Iluzoryczny spokój

"Iluzje" - reż: Iwan Wyrypajew - Narodowy Teatr Stary w Krakowie

Taka sztuka zdarza się raz na sto lat. Może jeszcze rzadziej. "Iluzje" Iwana Wyrypajewa od razu manifestują swoją nieteatralność, łudzą widza prostotą formy, dają perfidnie równoczesną możliwość intelektualnego i emocjonalnego odbioru. Niby są o naturze miłości, a tak naprawdę pytają o sens i konstrukcję świata, który postrzegamy.

Iluzje postaci, iluzje opowieści 

Krakowska premiera tego tekstu to trzeci polski spektakl wyreżyserowany przez Wyrypajewa (po "Lipcu" z Teatru na Woli i "Tańcu Delhi" z Narodowego). I już widać, że on jako reżyser, autor i prawodawca teatralny to najlepsze, co mogło się zdarzyć polskiemu teatrowi od czasu inwazji niemieckich konwencji scenicznych. Przynosi absolutnie nowy ton. Przekracza realizm i doraźność. - Ważniejsze są dla mnie dzieła, które nie pokazują problemów społecznych, tylko coś boskiego w nas - mówi.

Rosyjski autor szuka w sztuce i życiu pierwiastka duchowości, ale żeby się do niej dobrać, potrzebuje trzech zabiegów stylistycznych: formalnego gorsetu dla aktorów, pozornego sentymentalizmu opowiadanej historii i tajemnicy odpornej na wysiłki rozumu. Efektem jego teatralnych eksperymentów jest tak zwana "opowieść odsunięta", nieodgrywana na scenie, a jedynie opowiadana. Tak jak w przypadku "Lipca", tak i w "Iluzjach" musimy przyjąć, że aktorzy nie grają tu żadnych ról, tylko wykonują swoje partie. Nie są postaciami ze sztuki, "nie przeżywają" tego, co one, jak chciał Stanisławski, ale tylko opisują ich myśli i uczucia. Wyrypajew poprawia Stanisławskiego i mówi, że prawdziwie "przeżywany" jest jedynie temat utworu. Postaci i sama opowieść to pierwsze iluzje, które trzeba przekroczyć, bo służą tylko do wydobycia go na pierwszy plan.

Dwa małżeństwa jak z amerykańskiej opery mydlanej, Danny i Sandra, Albert i Margaret wiodą szczęśliwe życie aż do osiemdziesiątki. A kiedy przychodzi czas na przedśmiertne rozliczenie, okazuje się, że tworzyli czechowowski łańcuch źle ulokowanych uczuć. Danny wyznaje swej żonie, że kochał tylko ją, jednak z relacji innych dowiemy się, że każdego dnia marzył o Margaret, partnerce swego przyjaciela Alberta. Kiedy wybija ostatnia godzina Sandry, ta wyjawia Albertowi, że to jego, a nie Danny\'ego kochała całe życie. Albert oczywiście dotąd żywił uczucie tylko do swej żony Margaret, ale teraz wydaje mu się, że to było złudzenie, bo "naprawdę" kochał tylko Sandrę, nie wiedząc o tym. Na koniec Margaret okłamuje Alberta i Sandrę, że byli z Dannym spełnionymi kochankami. Wyrypajew zmienia tę żałośnie sentymentalną układankę w buddyjski melodramat. Pyta, czy można uwolnić się od cierpienia i pragnień przez osiągnięcie wiedzy: jak naprawdę było? Że miłość - nieważne, odwzajemniona czy nie -jest naszą iluzją? Pytanie tylko, co daje nam ta wiedza? Odkrycie, że człowiek jest zawsze samotny? A może ważniejsza wydaje się kwestia przeciwstawienia prawdy i kłamstwa.

Za tą intuicją poszła realizatorka polskiej prapremiery "Iluzji", która odbyła się w Teatrze na Woli. Agnieszka Glińska umieściła elegancko ubraną czwórkę aktorów w fotelach. Aktorzy po kolei zabierają głos, opowiadając o zbłądzeniach staruszków z amerykańskiego down-town. I nagle okazuje się, że uczestniczymy w grze towarzyskiej w zmyślenia i półprawdy, że słuchamy spowiedzi anonimowych alkoholików blagi. Narratorzy Glińskiej opowiadajątę historię, bo nie chcą opowiedzieć własnej, wyznać, jakie problemy mają w swoich związkach.

Kosmiczna niestałość

W przedstawieniu "Iluzji" ze Starego Teatru w Krakowie Wyrypajew proponuje nowy sposób obserwowania świata. Najważniejsze jest dla niego spojrzenie z góry, jakby z kosmicznej perspektywy. W połowie spektaklu podnosi się kurtyna i widzimy piętrowe konstrukcje ułożone z głośników i aparatury tworzące jakby panoramę ludnego miasta oglądanego z daleka. Aktorzy opowiadacze (Anna Dymna, Katarzyna Gniewkowska, Krzysztof Globisz i Juliusz Chrząstowski) wychodzą kolejno zza kulis z mikrofonami w rękach. Zdają się uczestniczyć w panelu dyskusyjnym, w którym każdy z ekspertów ma pięć minut na swoją teorię. Reżyser dodał im piątą postać, młodą i naturalną didżejkę-dyrygentkę. Marta Mazurek steruje ze sceny muzyką i światłem, uruchamia opowiadaczy, tłumaczy widzom, co się dzieje. A równocześnie jej ciało i gesty mówią: to jest poza mną, a może nawet poza wami, nie próbujmy zrozumieć. Może jedyna zbawienna iluzja to niewiedza? "Przecież powinna być jakaś stałość we wszechświecie" - żądają bohaterowie Wyrypajewa. Ale nic nie jest dane raz na zawsze, ani Bóg, ani miłość, ani człowieczeństwo, ani sens. Każdemu będzie dane to, w co wierzył. Nawet jeśli nie umiał nigdy tego zdefiniować, nie miał odwagi wypowiedzieć na głos swoich pragnień.

Sens życia i świata, prawda o naturze miłości pozostają przed nami ukryte. Przebić się można do nich tylko w chwilach dziwności. Albert ma po marihuanie odczucie, że świat jest miękki, Danny siada na kamieniu w Australii i twierdzi, że to zawsze było jego miejsce w kosmosie. Sandra odzyskuje równowagę duchową na widok różowej smugi na horyzoncie. To nie jest iluminacja, to jest łaska dostąpienia spokoju. "Każdy powinien mieć w życiu taką rzecz, coś takiego, na co można popatrzeć w chwili rozpaczy i uspokoić się" - mówi któraś z postaci ze sztuki. Wierzę, że teatr Wyrypajewa może być tym "czymś".

Łukasz Drewniak
Przekrój
19 czerwca 2012

Książka tygodnia

Wszystkie nasze lalki
Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne w Łodzi
Honorata Sych

Trailer tygodnia