Intelektualna zadyszka Klaty

"Do Damaszku" - reż. Jan Klata - Narodowy Stary Teatr w Krakowie

W drodze "Do Damaszku" Strindberga w reżyserii Jana Klaty, zgodnie z zapowiedziami twórców, mieliśmy spotkać Pana Boga, neoboga z krainy matrix wraz z interseksualnymi obocznościami, oraz szereg prawd mniej więcej objawionych.

Nic z tego: metafizyka (nawet ideologicznie zwichrowana) ulotniła się w uroczych i atrakcyjnych wizualnie, ale artystycznie i intelektualnie płytkich konstatacjach, przypominających odkrycia sześciolatka wrodzaju "czarna krowa w kropki bordo gryzła trawę kręcąc mordą". Zamiast krowy w "Do Damaszku" mamy everymana (świetny Marcin Czarnik), zamiast kropek - trupie czaszki, a bordo wyparły złowróżbne beże, niemniej przesłanie jest analogiczne. Balon ambicji okazał się w środku równie skomplikowany jak wierszyk przedszkolaka.

Trudno odmówić talentu Klacie oraz jego współpracownikom: scenografowi Mirkowi Kaczmarkowi oraz Maćko Prusakowi odpowiedzialnemu za ruch sceniczny. Teatralne receptury działają bez zarzutu, a oryginalnych pomysłów scenicznych nie brakuje, niemniej nawet najlepiej nastawiony widz zmuszony jest raczej uwierzyć na słowo, że chodzi o Strindberga, poważne pytania i poważną literaturę, "Do Domaszku" przypomina baraszkowanie niegrzecznej drużyny harcerskiej w teatralnej składnicy ZHP pod nazwą "U Heleny". Do pewnego momentu frywolna formuła spektaklu wydawała mi się nawet zabawna i pojemna, ale nadmiar konceptów przy braku wyrazistej reżyserskiej kontroli nad ich selekcją zamienił spektakl w atłasowy funeralny performens. Staram się rozumieć intencje twórców. W rzeczywistości, w której wszystko jest zbiorem wzajemnie się wykluczających klisz, nawet śmierć przestaje być tabu, stając się trwałą częścią zardzewiałej popkultury, dlatego szarpanina idola (Czarnik) łączącego dezynwolturę Jamesa Deana, image Marcella Mastroianniego z "Osiem i pół" oraz charakter Adriana Leverkuhna z "Doktora Faustusa" Manna, wydaje się jedynym możliwym wyjściem. Na szlaku odysei bezsensu idol spotyka niewinną-niewierną Żonę (fantastyczna Justyna Wasilewska) albo schizofreniczno-autystyczną siostrę w wywrotowej, zachwycająco formalnej kreacji Doroty Segdy. Żeby jednak kakofonia spraw wielkiej i małej wagi mogła należycie wybrzmieć, trzeba było odnaleźć odpowiedni klucz do uporządkowania scenicznego chaosu, tak by nie rymował się jedynie z toporną bezwyjściowością, ale pozostawiał widza w dyskomforcie, być może w osłupieniu. To się nie powiodło. Scena tonie w czaszkach, intencje twórców lewitują w myślowym brokacie.

Szybkie tempo przedstawienia nie jest w stanie zniwelować emocjonalnej i intelektualnej zadyszki. Aktorzy "Starego" sprawdzają się nie tylko w słownej gimnastyce, dowcipny, znakomity duet wokalno-funeralny stworzony przez Aldonę Grochal i Beatę Paluch dopowiada co niedopowiedziane, a trupi antyk miesza się ze śmiercionośnym barokiem. Doceniam tego rodzaju wygibasy, nie przeszkadza mi zmasakrowanie tekstu Strindberga, ale z perspektywy widza gra wydaje się czcza, nie ma żadnego znaczenia. Zamiast iluminacji - uśmiech, znudzenie, ziewnięcie. Dobranoc idolu, dobranoc. Na pewno nie założę twojego fan clubu.

Łukasz Maciejewski
Polska Gazeta Krakowska
11 października 2013

Książka tygodnia

Wszystkie nasze lalki
Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne w Łodzi
Honorata Sych

Trailer tygodnia