Inne tańce na Jazdowie

Nie wiecie, o co chodzi w walce o Instytut Teatralny?

Myślicie, że to jednostkowa sprawa personalna, albo zmiana opcji politycznej? Nie dajcie się nabrać. To niestety kolejny modelowy przejaw działania dzisiejszej polskiej demokracji. Demokracji frustratów.

Po pierwsze i przede wszystkim: to nie jest spór polityczno-ideowy. Wbrew pozorom, nie chodzi tu o likwidację rzekomo działającej na Jazdowie ideologicznej "jaczejki" czy uciszenie jeszcze jednego ośrodka "lewicowego wrzasku". W takie misyjne motywacje wierzyć mogą tylko oddaleni od rzeczywistości (i Warszawy) ideowcy w rodzaju Tomasza A. Żaka. Bój o Instytut prowadzi i napędza nie realizująca swój program formacja prawicowych działaczy, ale pospolite ruszenie frustratów, których przerośnięte ego otrzymuje wciąż za mało potwierdzeń swego domniemanego znaczenia, co przy chronicznym braku samokrytycyzmu doprowadziło do powstania w nich głębokiej wiary, że za te niespełnienia odpowiedzialna jest jakaś grupa trzymająca władzę. Według zrodzonej z frustracji fantazji grupa ta nie dopuszcza, blokuje i wyklucza, bo ma w swoim posiadaniu tajemne moce lub ukryte zasoby, których zazdrośnie strzeże. Wystarczy je przejąć, by dostąpić stanu rozkosznego dopieszczenia i kąpieli w blasku sukcesów. Czasem pojawia się gdzieś w obolałym umyśle lęk, że uznanie, jakim cieszą się ci, których frustraci nie znoszą, wynikać może z ciężkiej pracy po kilkanaście godzin dziennie, zaangażowania, przymiotów osobistych i talentów występujących w przyrodzie rzadko. Ale myśli takie szybko się odgania, bo stanowią śmiertelne zagrożenie dla postrzegania świata i swojego w nim miejsca.

Oparcie władzy na frustracji to zabieg prosty i genialny. Mało kto (zwłaszcza dziś, gdy wymagania wysokie a kryteria niejasne) nie jest w takim czy innym stopniu sfrustrowany. Wcale nie jest też wielu takich, którzy frustrację łączą na serio z własnymi słabościami i brakami. O ileż prościej tłumaczy wszystko wrogi spisek lub sieć sitw. O iluż więcej tych, co wiarą taką - nawet utajoną, podświadomą - wyjaśniają sobie świat i chronią własny obraz siebie. Frustraci wojujący to pewna i stała większość. Prawdziwy suweren. Prawo i Sprawiedliwość już dawno dokonało tego prostego odkrycia i to ono zapewniło tej partii zwycięstwo nad konkurentami, którzy naiwnie sądzili, że większość chce być zadowolona i dumna z siebie. Zadowolenie - stan rzadki. Everybody: I can't get no - tu du du, I can't get no - tu du du - satisfaction...

Mechanizm wypróbowany w wyborach sprawdza się też w procesie stopniowego przejmowania Instytutu Teatralnego z rąk jego właściwej twórczyni. Ciężko sfrustrowani członkowie tak zwanej komisji konkursowej, sfrustrowani kandydaci i stojące za ich plecami sfrustrowane środowiska, mimo setek głosów poparcia i oczywistego dorobku Doroty Buchwald, nie odpuszczą. Tak jak nie odpuścili frustraci we Wrocławiu i Krakowie. Frustraci nie mogą odpuścić, bo musieliby uznać zabójczą dla siebie prawdę - że za swoje niespełnienie odpowiadają sami.

Jedyne, czego w tej wielokrotnie sprawdzonej strategii nie rozumiem, to powodów akcesu do grona frustratów ludzi, którzy wydawali się mieć całkiem dobrze, a nawet sprawiali wrażenie zadowolonych z siebie i losu. Nie rozumiem do dziś, co pchnęło popularnego w końcu aktora serialowego do zajmowania wbrew wszystkim gabinetu dyrektora Teatru Polskiego. Nie rozumiem też, co spowodowało, że mój były kolega dr Patryk Kencki, uznawany za rozsądnego i sympatycznego konserwatystę, z którym można się dogadać, zapragnął na bezczelnego przejąć gabinet przy Jazdowie 1. Czyżby serio myślał, że tam jest akwarium ze złotą rybką, która spełnia życzenia? Bywał wielokrotnie przez kilka ostatnich lat w gabinecie dyrektorki Instytutu Teatralnego i chyba widział, że tam jest "tylko" mnóstwo ciężkiej pracy, nerwów, trosk i niezasłużonych obelg oraz zasłużonych satysfakcji. Ja też bywałem i wiem dobrze, że jest tam też codzienne przewalczanie własnej frustracji w imię wiary w sens pracy, którą się wykonuje. Nie wiem, czy mój były kolega lub ktokolwiek inny ma tyle wiary i wynikających z niej sił, ile ma Dorota Buchwald. Wiem natomiast, że wyrwanie jej w sposób brutalny i bez żadnych rzeczywistych argumentów tego, nad czym pracuje od piętnastu lat, jest haniebne i bezczelne, a każdy, kto w tym procesie bierze udział, popełnia niegodziwość. I żadne, nawet najlepsze działania przyszłe tej wyjściowej plamy nie zmażą.

Mówię to wprost, bo niestety wiem, że pod rządami naciągania prawa i codziennej niesprawiedliwości, protesty, wyrazy poparcia i potępienia nie robią wrażenia i są nieskuteczne. Wiem też, że gdy minister mianuje nowego dyrektora, te same osoby, które dziś protestują i popierają, powoli będą się przekonywać, że przecież nie taki diabeł straszny, rzeczy do zrobienia dużo, a na rzeczywistość trudno się obrażać. Dla dobra instytucji, dla dobra sprawy, dla niemarnowania życia, które przecież ma się tylko jedno... W końcu wszystko jakoś się ułoży i na Jazdowie będzie jak przy Jagiellońskiej. Życie potoczy się dalej a to, co przejęte, dowiedzie jakości pracy wyrzuconych poprzedników, pozwalając z powodzeniem funkcjonować uzurpatorom. Sprawdzony mechanizm znów modelowo zadziała.

Modelowe jest w tańcu na Jazdowie także obłudne namawianie do dialogu i porozumienia. W Ministerstwie zwołano "okrągły stół", na który zaproszono także spore grono osób popierających obecną dyrektor. O dialogu i kompromisie mówiono. Profesor i redaktor naczelny w duchu płomiennej wiary, że wszystkim o idee i wzniosłe cele idzie, namawiał do kompromisu. Ale nad stołem tym okrągłym wisiał miecz skierowany w jedną tylko stronę. Tylko Dorocie Buchwald i jej zwolennikom niedwuznacznie dawano do zrozumienia, że jeśli się nie zgodzą na "porozumienie", minister podejmie decyzję, która ich nie ucieszy. Tylko Dorota Buchwald, z właściwą sobie otwartością na dialog z każdym, zaprosiła doktora Kenckiego na spotkanie z zespołem Instytutu, jeszcze raz pokazała, że żadnego akwarium ze złotą rybką nie ma i próbowała rozmawiać o tym, co jest do zrobienia. Ech, święta naiwności! Nie o robienie czegoś przecie idzie, ale o ego, któremu tak dobrze robi, że tyle osób wcześniej nawet niezauważających tak się teraz stara. Więc w ramach dialogu i w duchu "porozumienia" doktor Kencki oświadczył na pismie, że nie interesuje go bycie nikim innym jak tylko dyrektorem. I to on ma dziś (tak samo jako tydzień temu) większe szanse na zwycięstwo, bo to on jest popierany przez stronę trzymającą realną władzę, która opowieściami o porozumieniu mydli oczy i fałszuje rzeczywistość. Więc znów wrócić trzeba do podstaw: o dialogu jest sens mówić przy zachowaniu obustronnej otwartości, a o porozumieniu - przy równości szans i względnej chociaż równorzędności argumentów. Gdy jedna strona mówi o działaniach programowych, a druga o przejmowaniui stanowisk, to mówią o zupełnie innych rzeczach i innymi językami. Tylko naiwne redaktorki z "Teatru" zdają się jeszcze sądzić, że istnieje jakiś program ministerialnej polityki teatralnej, o którym można dyskutować. Taniec wokół Jazdowa jak dotąd dowodzi tylko jednego: że istnieje wykorzystywane do sprawowania władzy pragnienie zaspokojenia własnej frustracji, którego logiczną konsekwencją nie jest porozumienie z kimkolwiek, ale potwierdzenie własnych fantazji przez zniszczenie przeciwnika. Kujawiak z wdeptywaniem w ziemię, a nie żadne tam polonezy.

Trudno zachowywać wiarę, że mechanizm demokracji frustratów nie zadziała i teraz. Narazić się największemu elektoratowi? Przyznać, że ciężka praca coś znaczy, a wartość dokonań nie zależy od bieżącej oceny wystawianej przez sprawujących władzę? - to byłoby podcinanie gałęzi, na której siedzi każda władza, niezależnie od ideologicznego makijażu. A jednak nie ma we mnie zgody na uznanie, że już po wszystkim, że taka jest rzeczywistość, takie życie i cóż poradzisz... Nie poradzę pewnie wiele, ale póki jeszcze mogę coś w tym miejscu napisać, to na koniec napiszę tak: choćby się wszyscy frustraci nadęli, napchali i przepchali, to robota wykonana przez piętnaście lat dotychczasowego działania Instytutu Teatralnego, robota, która w wielkiej mierze jest zasługą i dziełem Doroty Buchwald, zostanie w swoich efektach, w ludziach, w dziełach. Możecie sobie je przejmować, przemianowywać i przyswajać, ale możecie tylko dlatego, że są.

W czasie jubileuszu piętnastolecia Instytutu Teatralnego był taki moment, kiedy wszyscy zgromadzeni na sali spontanicznie wstali i bili Dorocie brawo. Demokracja frustratów może i rządzi, ale takich oklasków nie dostanie.

Może to pocieszenie słabych, ale gdy frustracja atakuje, cóż nam pozostaje, oh Captain, my Captain?

Dariusz Kosiński
E-teatr
17 grudnia 2018

Książka tygodnia

Wybór poezji
Wydawnictwo Ossolineum
Zbigniew Herbert

Trailer tygodnia

Wiele demonów
Jacek Gomb