Inna namiętność

"Namiętności" - reż: Izabella Cywińska - Teatr Ateneum w Warszawie

"Namiętności" Izabelli Cywińskiej więcej mówią o przekonaniach reżyserki niż o uczuciach i emocjach bohaterów Singera, choć wybór trzech opowiadań noblisty ("Przygoda", "Broda" i "Wielbicielka") o entuzjastkach młodego pisarza, decydujących się na zawarcie z nim osobistej znajomości, zapowiadał tematy prywatne.

Artysta i kobieta podziwiająca jego twórczość, odwiedzająca go w dodatku w jego własnym mieszkaniu, to przecież relacja wybitnie osobista. Na scenie mamy więc przekrój czynszowej kamienicy, charakterystycznej dla przedwojennej Warszawy czy Nowego Jorku, gdzie toczy się akcja opowiadań, z żelaznymi schodami prowadzącymi do mieszkań na różnych piętrach i korytarzem, a na pierwszym planie lokum pisarza.

Singer był orędownikiem asymilacji Żydów, miał jednak świadomość, że żyje w epoce gwałtownych przemian i ścierających się postaw. Potrafił zrozumieć i opisać zarówno tych, którzy w obawie przed utratą tożsamości opierali się nowoczesności, jak i jej zwolenników, pragnących przystosować się do zachodzących zmian. Szczęśliwie dla żydowskiej kultury okazał się też bystrym obserwatorem ludzkiej natury, czytanym w wielu krajach i przez różne nacje. Jego opowiadania to zazwyczaj historie Żydów zaklinowanych w tradycji, religii czy obyczaju, tu akurat reprezentowanych przez kobiety szukające ratunku u ulubionego pisarza, zarazem wyzwolonego mężczyzny. Bohaterki uwikłane są we własne małżeństwa i wynikające stąd ograniczenia, nie tylko te doskonale widoczne na scenie, jak stary mąż czy ochota na seks, której przyjdzie się potem wypierać, ale i bardziej skomplikowane, obecne u pisarza, wynikające z religii czy tradycji, które reżyserka zdaje się lekceważyć. Wyraźnie też utożsamia się ze scenicznym artystą, stylizowanym zresztą na młodego Singera. 

Obsadzony w tej roli Grzegorz Damięcki staje się gospodarzem wieczoru, pełniącym honory domu nie tylko wobec swoich partnerek, ale i wobec widzów. Myśl oddania sceny lubianemu pisarzowi jest zrozumiała, ale zabieg mści się na dramaturgii spektaklu. Postać zostaje uprzywilejowana, będąc przecież nie tylko gospodarzem-narratorem, ale i uczestnikiem zdarzeń, przy czym aktor stara się za dwóch, by zjednać sobie publiczność. Podczas ostatniej, nowojorskiej wizyty, w ramach wspominania starego kraju, sceniczny Singer wygłasza krytykę przedwojennej Polski (pochodzącą, jak zauważył Janusz Majcherek, z opowiadania „Taniec”), choć nie ma to specjalnego związku z rodzącą się właśnie intymną relacją między bohaterami. Cywińska chce po prostu wytłumaczyć powody, dla których pisarz w 1935 roku wyjechał z kraju, i włączyć się do dyskusji o polskim antysemityzmie. Dostaje się przede wszystkim Adolfowi Nowaczyńskiemu, ale i „zgrzybiałemu Piłsudskiemu”, choć niezależnie od publicystyki narodowców, a nawet działalności Falangi, i tego, że Singer miał prawo źle to oceniać, pisarz opuścił Polskę z obawy przed Hitlerem. 

Konsekwencje reżyserskiego wyboru są jednak poważniejsze. Cywińska spłaszcza dylematy swoich bohaterek, grzebiąc w ten sposób szanse na zaistnienie scenicznych namiętności. Historia pani Szapiro – dojrzałej kobiety, która szaleje z pożądania, a nie mogąc znaleźć spełnienia w coraz trudniejszym małżeństwie, postanawia, w porozumieniu z mężem, skusić młodego pisarza, którego oboje cenią – to literacki majstersztyk. Przedziwne połączenie desperacji i powściągliwości, otwartości i dyplomacji, dystansu i namiętności, które rodzą się u obojga podczas wizyty, jaką składa zaproszony przez męża pisarz pod jego nieobecność. Szanująca się pani domu i oddana matka, skromna i zrównoważona, odsłania nagle ukryte pragnienia i całkiem realny plan ich spełnienia, któremu, jak twierdzi, może przeszkodzić jedynie jej zmarły syn, Grisza. Jest to odwaga kogoś, kto nigdy nie zrobił nic złego i pewnie dlatego planuje cudzołóstwo z detalami. Desperacja płynąca z cierpienia spowodowanego odejściem dziecka i zdradą męża. Opowiadanie, na co wyraźnie wskazuje puenta, ma sens religijny. Bohaterów powstrzymuje strach przed grzechem. Mężczyzna, po trzydniowych mękach wewnętrznych, podejmuje decyzję odmowną (w tłumaczeniu Elżbiety Petrajtis-O’Neill, z którego korzystano, „przysięgając sobie”, a w tłumaczeniu Pawła Śpiewaka – „przysięgając sobie na Biblię”, że nie będzie wchodził między małżeństwo), a kobieta, kiedy spotyka go po latach, dziękuje Bogu, że pisarz okazał się od niej mądrzejszy i nie dał się sprowokować. 

Tymczasem na scenie oglądamy jędzowatą paniusię – szczęśliwie w wykonaniu Jadwigi Jankowskiej- Cieślak – która nachodzi bohatera w kawalerskim mieszkaniu i w bezpardonowy sposób stara się go uwieść, w pewnym momencie po prostu odsłaniając nogi, zresztą dość wysoko jak na przedwojenne standardy. Oczywiście można zagrać i taką szarżę, ale to już zupełnie inna historia. Przede wszystkim znika dylemat bohaterki, nawet w sytuacji biologicznego przymusu walczącej o powściągliwość i resztki godności, a wraz z nim delikatność i tajemnica postaci. Sytuacja staje się jednoznaczna, pani Szapiro z kobiety z klasą przedzierzga się w osobę przeciętną, choć nie pozbawioną temperamentu, a pisarz rzecz jasna myśli tylko o tym, jak się z tego wywikłać. Diabli biorą misterną robotę Singera, który z pasją opowiadał o kobiecej desperacji i namiętnościach obojga, a widzowie zamiast kontemplować niuanse tej przedziwnej rozmowy, widzą tylko to, co zwykle – pośpiech, bylejakość i apetyt na konsumpcję. Wersja reżyserki jest też wersją laicką. Nie ma ani Boga, ani strachu przed grzechem. Sceniczna puenta tego spotkania jest za to pełna jadu, co zresztą wychodzi aktorce znakomicie. Po latach i śmierci męża pani Szapiro nieoczekiwanie pojawia się z synem i zapierając się wszystkiego, mści się na świadku swojej słabości, z prawdziwą wściekłością rzucając pisarzowi przez zęby, że „Grisza nigdy by do tego nie dopuścił”. Zresztą zgodnie z wydźwiękiem całości. W tej interpretacji jest to po prostu historia o tym, jak spragniona seksu, niezbyt ciekawa matrona chciała uwieść młodszego mężczyznę, który nie miał na to ochoty. 

Trudnym zadaniem było przeniesienie na scenę opowiadania „Broda”, o kobiecie obdarzonej przez los męskim zarostem, której mąż zażądał jego hodowania. Singer opisał tu związek, w którym siłą napędową jest poświęcenie żony, bo mąż okazuje się skupionym na sobie nieudacznikiem, używającym jej, tak jak i wszystkich innych, do organizowania literackiej kariery. Autor nie przesądza jednak, czy ten, skazując ją na izolację za sprawą nieszczęsnej brody, posuwa się także do tego, by z pomocą żony zamówić u pisarza korzystną dla siebie recenzję, czy też raczej to ona sama, widząc go umierającego, wpada na ten pomysł. Singer daje szansę nawet takiemu oryginałowi jak Bendit Pupko, choć nie ma wątpliwości co do metod, które ten stosuje. Broda jest tu metaforą poświęcenia bohaterki, wynikającego z altruistycznych skłonności i potrzeby kochania albo uzależnienia, w jakie popadła kobieta za sprawą męża, który te skłonności i potrzeby wykorzystał. Pogłębiające się z wiekiem wynaturzenia są obrazem związku, opierającego się na niezdrowych zasadach, albo stygmatami poświęcenia (pani Pupko to wówczas swoista Wilgefortis). Ale jest też w tym trzeźwa myśl o sile i specyfice długoletnich mariaży, skutecznie przeciwstawiających się szerszej wspólnocie, w których dwoje ludzi staje się mityczną jednością przede wszystkim z racji jedności interesów. 

Naczelną kwestią w teatrze jest, rzecz jasna, pokazanie problemu, a nie tylko jego widocznych oznak. Jednak sceny z udziałem Magdaleny Zawadzkiej zdominowała broda. Dziwactwo prowokujące do pytania o to, w jak dziwne rejony można zabrnąć, wiążąc się z trudną osobowością i w konsekwencji izolując od świata, a usuwające w cień pytania o rolę kobiecego poświęcenia, wpisanego w konstrukcję małżeństwa. Dzisiejszemu widzowi trudno uwierzyć w tak objawiającą się miłość, mimo że bohaterka czuje się szczęśliwa i spełniona. Zaskoczeniem i punktem zwrotnym scenicznej historii jest moment, w którym pani Pupko zapomina się w rozmowie, wygłaszając krytyczny sąd o literaturze, trafnością i zdecydowaniem zwracający uwagę pisarza. Pokazuje to, jak duży może być jej udział w dziele męża, i że spoiwem, które łączy ten związek, jest także wspólna namiętność do literatury. Motyw kobiety rezygnującej z własnej płci na rzecz zdobycia wykształcenia i dorównania mężczyźnie, czy może raczej możliwości podążania drogą zarezerwowaną tylko dla niego, jest zresztą silnie obecny w żydowskiej kulturze, o czym świadczy choćby „Hermafrodyta” Singera czy słynny musical „Yentl”. Zelda Pupko to jednak przykład kobiety spełniającej się poprzez męża i w ten sposób realizującej własne ambicje. Pali cygara i nosi brodę, ale jej marzeniem jest poświęcenie życia dla niego, w czym jest bardzo kobieca. W każdym razie w interpretacji Zawadzkiej. 

„Wielbicielka” to z kolei historia sprzedanej narzeczonej – młodej mężatki uwięzionej w niespełnionym związku za sprawą porozumienia dużo starszego męża i własnej matki. Kobieta zdradza rodzaj psychicznego rozchwiania już podczas pierwszej wizyty, zrzucając te problemy na ulubionego pisarza i mając zapewne nadzieję na ratunek. Między nowo poznanymi iskrzy od pierwszego wejrzenia, ale bohaterka, już w czasie wizyty ponaglana telefonami od rodziny, pragnącej przeszkodzić młodym, ulega atakowi dziwnej choroby, przypominającej epilepsję. Pisarz, przygnieciony piętrzącymi się problemami, najpierw wpada w panikę, a potem pozwala jej odejść. Kobieta ma zamiar uciec od rodziny, bo wizyta staje się katalizatorem zmian, ale mężczyzna nigdy tego nie sprawdza, zostawiając sprawy swojemu biegowi. Wybiera ostrożne i wygodne rozwiązanie, bo ryzyko nie leży w jego naturze. Strach przed złączeniem się z kobietą wynika też ze strachu przed rodziną. Historia zawiera w sobie duży ładunek dramatyzmu, zwłaszcza że w momencie, w którym on zdaje sobie sprawę z problemu, bohaterka znika, uwalniając go od własnego ciężaru. Jednocześnie Singer cały czas sugeruje możliwość innej interpretacji. Jak zawiadamiają bohatera mąż i matka kobiety, jest ona chora psychicznie, być może więc jej wizyta jest efektownym występem, który pod koniec wymyka się głównej aktorce spod kontroli. 

Na scenie Ateneum oglądamy opisaną sytuację, z tą różnicą, że w trakcie wizyty dochodzi do zbliżenia między bohaterami, przerwanego atakiem dziwnej choroby. To zmienia psychologiczne motywacje. Kobieta (w tej roli Barbara Prokopowicz) nie wytrzymuje silnych emocji, nie tylko tych spowodowanych przez rodzinę, ale także erotycznych, w związku z tym wstrząs, jakiego doznaje, może wynikać z innych przyczyn. Mężczyzna, nawet żywiąc romantyczne wyobrażenia o partnerce, nie ma szansy ich rozwinąć i utrwalić. Być może młodych połączyłby akt seksualny, ale zostaje udaremniony atakiem. Jeśli więc wszystko się rozpada, to tylko pozornie z tych samych powodów, co u Singera. Owszem, rodzina nadal przeszkadza, co zostaje wydobyte i podkreślone na scenie (w roli męża występuje Jerzy Kamas, żydowskiej matki – Krystyna Tkacz, adwokata – Bartłomiej Nowosielski, a wielbiciela Singera – Krzysztof Gosztyła), ale wszystko niszczy pospieszna reakcja bohaterów. Także szanse na pogłębione role, bo aktorzy nie mogą zagrać psychologicznych komplikacji. Pisarz wychodzi na cwaniaka, próbującego wykorzystać nadarzającą się sposobność, a potem pozbywającego się partnerki. W jeszcze gorszej sytuacji znajduje się bohaterka, która wszystko zaprzepaściła. Nie mamy też wrażenia, by wybuchająca nagle namiętność zniszczyła szanse na prawdziwe uczucie, sądząc po zdystansowanej puencie pisarza. 

Powierzchowne potraktowanie rozwoju zdarzeń w pierwszym i trzecim opowiadaniu zmieniło ich dramaturgię, sprawiając, że problemy bohaterów uległy spłaszczeniu, a sytuacje i namiętności stały się bardziej prozaiczne. Wydaje się, że drugie z opowiadań, w lekturze nadal ciekawe, w teatrze stawiające opór, rozminęło się z wrażliwością dzisiejszych odbiorców. Głębsze podejście do opowiadanych historii mogło być może wydobyć silniejsze namiętności, a przy okazji wspólny pień chrześcijańskiej i żydowskiej religii, istotny w dyskusji o polskim antysemityzmie: bohaterzy „Przygody” wycofują się z niej z obawy przed grzechem i skalaniem małżeństwa, pani Pupko jest rodzajem stygmatyczki, z poświęceniem walczącej o miłość męża. Jedynie amerykańska wizyta to historia z ateistycznego porządku. 

Nie udało się wydobyć magii zapisanej przez Singera, choć reżyserka zacytowała w spektaklu pejzaże Chagalla, wprowadziła żydowskiego klarnecistę, a nawet śpiewający tercet. Umieszczając trzy opowiadania w inscenizacyjnej ramie songów Andrzeja Poniedzielskiego i Jerzego Satanowskiego, w wykonaniu Żyda, Diabła i Anioła, próbowała jeszcze raz odnieść się do polsko-żydowskiego dialogu – nie ustrzegła się jednak cepelii. Kostium Żyda w wielkiej, sztucznej peruce, z rudą brodą, ośmieszył ten pomysł, kojarząc się ze świetlicowymi jasełkami, choć obie aktorki (Halina Łabonarska i Dorota Nowakowska) śpiewały znakomicie. Cywińska rzeczowo opowiedziała o namiętnościach, ujawniając własne, gdy doszło do obrachunków z przedwojennym antysemityzmem. Może dlatego najbardziej gorąco wypadła krytyka Nowaczyńskiego… 

Kalina Zalewska – absolwentka Wydziału Wiedzy o Teatrze warszawskiej PWST. Pracownik redakcji Teatru Telewizji. Współpracuje z miesięcznikiem „Teatr”, publikuje także w „Dialogu”.

Kalina Zalewska
Teatr nr 6/09
27 lipca 2009
Prasa
TEATR

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia