Instalacja słowno-ruchowa

"Niewidzialny chłopiec" - reż. Weronika Szczawińska - Wrocławski Teatr Współczesny

Słusznie Zbigniew Jarosiński zauważył, że Karpowicz „dążył do poezji, która byłaby uruchamianiem najdalszych semantycznych możliwości języka, samorództwem znaczeń niezależnych od zwyczajnej logiki". W „Niewidzialnym chłopcu" nie sposób doszukać się prostej logiki: nie ma jej ani w opowiedzianej historii, ani w poszczególnych – składających się na nią – dialogach. Rozmowy są raczej monologami wygłaszanymi kolejno bądź równocześnie, są swoistą grą językową. Postaci bawią się słowami od samego początku przedstawienia, do ostatniego wyrazu, jaki pada na scenie.

Widz wkracza w świat przedstawiony, prowadzony przez dziewczynę w żółtej sukience: podczas wyimaginowanego posiłku najpierw rozpoznaje w niej służącą, a następnie zapoznaje się z kolejnymi postaciami: ojcem, któremu brak cierpliwości i który gloryfikuje współczesną mu sytuację społecznogospodarczą; matką, która zadaje mnóstwo pytań, ale przeważnie nie otrzymuje na nie odpowiedzi; synem, który uważa, że piękno jest chorobą i który jest zafiksowany na punkcie astronomii; córką, która ciągle się zacina (i werbalnie i ruchowo); dziadkiem, który wygłasza pourywane zdania w oderwaniu od któregokolwiek z podejmowanych wątków, oraz doktorem, który przybył z wizytą. Tej „biesiadzie" towarzyszy dziwna rozmowa: zbyt wiele podjęto tematów, a wypowiedzi poszczególnych osób niejednokrotnie wydają się abstrakcyjne i niespójne.

Służąca krąży jak satelita wokół stołu, przy którym trwa spotkanie. Pani domu co chwilę wydaje jej jakieś polecenia (niekiedy zupełnie absurdalne), zawsze poprzedzając je – niczym zaklęciem – zawołaniem: „Agato, Agato".

Po uczcie następuje część naukowa: dzieci przedstawiają prezentację nazwaną „fascynującym oświetleniem mnemotechnicznym", wyrzucając z siebie potok słów i chwaląc się wiedzą na temat kosmosu i mineralogii. Podczas tego wydarzenia reszta zaczyna się dziwacznie zachowywać – to buczy, to gada coś pod nosem, to bzyczy, to stuka... Aktorzy tworzą w ten sposób swoistą instalację foniczną, której nie sposób zrozumieć (nic ona nie wnosi do opowieści, do historii przedstawionej na deskach teatru) i którą można odebrać chyba tylko jako awangardową formę sztuki, gdzie przenikają się wyrazy onomatopeiczne z tymi znaczącymi oraz z dźwiękami o różnej częstotliwości i natężeniu. Po kilku innych elementach popisowych (przemowach i piosenkach) postaci zaczynają się poruszać po scenie w różnych kierunkach, rytmicznie, tworząc pewne konstelacje ruchów, a następnie zastygają, jakby pozując do zdjęć.

W pewnym momencie tych specyficznych zabiegów córka zaczyna opowiadać o niewidzialnej osobie, z którą zderzyła się w drzwiach. Pozostali uczestnicy spotkania początkowo zaprzeczają tej możliwości, lecz stopniowo każdy z nich przekonuje się, że istotnie dołączył do nich niewidzialny chłopiec.

Druga część przedstawienia składa się z monologów wygłaszanych kolejno przez każdego członka rodziny, a na końcu przez doktora, który ostatecznie stwierdza, że otruł niewidzialnego gościa, i każe Agacie uprzątnąć jego ciało.

Czytałam co nieco o tym niepublikowanym dramacie Karpowicza i tylko dzięki temu wiem, że w zamierzeniu jego tematyka oscyluje wokół pytań o granice i źródła wolności, a także odpowiedzialności – w wymiarze indywidualnym i społecznym. Jednak bardzo trudno jest wyczytać ten właśnie sens z samego przedstawienia. W dialogach panuje bowiem chaos i zbytnia mnogość tematów – nie sposób „oddzielić ziarna od plew" i z pourywanych zdań, które często wydają się zupełnie bez znaczenia, wysublimować wypowiedzi, które stanowią przekaz tej sztuki.

Fenomenalne są natomiast efekty dźwiękowo-ruchowe, a zdolności pamięciowe aktorów są naprawdę imponujące – zapamiętać bezładny potok słów, zdań i naprawdę długich fraz (nieprzerywanych konkretnymi elementami scenicznego „dziania się") – toż to sztuka.

Interesująca jest też postać służącej. Stanowi ona jakby akcent, nie tylko z uwagi na to, że w odróżnieniu od pozostałych postaci jest ubrana na żółto (a nie na czerwono), lecz przede wszystkim dlatego, że – w przeciwieństwie do całej rozgadanej reszty – nie wypowiada podczas spektaklu ani jednego słowa. Jest cichym katalizatorem wydarzeń i monologów.

Anna Mazurek
Dziennik Teatralny Wrocław
25 lutego 2015

Książka tygodnia

Nice, cosie i duchy. Eseje o sztuce
Pewne Wydawnictwo
Michał Krawczyk

Trailer tygodnia

"Powrót" - reż. Michał...
Michał Zdunik
Bywa tak, że odwiedzamy dom rodzinny ...