontekstów. Jeśli tylko do odbioru podejdziemy z należytą uważnością i przygotowaniem (koniecznie należy zakupić program z pełnym librettem - precedens absolutnie do wprowadzenia na stałe!) to spotka nas rzadka w operze nagroda. Owszem, brakuje psychologii i pogłębienia, ale w stosunku do banalnych, choć pięknych w swym sensualizmie, klasycznych opowieści operowych, "Czarna maska" to operowe wyżyny intelektualne wsparte erudycyjnym popisem muzycznym. Czy w Gdańsku potencjał propozycji artystycznej został w pełni wykorzystany?

Częściowo. Atmosfera schyłkowości została zarysowana, ale niedostatecznie podtrzymana. Zabrakło choćby reżyserii świateł, które mogłyby odegrać bardzo ważną rolę. Śpiewacy wyróżniali się niezwykłą werwą, szczególnie w pierwszej części przedstawienia. Bardzo dobrze przygotowany chór współgrał z solistami i orkiestrą a na końcu śpiewacy stali się aktorami, choć z nadmiernym patosem. Jednak najważniejszymi elementami, które bardzo nierównomiernie podzieliły widzów, jest wymowa utworu oraz interpretacja Marka Weissa. Czarna maska nie musi oczywiście prowadzić korowodu tańczącego dance macabre nad przepaść, ale żeby od razu rzeź? Zbyt dosadne przesłanie, ale Marek Weiss lubi mocne akcenty. Mamy więc także charakterystyczną w wizerunkowaniu kobiet niesmaczną i tandetną lubieżność (oblizywanie językiem pucharu czy rozkładanie nóg przy słowach "Chodź obejmij mnie mocno" przez Benignę). Raziły trochę detale, absolutnie do poprawienia: warzywa na paterach owocowych, obrączka na palcu opata, brak pomysłu na sceniczną obecność trupa.

Mocne brawa dla Bałtyckiego Teatru Tańca i choreografki Izadory Weiss. Każde pojawienie się tancerzy a la ninja - czy to solo czy zespołowo - wprowadzało energię, lęk przed nieznanym i fascynację pięknem ruchu ludzkiego ciała. Gwiazdą wieczoru była Katarzyna Hołysz. Jej głos, niezrównany w górnych rejestrach, nieco zawodził w dolnych partiach. Należy to zrzucić na lekką niedyspozycję w dniu premiery, bo już następny spektakl był pod tym względem bez zarzutu (informacje wtorkowe z pewnego źródła). Z pań na wyróżnienie zasługuje na pewno jeszcze Anna Fabrello (Daga) - najlepsza aktorsko na scenie, przykuwająca uwagę w każdym momencie aktywności scenicznej. Panowie stworzyli osobną kreację zbiorową, a solistycznie najbardziej urzekł mnie bas Ryszarda Morki (Francois Tortebat).

"Straciłem nadzieję, że Europa przezwycięży plemienne waśnie i swoją pychę dawnych kolonizatorów" - mówi w programie do "Czarnej maski" reżyser i do końca sierpnia tego roku dyrektor Opery Bałtyckiej. Co chce nam powiedzieć ten wybitny artysta operowy? Na naszych oczach kończy się świat, który był dla nas ważny, Marek Weiss nie chce uczestniczyć w procesie powstawania Nowego Porządku. Czy zrodzi się on z uległości, jak to przedstawił w swej powieści Michel Houellebecq czy zostaniemy wyrżnięci, jak prorokuje żegnający się z publicznością Gdańska dyrektor i reżyser?

"Nie ma pewności, że wszyscy (przegrali)

Jest pewność, że został po nich uroczysty cmentarz"

(Parafraza fragmentu wiersza Ewy Lipskiej pt. "Pewność")

Marek Weiss nie lubi przegrywać. To wyniosły drapieżnik, na tle lokalnej elity był niczym kapitan Ahab ponad pozostałymi wielorybnikami. Jego nie interesowały poślednie okazy, polował tylko na legendarnego, niczym Latający Holender, białego wieloryba. Nudno będzie bez Weissa, jego prowokacji, endemicznej dezynwoltury i bezczelności. W przedmowie do programu "Czarnej maski" pełen goryczy artysta zapowiada nawet rozstanie z operą. Mam nadzieję, że nie tylko zmieni zdanie i nadal będzie aktywnym reżyserem, ale i że będzie od czasu do czasu reżyserować w Gdańsku. Szkoda, że do wysokiej oceny niektórych jego realizacji scenicznych nie można dopisać umiejętności zarządczych. Jego koncepcja prowadzenia opery doprowadziła do gigantycznych problemów, które będzie musiał rozwiązać nie tylko nowy dyrektor Warcisław Kunc, ale także Organizator.

Los zdecydował, że ostatnim spektaklem w reżyserii Marka Weissa, dyrektora Opery Bałtyckiej, stała się opera autora "Jutrzni", dzięki czemu w repertuarze Opery Bałtyckiej mamy już połowę oper Krzysztofa Pendereckiego. Mam nadzieję, że będą one grane, bo to jedne z najciekawszych artystycznie produkcji Opery Bałtyckiej. Już 31 marca "Czarna maska"w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej w Warszawie a 4 i 5 czerwca w Gdańsku.

* Siekiera, "Idzie wojna"

Piotr Wyszomirski
Gazeta Świętojańska
25 marca 2016

Książka tygodnia

Kto ukradł jutro?
Wydawnictwo ALBUS
Olga Ptak

Trailer tygodnia