Imigrant z zatrutej studni

"Wróg ludu" - reż. Jan Klata - Narodowy Stary Teatr w Krakowie

Stary Teatr szura po artystycznym dnie, ale Jan Klata upiera się, że warto pukać od spodu. Jak długo jeszcze? We wprowadzeniu do nowego wydania dramatów Ibsena w przekładzie Anny Marciniakówny tłumaczka wspomina, jak to dramatopisarz oburzony, że w jednej z jego sztuk pewien niemiecki reżyser dokonał znacznych ingerencji, w liście do niego zapowiedział, iż "adaptacji" nie zaakceptuje, chyba że na afiszu pod tytułem sztuki zobaczy napis "Okaleczone przez" z dodanym nazwiskiem śmiałka.

Jan Klata takimi historiami już się nie przejmuje, nawet jeśli dotykają fundamentalnego problemu współczesnego polskiego teatru. Zresztą jak tu w ogóle się przejmować, skoro Klata teksty po prostu degraduje. Ale jeżeli taki zabieg kiedyś w czymś mu się przysłużył, to tylko w pierwszej fazie dyrekcji w Starym Teatrze w 2013 r. Wypadało wtedy docenić szczere intencje Klaty w mówieniu o sobie, sianiu wątpliwości, pytaniach o sens tworzenia; dlatego z zastrzeżeniami byłem w stanie w ten sposób spojrzeć na jego "Do Damaszku" ze Strindbergiem niemające wiele wspólnego, lecz otwierające - przynajmniej przez chwilę tak się zdawało - nowe otwarcie w myśleniu tego reżysera o własnej drodze, zwłaszcza w kontekście Starego Teatru, w którym od początku Klata czuł się jak w oblężonej twierdzy. Sceptyków dookoła nie brakowało, a dosyć szybko zaczęła się wypełniać przepowiednia Krystiana Lupy, który publicznie wybór Klaty na dyrektora zdeprecjonował, tym samym na długo ustanawiając ton dyskusji w tej sprawie. Sam Klata zresztą źle odczytał sceniczny kod Krakowa, rozpoznając go walką. Więc jeśli "Do Damaszku" zamienione na opowieść o performerze poszukującym tożsamości, ale i przyznającym się do tego, że upaja się samym sobą zupełnie na pokaz, mogło rozpocząć dyskusję, to w istocie ucięło jakąkolwiek z dniem, w którym grupa oburzonych widzów dała o sobie znać na jednym z pokazów tytułu. Skończyło się awanturą, bo Klata inne znaki wysyłał na zewnątrz, pouczając wszystkich, co Kraków o teatrze powinien wiedzieć, a inne, wysublimowane, próbował przemycić do spektaklu - upieram się, że w tamtym czasie bardzo dla niego istotnego. Miesiąc po premierze "Do Damaszku" wybuchł skandal z przerwaniem prób do "Nie-Boskiej komedii" w reżyserii Olivera Frljicia; paradoksalnie w zarzucaniu Krasińskiemu antysemityzmu chorwackiego skandalistę musiał już powstrzymywać sam Klata. O porażkach większości reżyserów pracujących przez ostatnie dwa lata w Starym Teatrze nie warto już się rozpisywać, bo dostało im się co niemiara. Jednak przecież niedawno obejrzeliśmy jeszcze wystawionych przez Klatę "Króla Ubu" i "Króla Leara"; obie realizacje równie niedorzeczne.

Z kolei kłopot z Ibsenowskim "Wrogiem ludu" wygląda na bardziej skomplikowany. Jeżeli w "Do Damaszku" Klata diagnozował siebie, to dziś wyszykuje forteli, by ratować własną pozycję. To trochę taktyka grania ofiary za wszelką cenę, ofiary własnych decyzji. Podobnej do tej, którą ostatecznie u Ibsena okazuje się dr Tomas Stockmann? Klata uzurpuje sobie tę postać, bo przecież Stockmann, wbrew bratu burmistrzowi dążąc do ujawnienia prawdy o zatrutym źródle uzdrowiska, musi zapłacić cenę kompromitacji. To wygodne założenie, bo otwiera reżyserowi perspektywę, w której nikt mu nie zarzuci, że zabiera się do Ibsena tylko dla kolejnej draki. Jeśli ma nią być bitwa o wolność działań na krakowskiej scenie, to zawsze warto próbować. Tym bardziej że dr Stockmann staje się u Klaty kimś jeszcze... Dlatego akt I przebiega na scenie właściwie jak konieczna lekcja przed najważniejszym wykładem. Choć trudno tu mówić o jasno określonych motywacjach. Klata wrzuca nas w dialog między Tomasem (Juliusz Chrząstowski nieczujący statusu swojej roli) a jego bratem Peterem (pozostający na powierzchni tekstu, formalny Radosław Krzyżowski), ale tak naprawdę jedynie dla zaznaczenia linii frontu, detale się nie liczą. Ważne, że Tomas to społeczny wyrzutek, w kolorowym rozciągniętym swetrze przypomina grunge'owca, który pomylił epokę, albo współczesnego hipstera. Peter zaś przychodzi ze świata ludzi podtrzymujących społeczny porządek. Gdyby Klata rozumiał, że przynajmniej jednego z nich warto potraktować poważnie, zyskałby namiastkę, bo ja wiem, jakiejś mocnej tezy, nawet przeciwko Ibsenowi. Niechby i Tomas stał się zagrożeniem, które należy zneutralizować, bo prawda rzucona ludowi na pożarcie zagraża wierze w racjonalność władzy. Drapieżna byłaby to interpretacja. Problem w tym, że i Tomas, i Peter szybko zostają ośmieszeni; w jednej z licznych kabaretowych scen okładają się nawet w bokserskich rękawicach, tak jakby nie dojrzeli do rzeczywistości, która wymaga od nich konkretnych postaw. Ale to przecież podstawowy manewr Klaty: wszyscy są karykaturami samych siebie i każdy ośmiesza przypisane mu zadanie. Bo w gruncie rzeczy chodzi o co innego. Tomas przemienia się w rzecznika sprawy, dla której warto poświęcić całe przedstawienie.

Kwestia uchodźców staje się dodatkowym pretekstem, by opowiadać o głoszeniu prawdy w zakłamanym społeczeństwie. To już nie tylko Klata z pomocą Ibsenowskiego bohatera mówiący o tym, że tak jak on musi przegrać, bo działa na własnych zasadach, to również Klata rzucający oskarżenie, iż on jeden porusza prawdy przemilczane. Tomas niedopuszczony do głosu na ludowym wiecu, z wyłączonym mikrofonem już jako Juliusz Chrząstowski przerywa spektakl, by podrażnić publikę (wypowiadając asekuranckie słowa, że zapewne ktoś zarzuci reżyserowi sceniczną publicystykę) pytaniami o to, kto z widzów przyjąłby imigrantów. Performans trwa w najlepsze ponad 20 minut, z tym że Klacie nie udało się tego rozegrać tak, by nie sprawiał wrażenia z jednej strony doklejonego show, z drugiej udawanej dyskusji (niektórzy z publiki odgrywają umówione role). Niespodzianką wieczoru staje się także ostrzeżenie o krakowskim smogu, o którym zaprawdę też nikt nie rozmawia.

Kuriozalnie byłoby tak spektakl zakończyć, ale równie kuriozalny zdaje się w tej sytuacji powrót do Ibsena i udawanie, że ten dramat warto ciągnąć do końca. A jednak - Klata brnie i w to, stąd ostatnie sceny ogląda się jak niezrozumiały epilog w przyspieszonym tempie. Tomas dostaje szansę na powrót do społeczności, lecz i tak wybiera banicję. Wbrew Ibsenowi, który każe mu z rodziną zostać w mieście i wieść życie na przekór wszystkim. W Starym Teatrze wsiada zaś na imigrancką szalupę i płynie w nieznane. Rozpostarta przez aktorów ogromna foliowa płachta imituje wzburzone morze. Z łodzi błyska alarmowy reflektor. SOS. Jedyny przekonujący i dobrze skomponowany obraz przedstawienia. Sugeruje, że niezadługo Klata ogłosi się uchodźcą, w którego zewsząd biją fale nienawiści?

Przemysław Skrzydelski
wSieci
14 października 2015

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia